Nikt z nas nie jest wyspą
Co pozostawiają nam rodzice? Refleksyjna historia o ojcu, tenisie, wdzięczności i doświadczeniach, których wartość odkrywamy dopiero po latach.
Wojtek zaprosił mnie na tenisa.
Świetny pomysł! Dawno nie grałem, ale przecież kiedyś całkiem nieźle sobie radziłem. A takich rzeczy podobno się nie zapomina. Trochę jak jazdy na rowerze.
No cóż. Okazuje się, że jednak można zapomnieć.
A przynajmniej sporą część.
Backhand wrócił do mnie zaskakująco szybko. Kilka prób i piłka zaczęła lecieć mniej więcej tam, gdzie chciałem. Gorzej było z forehandem. Znacznie gorzej.
Nie wiem, co się wydarzyło z moją pamięcią mięśniową, ale najwyraźniej pomyliła tenis z baseballem. Stałem zdecydowanie za blisko piłki, wymachiwałem rakietą jak kijem i posyłałem ją w kierunkach, które z wyznaczonymi liniami kortu miały niewiele wspólnego.
Czasami piłka nawet trafiała na drugą stronę siatki.
Przypadkiem.
Wojtek wykazał się niezwykłą cierpliwością. A może zwyczajnie zrobiło mu się mnie żal. W każdym razie szybko zorientował się, że jeśli chce pograć w tenisa, zamiast uczestniczyć w pokazie moich sportowych niekompetencji, powinien kierować piłki na mój backhand.
I zadziałało!
Mieliśmy nawet kilka naprawdę fajnych wymian. Przez moment mogłem poczuć się jak tenisista, a nie człowiek, który przypadkiem wszedł na kort z rakietą i próbuje ustalić, do czego ona służy.
Gdybyśmy grali na punkty, to Wojtek by oczywiście wygrał.
Ale nie o wynik tego spotkania chodziło.
Dwie fotografie
Po powrocie przypomniałem sobie o pewnym starym zdjęciu. Odszukałem je i zestawiłem z fotografią zrobioną po naszym meczu.
Dwa zdjęcia. Dwie rakiety. Dwóch różnych ludzi stojących obok mnie.
I wiele lat pomiędzy nimi.
Na pierwszym jestem z moim Tatą. Na drugim z Wojtkiem.
Patrzę na tę starszą fotografię i uświadamiam sobie coś niezwykłego. Tata miał wtedy mniej więcej tyle lat, ile ja mam dzisiaj.
Kiedyś patrzyłem na niego jak na człowieka starszego, bardziej doświadczonego, który zna świat i potrafi robić mnóstwo rzeczy. Dziś sam jestem w tym wieku. Mam własne doświadczenia, własną historię i własną rodzinę.
I coraz lepiej rozumiem, ile zawdzięczam temu człowiekowi ze zdjęcia.
Mój Tata był pasjonatem tenisa. Ale właściwie trudno byłoby znaleźć aktywność, która go nie interesowała. Kochał życie. Lubił próbować nowych rzeczy, poznawać świat, być w ruchu.
Żeglował. Jeździł na nartach. Grał w koszykówkę. Latał na paralotni.
I co ważne, nie były to tylko wspomnienia z jego młodości. Robił to wszystko również wtedy, gdy był już w... powiedzmy, średnim wieku.
Dzisiaj wiem, jak względne jest to określenie. 🙂
Dzięki niemu ja też miałem okazję spróbować tych wszystkich rzeczy. Nie zostałem zawodowym tenisistą, żeglarzem ani paralotniarzem. Ale wiem, jak to jest trzymać ster łodzi, sunąć na nartach po stoku czy oderwać się od ziemi i zobaczyć świat z góry.
Dostałem coś znacznie cenniejszego niż zestaw umiejętności.
Dostałem możliwości.
Nikt nie jest wyspą
John Donne, angielski poeta i duchowny z XVII wieku, napisał kiedyś słynne słowa:
No man is an island, entire of itself; every man is a piece of the continent, a part of the main.
Żaden człowiek nie jest samotną wyspą. Każdy z nas jest częścią większego kontynentu.
Uwielbiam tę metaforę.
Lubimy myśleć o sobie jako o niezależnych jednostkach. O ludziach, którzy sami podejmują decyzje, budują swoją przyszłość i kształtują własną tożsamość.
I oczywiście jest w tym sporo prawdy.
Ale gdy zaczniemy przyglądać się fundamentom naszego życia, szybko odkryjemy, że niemal wszystko, co w nas wartościowe, ma gdzieś swoje źródło.
Ktoś nas czegoś nauczył. Ktoś pokazał nam nową drogę. Ktoś podsunął książkę, zabrał w podróż, zachęcił do spróbowania czegoś nowego. Ktoś nam podarował książkę o samorozwoju. Ktoś w nas uwierzył, zanim sami nauczyliśmy się w siebie wierzyć.
