Południowe Chiny. 1 października.

Coraz bliżej domu

Ostatni pełny rowerowy dzień wyprawy: spokojniejsza jazda między wioskami, małe promy, rozmowy, trochę tęsknoty za domem i świadomość, że ta podróż właśnie zaczyna się kończyć. Jeszcze jesteśmy w Chinach, ale myślami coraz częściej wracamy już do Polski.

Już trochę czuć, że to się kończy.

To nasz ostatni pełny dzień wyprawy po południowych Chinach i atmosfera jest trochę inna niż jeszcze kilka dni temu. Może to zwykłe zmęczenie. Może świadomość, że jutro zaczniemy już kierować się w stronę domu. A może jedno i drugie.

Jesteśmy trochę cichsi.

Bardziej refleksyjni.

Nie znaczy to oczywiście, że nagle zamieniliśmy się w grupę milczących mnichów. Nadal się śmiejemy, wygłupiamy i robimy zdjęcia. Ale gdzieś pod tym wszystkim zaczyna pojawiać się myśl:

To już prawie koniec.

Rosół zamiast tostów

Dzień zaczynamy od śniadania.

Wielu z nas nawet nie zagląda już do hotelowej strefy dla „białych”. Idziemy tam, gdzie jedzą Chińczycy.

Bierzemy miseczki.

Pałeczki.

Rosół.

Kluchy.

Warzywa.

Przez te kilkanaście dni coś się jednak zmieniło. Chińskie śniadanie, które na początku było dla mnie kulinarną ciekawostką, stało się czymś zupełnie normalnym.

Oczywiście tęsknię już trochę za kanapką z szynką i pomidorem.

Za normalnym chlebem.

Za czymś, co nie pływa w bulionie.

Ale wiem też, że kiedy wrócę do Polski, któregoś ranka spojrzę na swoją kanapkę i pomyślę:

A gdzie mój rosołek?

Człowiek szybko się przyzwyczaja.

Jeszcze kręcimy

Ale to jeszcze nie koniec.

Dzisiaj nadal jedziemy.

Po to tu przecież przyjechaliśmy.

Charles i Kamil mają dla nas jeszcze kilka atrakcji, więc wskakujemy na rowery i próbujemy wydostać się z Yangshuo.

Łatwo nie jest.

Miasto już od rana jest zapchane skuterami, tuk-tukami i samochodami. Ruch uliczny przypomina bardziej proces negocjacyjny niż system oparty na sztywnych zasadach.

Generalna reguła jest chyba prosta:

kto bardziej zdecydowany, ten jedzie pierwszy.

Trzeba więc uważać.

Patrzeć do przodu.

Na boki.

Czasem również za siebie.

Po kilku dniach jazdy po Chinach zaczynamy już trochę rozumieć tę logikę. Nie znaczy to, że ją opanowaliśmy, ale przynajmniej nie reagujemy paniką na każdy skuter pojawiający się z niespodziewanej strony.

To postęp.

Kawa w skale

Tuż za miastem Charles zatrzymuje nas przy małej kawiarni ukrytej w skalnej niszy.

Naprawdę dosłownie.

Kawiarnia została wciśnięta pod wapienną skałę tak, jakby ktoś kiedyś zobaczył jaskinię i pomyślał:

— Idealne miejsce na ekspres do kawy.

Sama kawa okazuje się raczej przeciętna.

I droga.

Ale to nie przeszkadza prawie nikomu.

Ludzie rzucają się na nią z determinacją, która po raz kolejny każe mi się zastanowić, co by się stało z naszą cywilizacją, gdyby pewnego dnia światowe zapasy kawy nagle się skończyły.

Podejrzewam, że w ciągu 48 godzin przestałyby działać giełdy.

Po 72 godzinach administracja publiczna.

A potem byłoby już tylko gorzej.

Na szczęście kawa jest.

Ale nawet ona przegrywa konkurencję ze szczeniakiem i małym kotem, które kręcą się po kawiarni. W jednej chwili kilkunastu dorosłych ludzi zapomina o krasowych górach, rowerach i kofeinie.

Jest piesek.

Priorytety.

Paradise on a bike

Jedziemy dalej.

I tym razem Charles naprawdę się nad nami zlitował.

Nie ma tirów.

Nie ma ciężarówek przejeżdżających pół metra od kierownicy.

Nie ma huku silników.

Droga jest płaska i spokojna, prowadzi pomiędzy polami i małymi wioskami rozsianymi po całej dolinie. W tle oczywiście wyrastają krasowe góry, bo tutaj góry po prostu są częścią krajobrazu tak samo naturalną jak u nas słupy energetyczne.

Pogoda jest idealna.

Słońce.

Lekki wiatr.

Ciepło, ale bez tego nieznośnego żaru z wcześniejszych dni.

