Południowe Chiny. 30 września.
Od Rzeki Smoka do West Street
Rzeka Smoka, wiejskie drogi, kąpiele, bambusowe tratwy, ryba w piwie i neonowy chaos West Street. Jeden z najbardziej intensywnych dni wyprawy — pełen małych przygód, przypadkowych spotkań i Chin, które nie przestają dawać.
Robert przekonał mnie, żebyśmy jeszcze raz zrobili mały skok w bok od oficjalnego programu wyprawy.
Nie są to łatwe sprawy.
Kamil nie był zachwycony tym pomysłem, co jest chyba dość łagodnym sposobem opisania jego reakcji. W końcu odpowiada za grupę i zapewne wolałby wiedzieć, gdzie znajdują się wszyscy jej członkowie, zamiast zastanawiać się, w którą chińską wieś właśnie skręcili Redaktor z Maskotką.
Ostatecznie jednak stanęło na tym, że około 25 kilometrów nie pojedziemy z resztą grupy główną trasą. Robert znalazł inną drogę i jest tak podekscytowany, że właściwie nie potrzebuję żadnych dalszych argumentów.
Jedziemy nad Yulong River.
Rzekę Smoka.
No dobrze. Jedziemy.
Najpierw głowa do wody
Urywamy się grupie zaraz po zejściu z Xianggong Hill.
Nie mija wiele czasu, gdy Robert wypatruje przy drodze coś w rodzaju betonowego zbiornika z krystalicznie czystą górską wodą. Lokalni mieszkańcy przychodzą tutaj po wodę, więc normalny człowiek zapewne nabrałby jej do butelki.
Robert wchodzi do niej cały.
Ja zachowuję jeszcze resztki cywilizacyjnych hamulców i zanurzam tylko głowę i ramiona.
Woda jest lodowata.
I cudowna.
Po schodach, upale i kilometrach na rowerze działa lepiej niż najbardziej zaawansowana strefa SPA. Chińczycy, którzy akurat przyjechali po wodę, patrzą na dwóch mokrych Europejczyków i serdecznie się śmieją.
My też.
Dzień rozwija się dobrze.
Droga, która nie uznaje grawitacji
Przez chwilę jedziemy jeszcze główną trasą, tą samą co reszta grupy, ale po kilkuset metrach odbijamy w lewo.
I od razu wiem, co nas czeka.
Znam już ten typ drogi z naszej pierwszej samodzielnej wycieczki z Robertem: betonowa, wąska, biegnąca przez wioski i kompletnie niezainteresowana zasadami rozsądnego projektowania nachylenia.
Raz wspina się pod takim kątem, że nawet nasze silniki zaczynają zadawać pytania o sens życia. Chwilę później droga spada w dół niczym wodospad.
Opuszczam siodełko na sztycy, przesuwam tyłek jak najdalej za rower i próbuję wyglądać tak, jakbym dokładnie wiedział, co robię. Tę technikę podpatrzyłem kiedyś w na YouTube'ie.
Strach najwyraźniej oglądał ten sam filmik, bo jedzie ze mną.
Ale jest fantastycznie.
Droga wije się po zboczach, a wokół mamy kolejne wunderbarowe widoki. To słowo wprowadziła Magic i uważam, że powinno już oficjalnie wejść do słownika naszej wyprawy.
Plantacje egzotycznych owoców, pola ryżowe, małe domy, bramy z czerwonymi szarfami i tuk-tuki mozolnie wspinające się pod górę. Nie ma wielkich atrakcji z folderów turystycznych. Jest za to codzienne życie.
Chiny pełną gębą.
Cola za 1,73
Zatrzymujemy się przy maleńkim wiejskim sklepiku.
Robert ma chyba prywatne wyzwanie, żeby każdego dnia porozmawiać ze stu Chińczykami, więc każdy sklep jest dla niego przede wszystkim okazją do nawiązania nowej znajomości.
Kupujemy coś do picia.
Patrzę na cenę.
Przeliczam.
Jeszcze raz przeliczam.
1 złoty 73 grosze za butelkę coli.
1,73.
W Polsce sama kaucja za butelkę zaczyna powoli konkurować z tą ceną.
Biorę.
Za takie pieniądze człowiek czuje, że powinien kupić od razu skrzynkę.
Kilka kilometrów dalej widzimy starsze panie rozmawiające w niewielkim domu przy drodze. Początkowo prawie nie zwracają na nas uwagi, ale po chwili wychylają głowy przez drzwi i zaczynają się uśmiechać.
No i wystarczy.
Robert już jedzie.
Znaczy: Robert rozmawia.
Ja pełnię tradycyjną funkcję europejskiego dodatku wizualnego.
Rzeka Smoka
Po kolejnych kilometrach podjazdów, zjazdów i betonowych serpentyn w końcu docieramy do Yulong River — 遇龙河.
