Południowe Chiny. 26 września.

Chiny zaczynają we mnie wsiąkać.

80 kilometrów przez południowe Chiny, targ w Yangshan, długie podjazdy i szybkie zjazdy, bajkowy park kresowy i urodziny Moniki. Coraz mniej czuję, że tylko zwiedzam Chiny. Coraz bardziej czuję, że po prostu w nich jestem. I to ze świetną ekipą!

Deficyt snu zaczyna dawać o sobie znać.

Nie ma tutaj miejsca na moje polifazyczne spanie. Nie ma nawet miejsca na zwykłe spanie.

Każda minuta jest czymś wypełniona.

Widokiem.

Rozmową.

Śmiechem.

Zdjęciem, które koniecznie trzeba zrobić.

Historią, którą ktoś właśnie opowiada.

Jedzeniem, którego trzeba spróbować, choć człowiek nadal nie jest do końca pewien, co właściwie je.

Dlatego czas na pisanie relacji pojawia się dopiero wtedy, kiedy naprawdę nie da się już niczego zobaczyć, sfotografować ani omówić.

Czyli w nocy.

Ale wracam do dzisiejszego dnia z przyjemnością.

Bo działo się dużo.

Gdzie są moje spodenki?

Dzień zaczyna się o 6:21.

Wiadomość od Kamila:

„Czy ktoś nie ma moich spodenek rowerowych? Nie mam w czym jechać?”

To efekt naszej wczorajszej wielkiej operacji pralniczej.

Jedne rzeczy się prały.

Inne suszyły.

Jeszcze inne ktoś przeniósł.

W końcu wszystko wymieszało się tak skutecznie, że poranek zaczynamy od identyfikacji garderoby.

Spodenki Kamila znajdują się u mnie.

Kamil ma moją skarpetkę.

Kilka minut negocjacji i wymiany jeńców.

Własność wraca do prawowitych właścicieli.

Kamil znowu ma w czym jechać.

Możemy kontynuować wyprawę.

Rosół. Uszka. Flaki. Śniadanie.

Opuszczamy Yangshan po całkiem niezłym śniadaniu.

Oczywiście nadal jesteśmy w Chinach, więc słowo „śniadanie” należy traktować bardzo umownie.

Dzisiaj próbuję zupy.

Wygląda jak rosół z uszkami.

Brzmi znajomo.

Tyle że w środku są jeszcze flaki.

Na górze szczypiorek.

Jeszcze kilka dni temu patrzyłbym na to o siódmej rano z pewnym niepokojem.

Dzisiaj?

Ciepły rosołek.

Smaczna klucha z mięsem.

Szczypiorek.

Żyć, nie umierać.

Zaczynam się martwić, że po powrocie do Polski jajecznica wyda mi się kulinarnie mało ambitna.

Targ

Mamy dzisiaj przejechać 80 kilometrów.

Najdłuższą trasę podczas tej wyprawy.

Kamil i Charles zbierają nas więc szybko, ale na szczęście okazują odrobinę serca i dają nam dwadzieścia minut na odwiedzenie miejskiego targu.

I jest dokładnie taki, jak go sobie wyobrażałem.

Tylko bardziej.

Warzywa.

Owoce.

Ryż.

Zioła.

Mięso.

Ryby.

I wszystko inne, co da się wyhodować, złowić, ubić, zapakować do koszyka albo położyć na kawałku materiału.

Na jednym końcu starsza kobieta siedzi przy swoim maleńkim kramiku rozłożonym właściwie na ziemi.

Kilka metrów dalej zaczyna się hala z mięsem.

Kupujący chodzą pomiędzy stoiskami albo podjeżdżają skuterem i robią zakupy bez zsiadania.

To lubię.

Drive-through wymyślony bez McDonalda.

Są kolory.

Zapachy.

Krzyki.

Dźwięki skuterów.

Odgłosy zwierząt, które nie wiedzą jeszcze, że za chwilę zmienią właściciela.

Fotografuję wszystko.

Ludzi też.

Oni fotografują nas.

Najczęściej ukradkiem.

Może dlatego, że podzieliliśmy się na mniejsze grupki i nie wyglądamy już jak zorganizowana delegacja z Europy.

