Południowe Chiny. 30 września.

A gift that keeps on giving

Plantacja herbaty, mordercze podjazdy, fotograficzne szaleństwo i pocztówkowy widok z Xianggong Hill na rzekę Li. Przedostatni dzień wyprawy po raz kolejny udowodnił, że Chiny wciąż mają czym zaskoczyć.

Jest takie angielskie powiedzenie: a gift that keeps on giving.

Prezent, który nie przestaje dawać.

Tak właśnie zaczynam myśleć o tej wyprawie. Wydaje się, że po tylu dniach powinienem już przywyknąć do krasowych gór, niezwykłego jedzenia, rowerowych tras i tych wszystkich małych zaskoczeń. Powinienem zacząć mówić: „No tak, kolejny piękny widok. Kolejna ciekawa rzecz”.

Nic z tego.

Ta wyprawa wciąż daje.

Nowe wrażenia. Nowe smaki. Nowe rozmowy. Więcej śmiechu, trochę zmęczenia, kolejne fotograficzne zachwyty i oczywiście widoki, które co chwilę przesuwają granicę tego, co uważałem wcześniej za piękne.

Przedostatni dzień naszej podróży po południowych Chinach jest tego świetnym przykładem.

Plan dnia. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach

Każdego wieczoru albo rano dostajemy od Kamila dokładny program kolejnego dnia. To świetne rozwiązanie, bo wiemy, kiedy trzeba być gotowym i czego mniej więcej się spodziewać.

Mniej więcej.

Bo plan na dzisiaj wygląda tak:

śniadanie, przejazd na plantację herbaty, zbieranie liści, przetwarzanie herbaty, degustacja, rowery, piętnaście kilometrów pod górę, około 400 metrów przewyższenia, Xianggong Hill, lunch, następne kilkadziesiąt kilometrów rowerem, hotel, prysznic, spacer na West Street i czas wolny.

Normalny spokojny dzień wakacyjny, right?

Już sam program pokazuje, dlaczego wieczorem człowiek pada na łóżko, a rano przez chwilę musi sobie przypomnieć, w którym hotelu aktualnie mieszka.

Strefa dla białych

Śniadanie zaczyna się o siódmej, ale ja wyrobiłem już sobie własny rytm. O 7:30 jest idealnie.

Kończę więc relację z poprzedniego dnia i spokojnie schodzę do restauracji.

A tam niespodzianka.

Sala jest wyraźnie podzielona na dwie części. Jedna dla chińskich gości, druga dla gości zagranicznych. Kelnerka bardzo jednoznacznie pokazuje mi, gdzie jest moje miejsce.

Tam.

W części zachodniej.

Oczywiście nikt fizycznie nie zabrania przejść na drugą stronę i wziąć czegoś z chińskiego bufetu, ale samo doświadczenie jest trochę dziwne. Człowiek przyzwyczajony do tego, że w hotelu po prostu podchodzi do dowolnego bemara, nagle zostaje sklasyfikowany już przy wejściu.

Najgorsze, że „nasza” strefa kulinarnie nie powala.

Wielki stos jajek sadzonych. Coś, co prawdopodobnie miało być bekonem. Ogromny toster na cztery kromki naraz.

Na szczęście są warzywa.

Pomidorki.

Sałata.

Ogórek.

I jest coś jeszcze, co wywołuje powszechną radość naszej grupy.

Kawa.

Dużo kawy.

Dostępnej bez szukania, pytania i negocjowania.

Niektórzy wyglądają, jakby właśnie odnaleźli zaginionego członka rodziny.

Zjadam, co trzeba. Przed nami długi dzień, więc paliwo musi być.

Autokar, który nie chciał się poddać

Dzisiaj nie jedzie z nami Ołł i jego Zielony Smok.

Dostajemy starszy autokar.

Znacznie starszy.

I chwilę później zaczynam rozumieć, dlaczego może to mieć znaczenie.

Droga na plantację herbaty pnie się ostro pod górę. Jest wąska, kręta i prowadzi zboczem, a nasz autobus momentami walczy o każdy metr przewyższenia. Kilka razy kierowca musi się zatrzymać, wrzucić jedynkę i rozpocząć atak od nowa.

Silnik warczy.

My patrzymy przez okna.

