Południowe Chiny. 23 września.

Przez bramę

Chiny mają wiele bram. Dosłownie i w przenośni. Drugiego dnia naszej wyprawy zaczynam rozumieć, że każda z nich prowadzi trochę głębiej — w kulturę, codzienne życie, relacje i poznawanie ludzi po obu stronach

Dzień zaczynam od spaceru.

Jeszcze zanim reszta ekipy na dobre się obudzi, wychodzę zobaczyć, jak wygląda chiński poranek. I znowu mam wrażenie, że tutaj nawet zwykłe wyjście przed hotel dostarcza materiału na kilka stron notatek.

W parku ćwiczą kolejne grupy tai chi. Spokojnie, rytmicznie, bez pośpiechu. Kawałek dalej starsi ludzie spacerują. Niektórzy normalnie. Inni… tyłem.

Tak. Tyłem.

Widzę kolejną osobę idącą w moją stronę plecami i zaczynam podejrzewać, że to nie przypadek, tylko jakiś lokalny sposób na zdrowie i długowieczność. Jeśli tak, to nie wiem jeszcze, czy będę go praktykował po powrocie do Warszawy. Mokotów ma jednak trochę za dużo słupków, psów na smyczach i hulajnóg pozostawionych w strategicznych miejscach.

Do tego dochodzi muzyka.

Chińska oczywiście. Puszczana bez słuchawek, prosto z telefonu albo małego głośnika. Nikt tutaj najwyraźniej nie podpisał społecznej umowy mówiącej, że muzyka jest sprawą prywatną.

I wiecie co?

Ma to swój urok.

Śniadanie po chińsku

Wracam do hotelu. Czas na śniadanie.

Sytuacja w kuchni najwyraźniej została już opanowana. Jedzenia jest sporo, choć chwilę zajmie mi jeszcze przyzwyczajenie się do tego, co Chińczycy jedzą rano.

Na pewno wiem jedno.

Jessie Inchauspé byłaby z nich dumna.

Prawie nic nie jest słodkie.

Zamiast rogalika z dżemem można sobie wrzucić na talerz warzywa, kiszonki, jajka, ryż, coś ostrego, coś kwaśnego i coś, czego pochodzenia lepiej przed pierwszą kawą nie ustalać.

Nie jest źle.

Po prostu mój mózg musi przestawić definicję słowa „śniadanie”.

Zielony smok

Pakujemy się do autokaru.

Naszego wielkiego zielonego smoka prowadzi przemiły Chińczyk o imieniu mniej więcej „Ołłł”. Być może właśnie dokonałem językowej zbrodni na jego imieniu, ale na razie lepiej nie potrafię.

Uśmiech praktycznie nie schodzi mu z twarzy.

Jest niesamowicie uczynny. Łapie nasze walizki i w locie pakuje je do luku bagażowego. Kiedy tylko ma okazję, robi nam też zdjęcia.

Fair enough.

My fotografujemy Chińczyków.

Chińczycy fotografują nas.

Bilans ciekawości wychodzi mniej więcej na zero.

Zanim ruszamy, Robert odbiera Kamilowi mikrofon i opowiada kawał o niebezpieczeństwach związanych z nierozpoznawaniem Chińczyków. Autokar wybucha śmiechem. Chwilę później Kamil odzyskuje władzę nad systemem nagłośnienia i przedstawia plan dnia.

Jedziemy dziś wzdłuż rzeki Sui Jiang.

Rzeka jest ogromna. Szersza niż Wisła, a po obu jej brzegach ciągną się wielkie osiedla. Charakterystyczne wieżowce wyrastają jeden obok drugiego — smukłe, wysokie, trochę jak pędy bambusa.

W Chinach wszystko wydaje się duże.

Rzeki.

Osiedla.

Bloki.

Autostrady.

Nawet krawężniki.

W pewnym momencie trafiamy na taki, przy którym nasze rowery MTB okazują się jedynie sugestią transportową. Między jezdnią a chodnikiem jest różnica poziomów godna małej wyprawy wysokogórskiej. Zsiadamy i wnosimy rowery ręcznie.

Zastanawiam się, jak radzą sobie tutaj mamy z wózkami.

Chociaż właściwie powinienem powiedzieć: dziadkowie.

Bo szybko zauważamy, że to właśnie starsi ludzie bardzo często zajmują się tutaj małymi dziećmi.

Bramy

I wtedy zaczynam je zauważać.

Bramy.

Są wszędzie.

Przy jeziorze widzieliśmy już jedną ogromną, piękną, niemal monumentalną. Teraz okazuje się, że własne bramy mają osiedla. Parki. Instytucje. Domy. Niektóre są nowoczesne, inne wyraźnie nawiązują do tradycyjnej chińskiej architektury.