Idę z Gosią — naszą koszykarką — i Jolą.

Nic nie kupujemy.

Nie po to tutaj przyszliśmy.

Chodzi o samo doświadczenie.

O zobaczenie sposobu handlu, o którym u nas można częściej przeczytać w fantasy niż zobaczyć na środku miasta.

Ucieczka z Yangshan

Musimy jednak jechać.

Mozolnie wydostajemy się z miasta i wjeżdżamy na drogę przypominającą naszą wojewódzką.

Ruch nie jest ogromny.

Ale jeżdżą nią ciężarówki.

Duże.

Bardzo duże.

Kierowcy starają się wyprzedzać nas bezpiecznie, ale czasami miejsca zwyczajnie nie ma wiele.

Ciężarówka przejeżdżająca metr od roweru to interesujące doświadczenie.

Głównie akustyczne.

Huk jest taki, że nie słychać własnych myśli.

Jedziemy gęsiego.

Rozmów niewiele.

Może to i dobrze, bo zaczynają się podjazdy.

Dzisiaj są trzy.

Dwa obowiązkowe.

I jeden…

alternatywny.

400 metrów odpowiedzi na pytanie: po co?

Po lunchu mamy wybór.

Można przejechać kawałek Zielonym Smokiem.

Można też kontynuować na rowerze.

Problem polega na tym, że dodatkowy odcinek ma około dwudziestu kilometrów i ponad 400 metrów przewyższenia.

Jedni mówią:

— Autobus.

Drudzy:

— Jedziemy.

Ja patrzę na Błyskawicę.

Błyskawica patrzy na mnie.

Jedziemy.

Kamil daje nam tylko pół godziny od momentu pojawienia się pierwszego dania na stole. Musimy ruszyć wcześniej, żeby reszta grupy nie czekała później zbyt długo.

Wyruszają prawie wszystkie elektryki.

I jeden analog.

Antoni.

Dzisiejszy bohater.

Podjazdy są długie.

Jest gorąco.

My mamy silniki.

Antoni ma nogi.

A mimo to wcale długo na niego nie czekamy.

Szacun.

Magiczne ręce

Dzisiaj trwa również program wymiany rowerowej.

Niektórzy analogowcy próbują elektryków.

Jedni natychmiast odkrywają światłość.

— Jakby jakieś magiczne ręce pchały mnie pod górę!

Inni po kilku kilometrach oddają rower i z ulgą wracają do swoich zwykłych maszyn.

I bardzo dobrze.

Rower ma sprawiać przyjemność.

A człowiek sam powinien zdecydować, z jakiego źródła ta przyjemność ma pochodzić.

Żelazna Dama

Do osób przekonanych trochę bardziej należy Sylwia.

Mam już dla niej zresztą ksywkę.

Żelazna Dama.

Nie dlatego, że jest chłodna.

Wręcz przeciwnie.

Jest życzliwa, pomocna, rozmowna i zawsze gotowa coś zrobić.

„Żelazna” odnosi się do ilości energii.

Nie wiem, skąd ona ją bierze.

Na rowerze analogowym wyprzedza prawie wszystkich.

Oprócz Charles’a.

Charles’a podobno nie wolno wyprzedzać pod groźbą natychmiastowej deportacji.

Na podjeździe Sylwia pochyla się nad kierownicą jak zawodowiec podczas Tour de Pologne.

I ciśnie.

Jakby pod pedałami zobaczyła karalucha.

Rower niemal frunie.

Pot leje jej się po plecach.

Góra próbuje.

Sylwia jedzie dalej.

W końcu góra chyba kapituluje:

— Dobra. Dobra. Rozumiem. Ciebie nie złamię.

Wielki eksperyment z budowaniem gór

Najlepsze Kamil zostawił jednak na koniec.

Nieco ponad dwadzieścia kilometrów przed hotelem wjeżdżamy do Wanshan Chaowang National Stone Desert Park.

To rzeczywiście park utworzony pośród niezwykłego krajobrazu krasowego; ma także wytyczone trasy rowerowe. 

I tutaj krajobraz robi się kompletnie nierzeczywisty.

Patrzę na te góry i mam wrażenie, że jestem świadkiem jakiegoś gigantycznego eksperymentu w budowaniu świata.