Nie jesteśmy wyspami.
Jesteśmy kontynentami zbudowanymi z doświadczeń i wpływu innych ludzi. A nasi rodzice często stanowią ich najstarszą, najgłębiej ukrytą warstwę.
Mój Tata zadbał szczególnie o dwie rzeczy.
O mój angielski i moje doświadczenia.
Angielski stał się z czasem językiem mojego serca. Nie tylko narzędziem pracy, ale sposobem myślenia, poznawania świata, nawiązywania relacji i dzielenia się wiedzą. Trudno byłoby mi dziś wyobrazić sobie życie bez tego języka.
A doświadczenia?
To właśnie dzięki nim mogę dziś wziąć rakietę i pójść z Wojtkiem na tenis. Mogę zatańczyć na imprezie, popłynąć żaglówką albo opowiedzieć komuś mrożącą krew w żyłach historię z czasów, gdy rodzice wysłali mnie samego do Londynu.
Byłem wtedy w drugiej klasie liceum.
To była jedna z tych przygód, których znaczenie docenia się dopiero po latach. Zwłaszcza gdy już wiadomo, że historia zakończyła się szczęśliwie i można ją opowiadać innym bez konieczności ponownego przeżywania wszystkich emocji.
I tutaj pojawia się kolejna ciekawa myśl.
Łączenie kropek
Steve Jobs podczas swojego słynnego przemówienia na Uniwersytecie Stanforda w 2005 roku opowiedział o czymś, co nazwał connecting the dots .
Łączeniem kropek.
W młodości uczęszczał na zajęcia z kaligrafii. Nie miały one żadnego oczywistego związku z jego przyszłą karierą. Ot, ciekawostka. Coś, co go fascynowało, ale do niczego konkretnego nie prowadziło.
A jednak wiele lat później właśnie to doświadczenie wpłynęło na sposób projektowania typografii w komputerach Macintosh.
Jobs zauważył, że kropek nie da się połączyć, patrząc w przyszłość. Można to zrobić dopiero wtedy, gdy spojrzymy wstecz.
Myślę, że z dzieciństwem jest podobnie.
Gdy Tata zabierał mnie na narty czy żagle, nie zastanawiałem się nad tym, jaki kapitał doświadczeń właśnie gromadzę. Nie rozważałem, jak te chwile wpłyną na moje przyszłe życie.
Po prostu je przeżywałem. Z otwartym usmysłem i sercem – z reguły.
Czasami pewnie się bałem. Czasami marudziłem. Innym razem nie chciało mi się ruszać z domu. Na szczęście nie było wtedy telefonów, w którego ekran pewnie bym wlepiał swój wzrok w takich chwilach.
A dziś?
Dziś widzę, jak wiele kropek udało się dzięki temu połączyć.
Bo doświadczenia mają niezwykłą właściwość. Nie musimy z nich korzystać przez cały czas, żeby zachowały swoją wartość. Czasami pozostają gdzieś głęboko w naszej pamięci, czekając na odpowiedni moment.
Jak mój backhand.
Choć z forehandem najwyraźniej coś poszło nie tak.
Dzieci nie są naszą własnością
Kahlil Gibran w swojej książce Prorok napisał:
Your children are not your children.
Wasze dzieci nie są waszymi dziećmi.
To zdanie brzmi na początku dość prowokacyjnie. Ale Gibran rozwija tę myśl w piękny sposób. Przypomina, że dzieci przychodzą na świat za naszym pośrednictwem, ale nie należą do nas. Mają własne myśli, własne marzenia i własną przyszłość.
Porównuje rodziców do łuków, z których dzieci niczym żywe strzały zostają wypuszczone w świat.
Piękny obraz.
Rodzice nie mogą przeżyć życia za swoje dzieci. Nie mogą też zdecydować, dokąd ostatecznie one polecą. Mogą jednak pomóc im nabrać siły, nadać kierunek i przygotować do samodzielnego lotu.
I chyba właśnie o to chodzi w wychowaniu.
Nie o to, żeby dziecko stało się naszą kopią. Żeby kochało dokładnie to, co my, i powtarzało nasze wybory.
Chodzi raczej o to, żeby dać mu jak najwięcej dobrych możliwości.
Pokazać świat. Rozbudzić ciekawość. Nauczyć odwagi. Pozwolić próbować, mylić się, odkrywać własne zainteresowania.
A potem pozwolić mu wybrać.
W Biblii znajduję piękną zachętę:
„Ucz dziecko, jaką drogą ma iść, a nie zejdzie z niej, nawet gdy się zestarzeje”. — Przysłów 22:6.
Myślę, że jest w tych słowach coś znacznie głębszego niż zwykłe przekazywanie wiedzy. Chodzi o kształtowanie wartości, postaw i sposobu patrzenia na życie.