Nawet zwykłe drzwi często otaczają czerwone szarfy z napisami.

Zaczynam więc czytać o znaczeniu bramy w chińskiej kulturze.

I robi się ciekawie.

Chińskie 门 — mén, czyli brama lub drzwi, to oczywiście fizyczna granica między dwiema przestrzeniami. Ale w języku i kulturze ta metafora idzie dalej. Istnieje na przykład określenie 入门 — rùmén. Dosłownie: „wejść przez bramę”. Może oznaczać poznanie podstaw jakiejś dziedziny, wejście w nią, rozpoczęcie wtajemniczenia.

Najpierw jesteś na zewnątrz.

Potem przechodzisz przez bramę.

I nagle wiesz trochę więcej.

Bardzo podoba mi się ta metafora.

Bo dokładnie to robimy.

Po drugiej stronie

Przekraczamy kolejne bramy.

Dosłownie i w przenośni.

Poznajemy Chiny nie tylko przez zabytki i miejsca, które ktoś wcześniej oznaczył na mapie jako must see. Właściwie najciekawsze jest to, że jedziemy przez miejsca zupełnie zwyczajne.

Nieprzygotowane pod nas.

Prawdziwe.

Na lunch zatrzymujemy się na przykład w przydrożnym barze, w którym najwyraźniej stołują się głównie kierowcy ciężarówek. Samochody przelatują obok z takim hukiem, że momentami trudno prowadzić rozmowę.

Atmosfera jest za to wyśmienita.

Jedzenie też.

Na stół trafiają kolejne miski i półmiski. Próbujemy wszystkiego. Piotrek kupuje nawet butelkę lokalnego alkoholu.

Tak na trawienie.

Oczywiście.

Jesteśmy ludźmi odpowiedzialnymi i bardzo zależy nam na prawidłowym funkcjonowaniu układu pokarmowego, więc nie wypada odmówić.

Rowerowe tempo

Rower ma jeszcze jedną ogromną zaletę.

Pozwala patrzeć.

Z samochodu świat przesuwa się za szybko. Widzisz fragmenty. Mignięcia. Dom. Człowieka. Pole. Sklep.

Na rowerze jedziesz w tempie życia.

Widzimy starszą kobietę ciągnącą wózek załadowany długimi bambusowymi tyczkami. Przez chwilę zastanawiamy się nawet, czy nie zawrócić i jej pomóc.

Chociaż nasze określenie „starsza” nadal należy traktować bardzo ostrożnie. Jeszcze kompletnie nie umiemy oceniać wieku Chińczyków.

Kawałek dalej przy skrzyżowaniu siedzi kobieta na małym stołeczku. Obok stoi niewielki wózek z parasolem. Sprzedaje jakieś części kurczaka — chyba nóżki albo skrzydełka. Klienci zatrzymują się przy niej na skuterach.

Skuterów jest tutaj mnóstwo.

Całe to życie rozgrywa się bez scenografii przygotowanej dla turysty.

Nikt niczego dla nas nie odgrywa.

I chyba właśnie dlatego tak dobrze się to ogląda.

W pewnym momencie zatrzymujemy się, czekając na resztę grupy. Podjeżdża do nas młoda dziewczyna i bardzo ładnym angielskim pyta:

— Do you need any help?

Mały gest.

Ale zostaje w pamięci.

Od początku tej podróży spotykamy się przede wszystkim z życzliwością. Ludzie próbują się z nami komunikować mimo bariery językowej. Uśmiechają się. Pomagają. Przyglądają się nam.

Są ciekawi.

Dokładnie tak samo jak my.

I nagle uświadamiam sobie, że ta brama działa w obie strony.

My wchodzimy trochę do ich świata.

Oni zaglądają do naszego.

Jeszcze jedna brama

Jest też inny rodzaj poznawania.

Poznajemy siebie nawzajem.

Nasza ekipa okazuje się naprawdę świetna. Jadąc, rozmawiamy o podróżach, świecie, rodzinach, trochę o pracy. Czasami rozmowa schodzi jeszcze głębiej.

Na życie.

Na wybory.

Na rzeczy, które są dla nas ważne.

Kilka dni wcześniej większość z nas była dla siebie właściwie obcymi ludźmi. Teraz jedziemy razem przez południowe Chiny, pocimy się na tych samych podjazdach, próbujemy tych samych nieznanych potraw i wspólnie zastanawiamy się, czy to, co właśnie znalazło się na stole, należy najpierw obrać, ugotować czy po prostu odważnie zjeść.