Nazwa Yulong wiąże się dosłownie ze „spotkaniem ze smokiem”; według lokalnej legendy smok zachwycił się tutejszym krajobrazem tak bardzo, że postanowił zostać. Rzeka jest dopływem Li i właśnie jej odcinek pomiędzy Yulong Bridge i Gongnong Bridge należy do najbardziej znanych krajobrazów okolic Yangshuo.
I rozumiem tego smoka.
Też miałbym problem z wyjazdem.
Podjeżdżamy pod jeden ze słynnych mostów na rzece i nagle widzę ten widok.
Krasowe góry.
Rzeka.
Bambusowe tratwy.
Palmy.
Zieleń.
To jeden z tych obrazów, które widziałem wcześniej na stronach reklamujących Yangshuo. Tyle że teraz nie oglądam go na ekranie.
Stoję tutaj.
Z rowerem.
W Chinach.
Mirecki znowu odpala aparat.
Jestem w fotograficznym siódmym niebie.
Tratwy
Idziemy jeszcze po picie za moje ulubione 1,73, bo przy takich cenach nawodnienie staje się wręcz obowiązkiem ekonomicznym.
Potem znajdujemy drogę wzdłuż rzeki i ruszamy dalej.
Yulong jest znana przede wszystkim z charakterystycznych bambusowych tratw, które przesuwają się po wodzie powoli i niemal bezgłośnie. Flisacy stoją z tyłu i odpychają je od dna długimi tyczkami. Trochę gondola w Wenecji, tylko zamiast pałaców są krasowe góry.
Co jakiś czas rzekę przecinają niewielkie jazy — stopnie zmieniające poziom wody. Tratwa trafia na specjalną pochylnię i zjeżdża nią na niższy poziom. Właśnie takie jazy są charakterystycznym elementem popularnych tras raftingowych po Yulong.
Można siedzieć i patrzeć.
Więc siedzimy.
Ale najpierw robimy coś jeszcze.
Skoro jest rzeka…
Robert znajduje miejsce, gdzie możemy podjechać rowerami niemal do samej wody.
Co robimy?
Oczywiście idziemy się kąpać.
Rzeka jest płytka, mniej więcej do pasa. Dno muliste, nurt bardzo spokojny, a woda znacznie cieplejsza niż ta ze zbiornika przy drodze.
Ale kogo to obchodzi.
To jest Rzeka Smoka.
Stoimy w wodzie, a obok przepływają tratwy z turystami. Nad nimi wyrastają zielone krasowe szczyty.
Przez chwilę naprawdę trudno mi sobie wyobrazić, że jeszcze kilkanaście dni wcześniej siedziałem przy komputerze w Warszawie.
Wychodzimy.
Rower.
Jedziemy dalej.
Z jednej strony na drugą
Ścieżki po obu stronach Yulong są kapitalne.
Co jakiś czas przeskakujemy mostkami na drugi brzeg. Sam rejon jest zresztą bardzo popularny właśnie wśród rowerzystów — jedna z klasycznych tras wokół Yangshuo prowadzi wzdłuż Yulong przez stare wioski i mosty aż do Gongnong Bridge.
Tylko że ludzi nadal jest zaskakująco mało.
Znowu wraca nasze stare pytanie:
Gdzie są te miliony Chińczyków?
Trochę więcej osób pojawia się przy mostach. I tutaj odkrywamy coś ciekawego.
Sesje zdjęciowe.
Dziewczyny wystrojone odświętnie, często w tradycyjnie wyglądające stroje. Chłopaki ze statywami, lampami i wielkimi torbami na obiektywy. Wszyscy wykorzystują krasowe góry, rzekę i mosty jako naturalne studio fotograficzne.
Patrzę na ich sprzęt.
Potem na mój.
Rozumiem tych ludzi.
Bardzo dobrze. Zabrałem na tę wyprawę aż cztery obiektywy!
Jeszcze jedna kąpiel
Po drodze znajdujemy kolejne miejsce do kąpieli.
Tym razem oficjalniejsze. Wydzielony fragment brzegu, do którego można spokojnie zejść, a woda przepływa tam wolniej.
No przecież nie przejedziemy obok.
Druga kąpiel.
Tym razem siedzimy w wodzie dłużej.
Nie trzeba się spieszyć.
Tratwy suną przed nami, w tle stoją góry, a słońce zaczyna już powoli opadać. Ostatnie promienie przesuwają się po zboczach po drugiej stronie doliny.
Jest cicho.
Spokojnie.
Pięknie.
Wunderbarowo.
Robert oczywiście znajduje sobie kolejne osoby do rozmowy. Tym razem dwie młode dziewczyny.
Studentki.
Uczą się angielskiego.
O, super.
Wreszcie sobie porozmawiam.