Gdzieś obok jest strome zbocze.

A potem z przeciwka pojawia się samochód.

Oczywiście.

Bo przecież byłoby za łatwo.

Nie wiem, ile centymetrów dzieli nas momentami od mijanych pojazdów, ale nie czuję potrzeby wyciągania miarki.

Kierowca jednak wie, co robi. Powoli, metr po metrze, dowozi nas na górę.

Seven Fairies Peak

Na szczycie trafiamy do ogromnej plantacji herbaty. To Qixianfeng Ecological Tea Garden, znana również jako Seven Fairies Peak Tea Plantation, położona wysoko w górach w okolicach Yangshuo. Plantacja łączy uprawę i przetwarzanie herbaty z turystyką, co tłumaczy obecność hotelu, restauracji i infrastruktury dla odwiedzających.

Całe zbocza pokrywają równo przystrzyżone krzewy.

Dostajemy małe pojemniki oraz charakterystyczne stożkowe kapelusze.

Teraz już wiem, że taki chiński kapelusz nazywa się dǒulì — 斗笠. Tradycyjnie robi się go z materiałów roślinnych, między innymi bambusa, i od wieków chronił ludzi pracujących na zewnątrz przed słońcem i deszczem. Wikipedia

Wyglądamy w nich znakomicie.

Przynajmniej tak twierdzi Kanshi, mój aparat.

No single leaves!

Dostajemy instrukcję.

Zrywamy odpowiednie młode końcówki pędów — nie pojedyncze liście. Trzeba patrzeć, wybierać i delikatnie odrywać właściwe fragmenty.

Brzmi banalnie.

Nie jest.

Rozchodzimy się po alejkach i zaczynamy pracować.

Skubię.

Oglądam.

Skubię.

W pewnej chwili zrywam jeden listek.

Błąd.

Pani od razu mnie zauważa.

— No single leaves!

Dostaję po łapkach.

OK.

OK.

Już będę grzeczny.

I nagle zaczynam trochę inaczej patrzeć na herbatę.

Przecież ktoś naprawdę musi to robić.

Stać na zboczu.

W słońcu.

Schylać się.

Wybierać odpowiednie liście.

Jeden po drugim.

My robimy to przez chwilę jako atrakcję turystyczną i już po kilkunastu minutach wiemy, że jest to żmudna robota. A herbata jest przecież jednym z najbardziej powszechnych napojów na świecie.

Ktoś musi zebrać naprawdę dużo tych listków.

Bardzo dużo.

Herbata to jedna roślina

Potem przechodzimy do herbaciarni.

Nasza gospodyni pokazuje nam, co dzieje się z liśćmi po zebraniu i w jaki sposób powstają różne rodzaje herbaty.

I tutaj dowiaduję się rzeczy, która naprawdę mnie zaskakuje.

Zielona, biała i czarna herbata nie wymagają osobnych „krzewów zielonej herbaty” czy „krzewów czarnej herbaty”. Wszystkie prawdziwe herbaty powstają z odmian tego samego gatunku — Camellia sinensis — a ogromna część różnicy wynika z tego, jak liście są później obrabiane i utleniane.

Prosta rzecz.

A ja wcześniej o tym nie wiedziałem.

Jaśminowa jest jeszcze inną historią, bo jej charakter bierze się również z aromatyzowania herbaty kwiatami jaśminu.

Nasza pani nie ogranicza się jednak do opowiadania.

Teraz będzie najlepsze.

Degustacja.

Cztery herbaty

Siadamy przy stole.

Pani przygotowuje kolejne napary i robi to z niezwykłą zręcznością. Ma piękne, małe naczynia i posługuje się nimi z taką swobodą, jak człowiek, który wykonywał te same ruchy tysiące razy.

Nic nie jest przypadkowe.

Nalewa.

Przelewa.

Czeka.

Podaje.

Widać, że herbata nie jest dla niej tylko produktem sprzedawanym turystom. Ona po prostu ją lubi.

Próbujemy czterech różnych herbat: białej, zielonej, jaśminowej i czarnej.

Wszystkie są dobre.

Mnie najbardziej smakuje jaśminowa i czarna.

Zielona nigdy nie była moją ulubioną, ale po całym wykładzie zaczynam patrzeć na nią trochę łaskawiej.