Przekraczamy więc jeszcze jedną bramę.

Bramę prywatności.

Powoli powstają relacje.

Na razie ich zalążki.

Ale kto wie?

Może część z nich pojedzie z nami dalej, już poza tę wyprawę.

Pałac w Guangning

Dojeżdżamy do Guangning.

Nasz zielony smok zatrzymuje się pod hotelem.

I tu następuje małe zaskoczenie.

Guangning Overseas Hotel wygląda jak pałac. Jakby ktoś wyciął fragment Francji albo Austrii, zapakował do kontenera i przywiózł do południowych Chin.

Wchodzę do środka.

Marmury.

Kolumny.

Balustrady.

Przestrzeń.

A nad nami wisi chyba największy kryształowy żyrandol, jaki widziałem w życiu.

Szczęka trochę opada.

Aparat zaczyna się wiercić w torbie.

Rób zdjęcia. Rób zdjęcia. Rób zdjęcia.

No dobrze.

Skoro tak nalega.

Basen, który nie jest w hotelu

Dowiadujemy się, że jest też basen.

Świetnie.

Po całym dniu na rowerach możliwość zanurzenia się w wodzie brzmi jak bardzo rozsądny plan.

Jedna rzecz trochę nas tylko dziwi.

Do basenu trzeba… dojść.

— Ale jak to?

Nie zadajemy jednak wystarczająco wielu pytań.

To błąd.

Przebieramy się więc w stroje kąpielowe, narzucamy szlafroki, zakładamy klapki i wychodzimy z naszego pałacowego hotelu na ulice Guangning.

Idzie grupka Europejczyków w szlafrokach.

Przez chińskie miasto.

Do basenu.

Nie wiem, co myśleli mieszkańcy, ale podejrzewam, że tego dnia to my byliśmy lokalną atrakcją turystyczną.

Na szczęście nie idziemy daleko.

Basen okazuje się czymś w rodzaju miejskiego ośrodka sportowego.

I tutaj pałacowy klimat naszego hotelu kończy się gwałtownie.

Przebieralnia wygląda tak, jakby od jakiegoś czasu trwała w niej wojna domowa. Wyrwane drzwi. Brud. Ogólny klimat miejsca, w którym człowiek niepotrzebnie zaczyna się zastanawiać, gdzie dokładnie położyć skarpetki.

Ci, którzy przyszli już przebrani, wybrali dobrą cząstkę.

Ale sam basen jest zaskakująco przyjemny.

Górna, relaksacyjna część znajduje się na dworze. Z niewielkiego wzniesienia spływa wodospad. Szum wody zagłusza miasto. Temperatura jest idealna. Basen okazuje się wystarczająco duży, żeby naprawdę trochę popływać.

Na koniec robimy sobie wspólne zdjęcie w czepkach.

Nie.

Nie zobaczycie go.

Są granice otwartości.

Nie każdą bramę trzeba przekraczać.

Apetyt

Wieczorem kolejna kolacja.

I kolejny wielki okrągły stół.

Siedem, może osiem dań pojawia się przed nami jedno po drugim. Tym razem właściwie wszystko jest pyszne. Zaczynam rozumieć, dlaczego wspólny stół tak dobrze pasuje do chińskiego jedzenia. Nikt nie ma swojego talerza i swojego dania. Wszystko jest pośrodku.

Próbujemy.

Podajemy dalej.

Dzielimy się.

Kamil w międzyczasie opowiada historie z wypraw do Maroka, Wietnamu i innych miejsc.

To nie jest bezpieczny człowiek.

Po kilku takich opowieściach człowiek zaczyna już mentalnie przeglądać kalendarz na przyszły rok.

Rozbudza apetyt.

Nie tylko na jedzenie.

Na świat.

Po drugiej stronie bramy

Wieczorem część ekipy rusza jeszcze chyba w miasto.

Ja odpuszczam.

Od wylotu z Polski systematycznie powiększam swój deficyt snu i zaczynam podejrzewać, że oprocentowanie jest niekorzystne.

Trzeba spłacić choć trochę długu.

Kładę się więc spać i myślę jeszcze o tych wszystkich bramach, które widzieliśmy dzisiaj.

Może dlatego tak bardzo utkwiły mi w głowie.

Rùmén.

Wejść przez bramę.

Znaleźć się po drugiej stronie.

Wiedzieć trochę więcej niż wcześniej.

O Chinach.

O ludziach, których spotykamy po drodze.

O tych, z którymi tutaj przyjechaliśmy.

Może też trochę o sobie.

Dopiero drugi dzień.

A mam wrażenie, że przeszliśmy już przez całkiem sporo bram.

I za każdą czeka coś nowego.