Podróże i Wyprawy
Moje podróże i wyprawy to sposób na poznawanie świata nie tylko oczami, ale i sercem. Każda droga — czy prowadzi przez góry, miasta czy nadmorskie ścieżki — uczy mnie uważności, odwagi i wdzięczności. Wierzę, że „świat jest książką, a ci, którzy nie podróżują, czytają tylko jedną stronę” . Dlatego zapisuję te doświadczenia, by inspirować innych do odkrywania miejsc, które nie tylko zachwycają, ale też zmieniają nas od środka.
Chiny. 2 października. Wielka logistyka
Ostatnie 42 kilometry, pożegnanie z Błyskawicą, wielka operacja logistyczna przez pociąg, Guangzhou i Doha, a na końcu Warszawa. Po prawie 650 kilometrach przez południowe Chiny najważniejsze okazały się dwa proste zdania: byłem w Chinach i jestem w domu.
Chiny. 1 października. Coraz bliżej domu.
Ostatni pełny rowerowy dzień wyprawy: spokojniejsza jazda między wioskami, małe promy, rozmowy, trochę tęsknoty za domem i świadomość, że ta podróż właśnie zaczyna się kończyć. Jeszcze jesteśmy w Chinach, ale myślami coraz częściej wracamy już do Polski.
Chiny. 30 września. Uzupełnienie. Od Rzeki Smoka do West Street
Rzeka Smoka, wiejskie drogi, kąpiele, bambusowe tratwy, ryba w piwie i neonowy chaos West Street. Jeden z najbardziej intensywnych dni wyprawy — pełen małych przygód, przypadkowych spotkań i Chin, które nie przestają dawać.
Chiny. 30 września. A gift that keeps on giving
Plantacja herbaty, mordercze podjazdy, fotograficzne szaleństwo i pocztówkowy widok z Xianggong Hill na rzekę Li. Przedostatni dzień wyprawy po raz kolejny udowodnił, że Chiny wciąż mają czym zaskoczyć
Chiny. 29 września. Inne Chiny.
Yangshuo pokazało nam inne Chiny — bogatsze, bardziej turystyczne i bardziej międzynarodowe. A wieczorem krasowe góry, rzeka Li i setki wykonawców stworzyły najpiękniejsze widowisko plenerowe, jakie kiedykolwiek widziałem.
Chiny. 28 września. Przerwa techniczna
Przerwa techniczna.
Chiny. 27 września. Inny system operacyjny.
Wioska Yao, krasowe góry, bambus, rowerowe podjazdy i larwy jedwabnika. Dzień pełen zachwytów, rozmów i refleksji nad tym, jak bardzo chiński „system operacyjny” różni się od naszego.
Chiny. 26 września. Chiny i ekipa zaczynają we mnie wsiąkać
80 kilometrów przez południowe Chiny, targ w Yangshan, długie podjazdy i szybkie zjazdy, bajkowy park kresowy i urodziny Moniki. Coraz mniej czuję, że tylko zwiedzam Chiny. Coraz bardziej czuję, że po prostu w nich jestem. I to ze świetną ekipą!
Chiny. 25 września. Akumulatory piękna
69 kilometrów w upale, góry krasowe, kąpiel w rzece, chińskie święto i wieczorne Yangshan pełne ludzi, świateł i zapachów. Długi dzień. Akumulatory piękna naładowane do pełna.
Chiny. 24 września. Droga
64 kilometry przez chińską prowincję, małe wioski, pola ryżowe, jaskinie, bambusowy las i szklaną platformę wysoko nad doliną. Dzień pełen drogi — tej pod kołami i tej, którą pokonuje się trochę głębiej.
Chiny. 23 września. Przez bramę
Chiny mają wiele bram. Dosłownie i w przenośni. Drugiego dnia naszej wyprawy zaczynam rozumieć, że każda z nich prowadzi trochę głębiej — w kulturę, codzienne życie, relacje i poznawanie ludzi po obu stronach.
Chiny. 22 września. Szukamy definicji dziwności
Pierwszy dzień na rowerze w Chinach: upał, gigantyczne miasta, buddyjska świątynia, wodospad, przemysłowy dron, karaoke nad jeziorem i mnóstwo rzeczy, które każą na nowo zdefiniować słowo „dziwne”.