Paradise on a bike.

Możemy wreszcie jechać obok siebie i rozmawiać.

I chyba właśnie to zapamiętam z tego odcinka najlepiej.

Ludzie z WhatsAppa

Prawie każdy znajduje sobie kogoś do rozmowy.

Ja przez dłuższy czas jadę z Sylwią.

Rozmawiamy trochę o rzeczach błahych, trochę o poważniejszych. Po kilkunastu wspólnie spędzonych dniach takie rozmowy wyglądają już inaczej niż na początku wyprawy.

Nie jesteśmy dla siebie nazwiskami z grupy na WhatsAppie.

Wiemy już trochę, kto co lubi, kto jak reaguje, co kogo bawi i co dla kogo jest ważne. Znamy swoje rodziny z opowieści, trochę swoich historii, zawodów, podróży i planów.

Łatwiej powiedzieć coś szczerze.

Łatwiej też słuchać.

I właśnie ten wymiar wyprawy chyba najbardziej mnie zaskoczył.

Na stronie Sport Adventure nie było napisane:

„W cenie otrzymasz również kilkanaście okazji do ciekawych rozmów o życiu, świecie i ideach”.

Szkoda.

Bo dla mnie to jedna z największych wartości całego wyjazdu.

Przyjechałem do Chin przede wszystkim jeździć na rowerze, robić zdjęcia i zobaczyć kawałek świata.

Dostałem jeszcze ludzi. Ich historie, ich doświadczenie, ich przekonania, światopogląd i rady. 

Bardzo dobry bonus.

Toskania po chińsku

Wjeżdżamy do małego miasteczka.

Charles prowadzi nas coraz węższymi uliczkami.

Dom stoi przy domu. Mury są stare, uliczki tak ciasne, że momentami ledwo mieszczą się nasze rowery.

Przez chwilę przychodzi mi nawet do głowy Toskania.

Naprawdę.

Światło.

Wąskie przejścia.

Stare ściany.

Rośliny pnące się po budynkach.

Tylko chińskie znaki przypominają, że jednak jesteśmy po drugiej stronie świata.

I pranie. Tutaj ubrania często suszą się już na wieszakach, powieszone wprost na zewnątrz. U nas najczęściej po prostu przewiesza się rzeczy przez sznurek.

Mały szczegół.

Ale takie szczegóły tworzą codzienność.

Czerwone wstążki

Po drodze mijamy też ogromne drzewo obwieszone czerwonymi wstążkami.

Na zdjęciu dobrze widać charakterystyczne zwisające korzenie — to banian, jedno z tych drzew, które z wiekiem zaczynają wyglądać bardziej jak mały ekosystem niż pojedyncza roślina.

Czerwone wstążki nie są tylko dekoracją.

W chińskiej tradycji często wiążą się z życzeniami, pomyślnością i prośbami o szczęście. Na starych drzewach i w miejscach kultu ludzie zostawiają je jako widzialny znak nadziei czy życzenia. W okolicach Yangshuo szczególnie znany jest stary banian kojarzony również z miłością i legendą Liu Sanjie. A, to ta historia ze spektaklu. Ciekawe. 

My zapisujemy życzenia na kartce, ustawiamy przypomnienia w telefonie albo po prostu nosimy je w głowie.

Tutaj ktoś przywiązuje kawałek czerwonej tkaniny do drzewa.

I zostawia swoją nadzieję na wietrze.

Wielka przeprawa. Prawie.

Dojeżdżamy do niewielkiego portu.

Robert już tam jest.

Jakimś sposobem dostał się tutaj przed nami. Przestaję nawet pytać, którędy jeździ. Robert najwyraźniej ma w Chinach własny system skrótów.

Dzisiaj czeka nas przeprawa promowa.

Pakujemy się razem z rowerami na niedużą łódź. Niestety obsługa każe nam zejść pod pokład.

Jest gorąco.

Duszno.

Chińczycy tym razem wyjątkowo konsekwentnie egzekwują zasady bezpieczeństwa, więc grzecznie siedzimy w środku.

Odbijamy.

Czekam.

Płyniemy.

I zanim zdążę dobrze poczuć, że jesteśmy na wodzie…

jesteśmy po drugiej stronie.

Serio?

To już?

Nastawiłem się psychicznie na coś w rodzaju małego rejsu po rzece. Może kilkanaście minut podziwiania gór z pokładu.

Tymczasem dostaliśmy morski odpowiednik przejścia dla pieszych.

No trudno.

Przynajmniej można powiedzieć, że przepłynęliśmy promem.

Ziemniaki

Jedziemy na lunch.

Restauracja jest całkiem spora.

I całkiem pusta.

Znowu jesteśmy jedynymi gośćmi.