Bo przecież nie wszystkie lekcje, które otrzymujemy od rodziców, dotyczą praktycznych umiejętności.
Jedni uczą nas jeździć na rowerze. Inni gotować zupę pomidorową, prasować koszulę czy naprawić cieknący kran.
Ale są też lekcje o odwadze, uczciwości, życzliwości, odpowiedzialności i o tym, co naprawdę ma w życiu znaczenie.
Odpowiedzi na pytania o życie, wszechświat i całą resztę — jak powiedziałby Douglas Adams w Autostopem przez Galaktykę .
Choć odpowiedź nie zawsze musi brzmieć 42.
Zabawne jest to, że wiele z tych najważniejszych lekcji odbywa się bez podręcznika, bez planu i bez słów.
Dzieci obserwują. Tak, jak ja patrzyłem na moje Tatę. Na przykład jak z ofiarnością wychyla się za burtę jachtu pomagając nam płynąć bardziej ostro. To się wtedy skończyło jego wpadnięciem do wody – ale ile z tego było śmiechu!
Widzą, co robimy, jak odnosimy się do innych, czym się interesujemy, jak reagujemy na trudności. Uczą się nie tylko tego, co im mówimy, ale przede wszystkim tego, jak żyjemy.
Mój Tata kochał aktywne życie.
I właśnie takiego życia mnie nauczył.
Wdzięczność zapisana między wierszami
Marek Aureliusz rozpoczyna swoje Rozmyślania w niezwykły sposób.
Nie od wykładu filozoficznego. Nie od wielkiej teorii o naturze świata. Ale od ludzi.
W pierwszej księdze wspomina tych, którym coś zawdzięcza. Dziadka, rodziców, nauczycieli i przyjaciół. Każdemu przypisuje wartości i cechy, których się od niego nauczył.
O ojcu pisze krótko:
„Z dobrego imienia ojca i wspomnień o nim — skromność i męstwo”.
Zwraca moją uwagę nie tylko treść tych słów, ale sam pomysł.
Potężny cesarz Rzymu, człowiek mający władzę nad ogromnym imperium, rozpoczyna swoje osobiste zapiski od uznania długu wobec innych ludzi.
Nie mówi: zobaczcie, kim się stałem.
Mówi raczej: zobaczcie, komu to zawdzięczam.
To piękna lekcja wdzięczności.
I chyba właśnie dlatego, gdy patrzę dziś na te dwa zdjęcia, czuję potrzebę napisania kilku słów o moim Tacie.
Bo przecież ten tenisowy mecz z Wojtkiem nie był jedynie sportowym spotkaniem. Był kolejnym punktem na mapie mojego życia. Punktem, do którego prowadzi droga rozpoczęta wiele lat temu.
Droga, którą ktoś kiedyś przede mną otworzył.
Wojtek zaprosił mnie na kort. Ale to dzięki Tacie mogłem przyjąć to zaproszenie i czerpać z niego radość.
Nawet jeśli większość tej radości wynikała z naszych nieudanych prób opanowania mojego forehandu.
Rozdziały, których nie widać
Wracam jeszcze raz do tych dwóch zdjęć.
Dzieli je wiele lat. Zmienił się świat. Zmienili się ludzie. Zmieniłem się ja.
Ale jest między nimi coś, czego nie widać na żadnym z pikseli.
Nić.
Niewidoczne połączenie między przeszłością a teraźniejszością. Między człowiekiem, który kiedyś otworzył mi drzwi do wielu doświadczeń, a człowiekiem, który dzisiaj wciąż może przez te drzwi przechodzić.
Myślę, że z większością rzeczy w naszym życiu jest podobnie.
Patrzymy na siebie i widzimy to, kim jesteśmy dzisiaj. Nasze umiejętności, zainteresowania, przekonania i wybory.
Ale żeby naprawdę zrozumieć, skąd się wzięły, musielibyśmy cofnąć się o wiele rozdziałów w książce o naszym życiu.
Do ludzi, których spotkaliśmy. Do rozmów, które odbyliśmy. Do zaproszeń, które przyjęliśmy. Do lekcji, których znaczenie zrozumieliśmy dopiero po latach.
I do tych, którzy byli z nami od samego początku.
Na jednym zdjęciu stoję obok mojego Taty.
Na drugim obok Wojtka.
Na pierwszym widzę człowieka, któremu zawdzięczam tak wiele. Na drugim widzę siebie, wciąż korzystającego z tego, co kiedyś od niego dostałem.
Mecz przegrałem.
Forehand wymaga gruntownego remontu.
Ale najważniejsze przecież nie jest to, jak dobrze dziś gram.
Ważne, że wciąż mogę grać.
I że wiem, komu to zawdzięczam.