Może dostanie jeszcze jedną szansę.

Herbaciane wino

Robert jak zwykle znajduje coś ciekawego.

Tym razem w sklepie.

Herbaciane wino.

Próbujemy.

O rany.

Pyszne.

Niestety cena również robi wrażenie.

Ale trudno.

Kupuję butelkę.

Zabiorę ją do domu i otworzę przy jakiejś specjalnej okazji. Sam fakt, że przyjechała ze mną z plantacji wysoko w górach Yangshuo, już będzie częścią smaku.

Kupuję też czarną herbatę.

Mocną.

Pani zapewnia nas, że jest organiczna i sprzedawana tylko tutaj.

Cena zresztą szybko rozwiewa wszelkie podejrzenia, że chińska herbata musi być tania.

Ta zdecydowanie nie jest z Biedronki.

Fotograf zamiast zbieracza

Prawdopodobnie nie zdobyłbym nagrody pracownika miesiąca na tej plantacji.

Nie nazbierałem zbyt dużo liści.

Mam usprawiedliwienie.

Widoki.

Plantacja znajduje się wysoko na zboczu, a wokół rozciąga się panorama na krasowe góry. Zieleń krzewów herbacianych układa się w równe pasy, nad nimi wyrastają charakterystyczne szczyty, a po alejkach chodzą moi współtowarzysze w dǒulì i z małymi koszykami.

Jak mam w takich warunkach pracować?

Aparat sam wychodzi z torby.

Jedno zdjęcie.

Drugie.

Gosia tutaj.

Sylwia tam.

Ktoś między krzewami.

Portret.

Widok.

Jeszcze raz.

To nie moja wina.

Fotografia wygrała z produktywnością.

"Tu jest po prostu wunderbarowo", jak by to Magic powiedziała. 

Wreszcie rower

Kończymy wizytę i przesiadamy się na rowery.

Przed nami Xianggong Hill — 相公山.

Na początku trasa prowadzi ostro w dół.

I tutaj budzi się we mnie coś, czego może nie należałoby zbyt mocno pielęgnować.

Dusza kierowcy rajdowego.

Rozpędzam Błyskawicę.

Czterdzieści.

Pięćdziesiąt.

Ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę.

Składam się w zakrętach i wyobrażam sobie, że jadę szybkim motocyklem. Brakuje właściwie tylko kolana szorującego o asfalt.

Jest fantastycznie.

Później Głos Rozsądku, czyli Jola, wyjaśnia mi spokojnie, że może nie powinienem tak jeździć po nieznanych chińskich drogach.

Ma rację.

Oczywiście.

Seryjni mordercy

Gdzie jest zjazd, tam prędzej czy później musi być podjazd.

Te dzisiejsze nie są zwykłymi podjazdami.

To są seryjni mordercy.

Długie.

Strome.

Bez litości.

Nawet nasze e-bike'i muszą się porządnie napracować, żeby wywieźć nas na górę.

Błyskawica ciągnie dzielnie, ale ja też muszę pedałować.

Mocno.

Analogowcy mają znacznie gorzej.

Niektórzy ostatnie metry podprowadzają rowery, bo nachylenie staje się absurdalne.

Ale nikt nie odpuszcza.

Kiedy w końcu docierają na górę i odzyskują zdolność mówienia, pojawiają się słowa, których raczej nie cytuje się w przewodnikach turystycznych.

Magic, jako psycholożka, natychmiast zapewnia ich, że przeklinanie po takim wysiłku jest całkowicie zrozumiałą reakcją.

Terapia grupowa zakończona sukcesem.

Foto bliss po raz kolejny

Po drodze zatrzymujemy się w kolejnym niezwykłym punkcie widokowym.

Chińczycy wiedzą, że skoro człowiek dotarł w piękne miejsce, będzie chciał zrobić sobie zdjęcie.

Są więc kamienne platformy.

Przebrania.

Regionalne stroje do wypożyczenia.

Huśtawka udekorowana kwiatami.

Tło zapewniła natura.

Resztę przygotował człowiek.

I tutaj zaczyna się moje małe święto.

Biegam z aparatem od jednej osoby do drugiej.

— Stań tutaj.

— Spójrz tam.

