Albania – Droga do Permet i most Kadiut

Ostatni etap. Ostatni podjazd. Ostatnie wzruszenia.

Droga z Berat do Permet.

Google pokazywał dwie opcje. Krótszy dystans, ale dłuższy czas i dłuższy dystans, ale krótszy czas. Jaką byś wybrał? Ja wybrałem tę pierwszą opcję. Jakoś sobie wymyśliłem, że to pewnie bardziej górska (czyt. ciekawa) trasa.
I tak rzeczywiście było. Tuż za Berat zobaczyłem machającego na poboczu mężczyznę. Pomyślałem, że skoro mam tyle wolnego miejsca w Busie, to go wezmę. Jak wsiadł, to było od niego czuć alkohol, co nie było dobrym znakiem. Luomo znał trochę angielski, trochę włoski i świetnie gestykulował. Pozwoliło nam to trochę porozmawiać. O jego rodzinie, o pracy, o Albanii.
Zabrał mnie na wiszący most w Jaupas. Takich mostów jest tu całkiem sporo. To tylko piesze mosty, zbudowane z rozpadających się desek i zardzewiałych lin. Po chwili Luomo kazał iść przodem, a gdy się odwróciłem to jedną rękę trzymał za plecami. „No, Mirecki, to chyba w tym miejscu skończy się twoja przygoda w Albanii” – pomyślałem. Na szczęście Luomo okazał się całkowicie niegroźny.
Poszliśmy nawet razem obejrzeć piękny wodospad Bogove. Szliśmy ponad 20 minut przez las. Trochę się martwiłem, że tak dużo czasu tracę i czy Luomo nie zaprowadzi mnie gdzieś w krzaki i tyle świat słyszał o Mariuszu. Moje nerwy uspokoili ludzie, którzy wracali z góry. Było ich zdecydowanie za dużo i pochodzili z różnych krajów. To musiało być jakieś popularne miejsce.
Wodospad nie był jakiś ogromny, ale bardzo ładny. Pod nim woda rozlewała się wokół olbrzymich kamieni. Była lodowata, nie dało się długo w niej wytrzymać.
To była ciekawe przeżycie. Luomo był bardzo rozmowny. Zainspirował mnie swoją zdolnością budowania zdań składających się ze słów z trzech czy czterech języków. Miał też ze sobą mały notatnik, zupełnie jak Leonardo daVinci, a w nim imiona i adresy znajomych, między innymi z Polski.
Droga do Permet
Zostawiłem moje współtowarzysza podróży nad wodospadem i ruszyłem dalej. Miałem jeszcze prawie 100 km do przejechania. Droga wiła się zboczami, ale nie była jakaś bardzo wymagająca. Po drodze mijałem urokliwe miasteczka, jak Corovoda. Zatrzymywałem się często by latać dronem wzdłuż Kanionu Osumi. Cóż za niezwykłe miejsce!
W pewnym miejscu droga schodzi na dół kanionu i przekracza rzekę Osumit. Jest normalny znak w lewo na Permet (35km). To było najstraszliwsze 35 km mojego życia!
Początek był w miarę spoko, luźne kamienie, jakieś ostre podjazdy, ale im dalej jechałem tym trudniejsza się ta droga robiła. W pewnym miejscu musiałem przejechać przez drewniany most, którym bałbym się przejść pieszo, a musiałem nim przejechać moim wielgaśnym Busem. Ustawiłem koła wzdłuż desek, ścisnąłem mocno kierownicę i ruszyłem. Nie było miejsca na błąd.
Stąd droga zrobiła się mega trudna. Wielkie głazy, leje po wodzie ze strumieni i deszczu, podjazdy tak strome, że widziałem przed sobą tylko niebo, a nie drogę. Bus dawał radę, sam nie wiem jak, ale dawał radę. Kuba zwiększył jego moc prawie dwukrotnie – to na pewno pomogło. Pomogła również manualna skrzynia biegów. Myślę, że żaden samochód osobowy z automatyczną skrzynią by nie przeżył tej drogi.
Nie mam zbyt wielu zdjęć z tej drogi. Zbyt byłem przerażony, żeby wyciągać aparat czy drona.
Gdy po jakichś 20 km totalnej walki z tą drogą zobaczyłem pierwsze zabudowania, to ucieszyłem się, jak rozbitek widzący nadpływający statek. Droga wcale się nie poprawiła bardzo, ale miałem świadomość, że jakby co, to mam do kogo iść po pomoc.
O drogę pytałem Albańczyków jadących na koniach. Tak, na koniach, bo ta droga to się nadaje tylko dla koni lub wytrawnych hiker’ów, a nie dla siedmiometrowego vana z napędem na przednie koła.
Jak w końcu dojechałem do drogi SH75 to wysiadłem z auta, stanąłem jedną nogą na asfalcie, jedną na szutrze i podziękowałem Bogu, że i ja i samochód jesteśmy cali.
To był prawdziwy offroad. Nie tam jakieś pitu pitu, tylko hard-coro’wy offroad vanem przez albańskie góry. Wspomnienie tych 35 km zostanie ze mną na zawsze.

Most Kadiut i ciepłe baseny

Mieliśmy w Permet super kwaterę. Czterogwiazdkowy hotel. Każdy z nas dostał osobny pokój, bo ceny po sezonie pozwalały na takie szaleństwa. Ekipa jeszcze była w górach, a nie było jeszcze bardzo późno. Wyciągnąłem rower i pojechałem nad most Kadiut.
„Most Sędziowski” pamięta jeszcze czasy Osmanów. W jego pobliżu są gorące źródła Banjat e Benjës. Można się w nich kąpać. Są do tego przygotowane trzy małe baseny. Woda jest wyraźnie ciepła i ma lekki siarkowy zapach. Leżałem sobie w nich kojąc moje zszargane nerwy. Bardzo mi to się przydało.
Udało mi się też porozmawiać z napotkanymi Polakami. Rozmawialiśmy o tym, czy warto inwestować w nieruchomości w Albanii. Oni właśnie kupili apartament w Sarandzie i bardzo polecali to miejsce na wakacje.
To właśnie w Permet ekipa na motocyklach kończy swoją przygodę z ACT. Sześć dni, prawie 1700km po czarnogórskich i albańskich górach. Wszyscy przejechali tę trasę cali i zdrowi. Motocykle też świetnie się spisały.
Z tej okazji idziemy na kolację do miasta. Kuba znajduje dla nas idealne miejsce (jak zwykle – on chyba ma jakiś szósty zmysł do tych miejsc). Z zewnątrz ta restauracja nie wyglądała zbyt atrakcyjnie, ale jak weszliśmy, to się okazało, że jest bardzo miło. Prowadzi ją chyba jedna rodzina i co tutaj nietypowe, obsługiwały nas same kobiety, głównie młode. Jedzenie było PYSZNE! Znowu najedliśmy się po do syta i jeszcze kawałek.
Z historią o mojej przerażającej drodze wstrzymałem się do drugiej kolejki rakii. Nie chciałem im mówić, co robiłem z ich „safety car’em” na trzeźwo. Na szczęście przyjęli to bardzo łagodnie, głównie salwami śmiechu i żartami pod moim adresem. Spokojnie je wszystkie znosiłem, bo nic już bardziej stresującego mnie nie mogło spotkać tego dnia.