Nie wiemy już, czy jemy zbyt wcześnie, czy Chińczycy mają inne pory posiłków, czy po prostu wybieramy wyjątkowo spokojne miejsca.

Jedzenie jest dobre i różnorodne.

I wtedy na stole pojawiają się…

ziemniaki.

Normalne ziemniaki.

Wyglądają prawie dokładnie tak, jak te, które jemy w Polsce.

I nagle zwykły ziemniak robi coś dziwnego.

Przenosi mnie myślami do domu.

Do Polski.

Do zwykłego stołu i zwykłego jedzenia.

Fizycznie nadal jesteśmy tysiące kilometrów od domu, ale myśli pokonują ten dystans znacznie szybciej.

Może właśnie tak działa końcówka długiej podróży.

Na początku chłoniesz wszystko, co inne.

Pod koniec zaczynasz zauważać rzeczy, które przypominają ci to, co znajome.

Robert zna drogę

Pod sam koniec rowerowej części dnia Robert znowu mnie porywa.

Jedziemy trochę inną trasą.

On naprawdę czuje się tutaj jak u siebie.

Wie, gdzie skręcić, gdzie podjechać i gdzie znajduje się coś, czego nie ma w oficjalnym programie.

Trafiamy nad rzekę.

Przy brzegu stoi trzydzieści, może nawet więcej łodzi turystycznych, jedna obok drugiej. Patrzymy, jak jeden z chińskich sterników powoli przebija się pomiędzy nimi, centymetr po centymetrze ustawiając swoją łódź na miejscu.

Wygląda to trochę jak parkowanie samochodu w Warszawie.

Tylko samochód ma kilkanaście metrów długości i pływa.

Siadamy jeszcze na mrożoną kawę z pomarańczą.

Dziwne połączenie?

Może.

Ale pyszne.

Misja: prezent dla Anki

Do hotelu wracamy dość wcześnie.

I bardzo dobrze.

Mam bowiem poważne zadanie do wykonania.

Wciąż nie mam prezentu dla Anki.

Sytuacja staje się krytyczna.

Dziewczyny obiecały pomoc, więc wieczorem przyklejam się do nich i wspólnie ruszamy na West Street.

Tłum jest jeszcze większy niż wczoraj.

Przedzieramy się pomiędzy ludźmi, sklepami i straganami.

Dostajemy wskazówkę:

— Obok faceta, który miesza coś w wielkim kotle, jest dobry sklep z biżuterią.

Precyzyjny system nawigacji.

Google Maps może się schować.

Szukamy więc człowieka z kotłem.

Jest.

Obok rzeczywiście znajduje się sklep.

I tym razem nie są to plastikowe bransoletki ani wisiorki, które po bliższych oględzinach zdradzają, że ze srebrem łączy je jedynie kolor.

Jest coś porządniejszego.

Udaje się.

Prezent kupiony.

Uff.

Teraz mogę już z pełnym spokojem chodzić za dziewczynami do dowolnej liczby sklepów.

Misja wykonana.

Trochę spokojniej

To był znacznie spokojniejszy dzień niż poprzedni.

I chyba bardzo tego potrzebowaliśmy.

Wczoraj wydarzyło się tyle, że spokojnie można byłoby tym obdzielić kilka dni normalnych wakacji. Dzisiaj nadal były rowery, góry, prom, małe miasteczka, ciekawe miejsca i West Street, ale tempo było trochę inne.

Mniej gonienia.

Więcej patrzenia.

Więcej rozmowy.

Może właśnie dlatego tak dobrze pamiętam jazdę z Sylwią po tej cichej drodze między polami.

Nie spektakularną atrakcję.

Nie punkt widokowy.

Rozmowę.

Po kilkunastu dniach wspólnej podróży zdaję sobie sprawę, że częścią krajobrazu tej wyprawy stali się dla mnie również ludzie.

Ostatni pełny dzień

Wieczorem trudno już ignorować fakt, że to był ostatni pełny dzień.

Jutro zaczynamy powrót.

Jeszcze nie pakuję wspomnień do szuflady. Jeszcze nie robię wielkich podsumowań. Pewnie przyjdą później, kiedy wrócę do domu i cały ten nadmiar obrazów trochę się uspokoi.

Na razie wiem jedno.

Jestem zmęczony.

Trochę tęsknię.

I jednocześnie wcale nie chcę, żeby to się już kończyło.

Dziwne połączenie.

Ale chyba naturalne.

Człowiek może tęsknić za domem i jednocześnie nie chcieć opuszczać miejsca, w którym jest mu dobrze.

Może właśnie dlatego ostatnie dni podróży mają taki szczególny smak.

Już trochę smakują powrotem.

Ale wciąż jeszcze są podróżą.

Relive z trasy

Jest też krótka relacja video z trasy z aplikacji Relive.