Niestety nie.
Poziom mniej więcej A1.
Robert przechodzi więc na chiński, a ja znowu pełnię ważną funkcję człowieka, który się uśmiecha.
Dziewczyny są bardzo sympatyczne. Zapraszają nas nawet, żebyśmy coś z nimi zjedli.
Odmawiamy.
Po dwóch kąpielach wyglądamy jak dwa dziady.
Mokrzy.
Spoceni.
Brudni.
Ale bardzo zadowoleni z życia.
Tour de Yangshuo
Docieramy do Yangshuo.
I następuje gwałtowna zmiana scenerii.
Cisza rzeki znika.
Wjeżdżamy w hałas.
Skutery.
Samochody.
Ludzie.
Klaksóny.
Światła.
Mam wrażenie, że na ulice wyjechał cały dostępny w mieście zapas jednośladów.
Skutery poruszają się jednak dość spokojnie, jakieś dwadzieścia kilometrów na godzinę.
My możemy szybciej.
Wymyślam więc nową dyscyplinę sportową:
slalom między chińskimi skuterami.
Zasady są proste.
Pełne skupienie.
Szybka reakcja.
Nie wjechać w nikogo.
Maskotka radzi sobie jak ryba w wodzie. Ja potrzebuję chwili, żeby zrozumieć logikę ruchu, ale robię szybkie postępy.
Przedzieramy się przez kolejne ulice tego Zakopanego południowych Chin.
Dobrze się bawimy.
Marakuja za ochronę
Jesteśmy głodni.
Pojawia się jednak problem.
Rowery.
Możemy wrócić z nimi do hotelu, ale wtedy po kolacji czekałby nas spacer z powrotem. Możemy zostawić je gdzieś na ulicy, ale perspektywa tłumaczenia Kamilowi, że zgubiliśmy dwa rowery podczas samowolnej wycieczki, nie wygląda zachęcająco.
Robert oczywiście rozwiązuje problem po swojemu.
Rozmową.
Przy ulicy stoi pani sprzedająca świeżo wyciskany sok z marakui — passion fruit, po chińsku bǎixiāngguǒ — 百香果. Dokładnie to zresztą widać na jej żółtym straganie: 手工鲜榨百香果, czyli świeżo wyciskana marakuja.
Kupujemy sok.
Dorzucamy trochę więcej.
Pani obiecuje przypilnować rowerów.
Transakcja zawarta.
Możemy spokojniej ruszyć na poszukiwanie kolacji.
Píjiǔ yú
Mamy konkretny cel.
Ryba w piwie.
Po chińsku 啤酒鱼 — píjiǔ yú.
To jedno z najbardziej charakterystycznych dań Yangshuo. Ryba jest przygotowywana z piwem, a w lokalnych wersjach pojawiają się również między innymi chili, pomidory i inne dodatki. Jest tak mocno kojarzona z tym miastem, że trudno spędzić wieczór w Yangshuo i nie zobaczyć kilku restauracji reklamujących właśnie beer fish.
Znajdujemy restaurację.
Siadamy.
Robert jest wyraźnie naładowany emocjami całego dnia. Nie potrafi spokojnie czekać na jedzenie.
Wstaje.
Idzie do kuchni.
Patrzę na niego.
Kelnerka też.
Tyle że w jej oczach widzę zdecydowanie więcej niepokoju.
— Excuse me, sir!
Pędzi za nim.
Oboje znikają za kotarą.
Łapię się za czoło.
Po chwili kelnerka wychodzi z szerokim uśmiechem.
Efekt Maskotki.
Tak go nazywam.
Robert mówi po chińsku i właściwie nie ma żadnej bariery przed rozpoczęciem rozmowy z kimkolwiek. Kucharzem. Sprzedawczynią. Studentką. Panią przed domem.
Po kilku minutach Chińczycy zwykle się uśmiechają i wszystko jest dobrze.
Tym razem Robert nie tylko poznał kucharza, ale jeszcze nagrał sobie, jak przygotowuje naszą rybę.
Oczywiście.
Herbata, która nie wygląda jak herbata
Zanim pojawia się ryba, dostajemy jeszcze lokalną specjalność.
Yóuchá — 油茶, czyli dosłownie „oleistą herbatę”.
To kolejna rzecz, przy której europejskie słowo „herbata” nie do końca przygotowuje człowieka na to, co pojawia się przed nim. W regionie Guilin bardzo znana jest jej odmiana z Gongcheng. Bazą są liście herbaty i imbir, a napój może być podawany z różnymi dodatkami; spotyka się między innymi prażony ryż i orzeszki. To raczej coś pomiędzy naparem, lekką zupą i osobnym małym posiłkiem niż filiżanka herbaty, jaką znamy z domu.
Kelnerka przygotowuje ją przy nas.