Jakby dziecko olbrzymów dostało mokry piasek i zaczęło robić babki.

Jedną.

Drugą.

Trzecią.

Pięćsetną.

Potem minęło kilka milionów lat, wszystko porosło lasem i zostało.

Wszystkie inne góry, które widziałem wcześniej, nagle wydają się bardzo konserwatywne.

Tutaj natura ewidentnie puściła wodze fantazji.

Program podobny do Korony Gór Polskich byłby w tym miejscu czystym szaleństwem.

Trzeba by trzech żyć.

I elektrycznych nóg.

Droga, którą chciałbym jeździć do pracy

A my jedziemy pomiędzy tymi górami.

Asfaltowa droga wije się jak wstążka.

Góra.

Dół.

Lewo.

Prawo.

Zakręt.

Następny.

Jeszcze jeden.

Składamy rowery jak motocykliści.

Prędkość rośnie.

Czasami mamy ponad 50 km/h.

I jest fantastycznie.

Naprawdę fantastycznie.

Uśmiech nie schodzi mi z twarzy.

Oczywiście zatrzymujemy się kilka razy.

Zdjęcie.

Film.

Jeszcze jedno zdjęcie.

Ale największą frajdę daje po prostu jazda.

Ten odcinek jest tak dobry, że gdybym tutaj mieszkał, jeździłbym tędy do pracy codziennie.

Nawet gdyby zupełnie nie było po drodze.

Już jestem w Chinach

I gdzieś właśnie tutaj uświadamiam sobie coś jeszcze.

Jestem w Chinach na rowerze.

Nie: przyjechałem do Chin.

Nie: zwiedzam Chiny.

Jestem tutaj.

Te Chiny powoli zaczynają we mnie wsiąkać.

Zupa na śniadanie przestała być dziwna.

Kręcący się środek stołu na kolacji stał się normalnością.

Znaczki zamiast liter już mnie nie zaskakują.

Dźwięk chińskiego, kiedy Charles rozmawia z Talonem, staje się elementem tła.

Skutery.

Tuk-tuki.

Góry.

Jedzenie.

Zapach miasta.

Ciepło.

Hałas.

Zaczynam je rozpoznawać.

Może właśnie na tym polega dobra podróż.

W pewnym momencie przestajesz cały czas porównywać wszystko z domem.

Zaczynasz po prostu być tam, gdzie jesteś.

Błyskawica

Rower też dzisiaj dał o sobie znać.

Osiemdziesiąt kilometrów to już nie jest niedzielna rundka do kawiarni.

Na szczęście Błyskawica spisuje się świetnie.

Silnik działa.

Przerzutki działają.

Hamulce działają.

Nawet siodełko okazuje się wygodne.

A to wcale nie było takie oczywiste.

Po osiemdziesięciu kilometrach człowiek potrafi mieć bardzo zdecydowane poglądy na temat siodełka.

Most zamknięty

Dojazd do hotelu komplikuje święto.

W Chinach trwa trzydniowa przerwa związana ze Świętem Środka Jesieni, od 25 do 27 września. 

Jeden most jest zamknięty.

Hotel oczywiście znajduje się po drugiej stronie rzeki.

Charles próbuje negocjować z policją.

Bez sukcesu.

Jedziemy do następnego mostu.

Tam negocjacje kończą się lepiej.

Przelatujemy jeszcze przez kolejne chińskie miasto.

I jesteśmy.

Apartament po chińsku

Guangdong Yao Cultural Hotel.

Duży.

Nowoczesny.

Basen.

SPA.

Masaże.

Wszystko, czego człowiek po osiemdziesięciu kilometrach może potrzebować.

Hotel stoi w Liannan, obok Pangu King Cultural Park. Trip.com

Dostajemy pokój z Robertem.

A właściwie chyba mieszkanie.

Chińczycy naprawdę nie żałują miejsca.

Robert śpi na drugim końcu pokoju.

Tak daleko, że gdybym chciał coś mu powiedzieć szeptem, łatwiej byłoby zadzwonić.

Podoba mi się to.

Po kilku dniach podróży trochę przestrzeni zaczyna smakować jak luksus.