Cała mała ceremonia.
Składniki.
Naczynia.
Mieszanie.
Nalewanie.
Na końcu dostaję coś, co ani kolorem, ani konsystencją nie przypomina herbaty z mojego świata.
Próbuję.
Świetne.
Naprawdę.
Robertowi też smakuje.
Z każdym dniem moje pojęcie „chińskiego jedzenia” staje się coraz mniej użyteczne. Jest zbyt małe na to wszystko, co tutaj jemy.
Potem pojawia się ryba w piwie oraz moje ulubione danie z zielonym groszkiem.
Zajadamy się i rozmawiamy.
Chiny.
Podróże.
Biznes.
Plany.
Po takim dniu tematów nie brakuje.
Krupówki na sterydach
Po kolacji ruszamy na West Street — Xi Jie, 西街.
To serce turystycznego Yangshuo, najstarsza i najbardziej ruchliwa część miasta, od dawna znana z mieszania kultury lokalnej z wpływami przyjezdnych z całego świata.
Ja mam jednak własną definicję.
Krupówki na sterydach.
Większe.
Głośniejsze.
Jaśniejsze.
Bardziej kolorowe.
I chyba z dziesięć razy bardziej pachnące jedzeniem.
Po obu stronach ciągną się restauracje, bary, sklepy i stragany. Można kupić tofu, grillowane ostrygi, smażoną ośmiornicę, owoce, słodycze, marakuję i rzeczy, których nawet nie próbuję nazywać.
Są też robaki.
Różne.
Ułożone grzecznie i gotowe do zjedzenia.
Tutaj problemem nie jest ich dostępność.
Problemem jest przebudowanie własnego systemu klasyfikacji i przesunięcie elementu „owad” z folderu NIE JEMY do folderu MOŻNA ROZWAŻYĆ.
Po larwach jedwabnika wiem już, że taka operacja jest możliwa.
Miasto jako studio fotograficzne
Jest jeszcze jeden obraz, który bardzo mi się podoba.
Stroje.
Na ulicach pojawia się mnóstwo osób ubranych specjalnie do zdjęć. Niektóre stroje wyraźnie nawiązują do historycznej mody hanfu, inne są stylizowane na bogato zdobione ubiory różnych mniejszości etnicznych. Na jednym ze zdjęć mam małą dziewczynkę w fantastycznym czerwono-srebrnym stroju i ogromnym srebrzystym nakryciu głowy. Nie próbuję przypisywać go konkretnej grupie etnicznej — w turystycznych miejscach takie zestawy bywają stylizowane — ale efekt jest spektakularny.
Trzy młode dziewczyny w delikatnych, długich sukniach również chętnie zgadzają się na wspólne zdjęcie.
Znów aparat pracuje.
Oczywiście.
West Street jest wielkim studiem fotograficznym.
Przebodźcowanie
Po jakimś czasie zaczynam jednak czuć, że mój mózg ma już trochę za dużo.
West Street bombarduje wszystkim jednocześnie.
Zapachami jedzenia.
Muzyką.
Głosami sprzedawców.
Reklamami.
Neonami.
Chińskimi znakami.
Kolorami.
Skuterami przeciskającymi się między pieszymi.
Ludźmi.
W końcu widzimy te Chiny, których oczekiwaliśmy przed przyjazdem.
Tłum.
Prawdziwy tłum.
Zbliża się święto rozpoczynające się 1 października i ludzie zjeżdżają tutaj masowo. Ulica płynie.
Jeszcze kilka dni wcześniej jechaliśmy przez miejscowości, w których zastanawialiśmy się, gdzie podział się cały ten miliard Chińczyków.
Już się nie zastanawiamy.
Część najwyraźniej przyjechała do Yangshuo.
Jeden dzień
Wieczorem próbuję sobie poukładać to wszystko w głowie.
Rano plantacja herbaty.
Potem rower.
Xianggong Hill i widok na rzekę Li.
Później betonowe wiejskie drogi, na których silnik Błyskawicy prawie prosił o litość.
Górska woda.
Pola ryżowe.
Yulong.
Bambusowe tratwy.
Kąpiele w rzece.
Skutery.
Marakuja.
Ryba w piwie.
Yóuchá.
West Street.
Neony.
Tłum.
To wszystko wydarzyło się tego samego dnia.
Chyba najbardziej intensywnego podczas całej tej wyprawy.
I bardzo dobrze pasuje do tego zdania, od którego zacząłem pierwszą część tej relacji:
a gift that keeps on giving.
Bo kiedy już wydaje mi się, że ten dzień dał mi wszystko, co mógł, Robert skręca w jakąś betonową drogę pomiędzy wioskami…
i Chiny dają jeszcze trochę.







