Drinek przed kolacją

Kolacja dopiero o 19:30.

I po raz pierwszy nie musimy nigdzie na nią wychodzić.

Mamy więc chwilę na basen.

A nawet na małego drinka.

Takimi rzeczami można spokojnie wypełniać program wycieczki.

Drinka dostaję od Piotra, męża Sylwii — naszej Żelaznej Damy.

To podziękowanie za zdjęcia.

Bardzo mi miło.

Choć uczciwie mówiąc, przy takich modelach moja praca nie należy do szczególnie wymagających.

Urodziny w Chinach

Po kolacji spotykamy się jeszcze wszyscy w barze.

Monika ma urodziny.

Nie będę pisał które.

Nie ma to większego znaczenia.

Znaczenie ma raczej to, gdzie je obchodzi.

Południowe Chiny.

Rowerowa wyprawa.

Ludzie, których jeszcze kilka dni temu prawie nie znała.

Okrągła rocznica.

Dobra ekipa.

Podejrzewam, że te urodziny zapamięta na długo.

My też spędzamy ostatnią część dnia bardzo przyjemnie.

I kolejna godzina snu właśnie bezpowrotnie znika z mojego budżetu.

Kobiety

Jeszcze jedna obserwacja z ostatnich dni.

Chińskie kobiety.

Widzę je przy pracach, które w Polsce częściej wykonywaliby mężczyźni.

Na budowach.

Za kierownicą obładowanych tuk-tuków.

Przy stoiskach.

Noszą ciężkie rzeczy.

Pracują.

Często obok bawią się ich dzieci.

Nie wiem, z czego to wynika.

Z historii?

Z kultury?

Z warunków ekonomicznych?

Z ustroju?

Nie chcę wymyślać odpowiedzi po kilku dniach obserwacji.

Trzeba zapytać Charles’a.

Na razie tylko zapisuję.

Wesoła Pol-Gromadka

I jeszcze jedna rzecz.

Chyba ważniejsza.

Kilka tygodni temu Kamil dodał mnie do grupy na WhatsAppie.

Patrzyłem wtedy na listę obcych nazwisk i zastanawiałem się:

Z kim ja właściwie jadę do tych Chin?

Dzisiaj jesteśmy mniej więcej w połowie wyprawy.

I już wiem.

Z bardzo dobrą ekipą.

Nie zamieniłbym jej na inną.

Każdy wnosi coś swojego.

Jedna osoba okazuje się poliglotą.

Inna grała w pierwszej lidze koszykówki.

Mamy ekspertkę od jogi.

Eksperta od łowienia ryb.

Jest mistrz tai-chi.

Są nurkowie.

Kochający rodzice.

Oddane mamy.

Ludzie z ciekawymi zawodami.

Mistrzowie opowiadania historii z podróży.

Dwóch autorów książek. (W tym ja 😉

Psycholożka z ogromną ciekawością ludzi i świata i sercem z teseraktu.

Jeszcze kilka dni temu prawie nic o sobie nie wiedzieliśmy.

Teraz rozmawiamy już nie tylko o tym, kto ma ile lat.

Rozmawiamy o rodzinach.

Pracy.

Podróżach.

Planach.

Marzeniach.

Poznajemy się powoli.

Przez rozmowę.

Przez cierpliwość.

Przez uważność.

Przez wspólny wysiłek.

Przez to, że ktoś poczeka na podjeździe.

Poda wodę.

Zrobi zdjęcie.

Odda cudze spodenki rowerowe.

Nie wiem, ile z tych relacji przetrwa po powrocie.

Takie wyjazdowe przyjaźnie żyją trochę własnym życiem. Po powrocie każdy wraca do swojej codzienności.

Ale chyba nie trzeba od razu wymagać od każdej dobrej chwili, żeby trwała wiecznie.

To, co mamy teraz, jest prawdziwe.

I jest dobre.

Tak samo jak droga pomiędzy tymi dziwnymi krasowymi górami.

Tak samo jak śmiech przy kolacji.

Tak samo jak jazda obok ludzi, którzy jeszcze kilka dni temu byli obcy.

Chiny zaczynają we mnie wsiąkać.

I chyba ta Wesoła Pol-Gromadka też.