— Jeszcze jedno.

— Super.

Joga, czyli Monika, daje mi wyjątkowo wdzięczny materiał fotograficzny. Joga jest jej pasją, więc zamiast po prostu stanąć na tle gór, zaczyna układać ciało w kolejne misterne figury.

A za nią…

krasowe szczyty.

Błękitne niebo.

Chmury.

No przecież fotografowi więcej do szczęścia nie potrzeba.

Klik.

Klik.

Klik.

Totalny photo bliss.

Lunch bez naszego stołu

Potem szybki lunch.

Znowu nowe potrawy i znowu nasze tradycyjne pytanie:

— A ciekawe, co to jest?

Po tylu dniach właściwie przestaliśmy się tym szczególnie przejmować. Próbujemy.

Smaczne?

Smaczne.

To jemy.

Jednego jednak brakuje.

Naszego okrągłego stołu z obracającym się środkiem.

Przyzwyczaiłem się już do niego tak bardzo, że zwykły nieruchomy stół wydaje mi się konstrukcją prymitywną.

Jak ludzie mogą tak żyć?

Stałym elementem lunchu są też piwka, ale te kupujemy sami. I tutaj czasami zaczyna się mała operacja finansowa, bo chiński świat płatności opiera się przede wszystkim na Alipay i WeChat.

Jeśli aplikacja działa — cudownie.

Jeśli nie działa — zaczyna się przedstawienie pod tytułem: kto zapłaci, a komu oddam później?

Schody. Znowu schody.

Po lunchu ruszamy na Xianggong Hill.

„Mały trekking”.

Ha.

Znowu są schody.

Wąskie.

Strome.

I jak zwykle nie chcą się skończyć.

Naprawdę nie lubię schodów.

Mogę jechać trzysta kilometrów na analogowym rowerze.

Mogę pedałować pod górę.

Mogę walczyć z wiatrem.

Ale schody?

Nie.

Pot leje się ze mnie strumieniami. Wbijam wzrok w stopnie i przesuwam nogi mechanicznie.

Jeszcze jeden.

Jeszcze pięć.

Jeszcze zakręt.

Antoni też się poci.

Nie wiem, dlaczego miałoby mnie to pocieszać, ale trochę pociesza.

W końcu wychodzę na górę.

I wtedy przestaję narzekać.

Pocztówka

Widok odbiera dech bardziej skutecznie niż schody.

To jest to miejsce.

Ta pocztówka z Chin.

Przed nami wije się rzeka Li — Lijiang, a po obu jej stronach wyrastają dziesiątki krasowych szczytów. Xianggong Hill jest jednym z najbardziej znanych punktów widokowych nad tą częścią rzeki właśnie dlatego, że z góry widać jej szeroki zakręt otoczony wapiennymi górami.

Łodzie wyglądają z tej wysokości jak zabawki.

Małe wioski chowają się pomiędzy zielonymi wzgórzami.

Góry stoją jedna za drugą, aż zaczynają rozpływać się w niebieskawej mgiełce na horyzoncie.

Patrzę.

I przez chwilę po prostu nic nie mówię.

Czad.

Chiny dawkują emocje

Na szczycie znajduje się kilkupoziomowa platforma.

Wchodzimy wyżej.

I jeszcze wyżej.

Za każdym razem widok trochę się zmienia.

Chiny dawkują nam emocje.

Robimy kolejną sesję fotograficzną. Jesteśmy spoceni, brudni, zmęczeni, koszulki dawno straciły świeżość poranka, ale na zdjęciach wszyscy wyglądamy świetnie.

Bo jesteśmy szczęśliwi.

To po prostu widać.

Kto by nie był?

Stoimy nad rzeką Li, otoczeni jednymi z najbardziej niezwykłych gór, jakie widziałem w życiu, po kolejnym dniu pełnym przygód.

Nikt nie chce schodzić.

Jeszcze jedno zdjęcie.

Jeszcze panorama.

Jeszcze chwila patrzenia.

W końcu Kamil robi to, co Kamil robić musi.

Przywołuje Wesołą Pol-Gromadkę do porządku.

Schodzimy.

A gift that keeps on giving

I tutaj urwę dzisiejszą relację.

Nie dlatego, że dzień się skończył.

Wręcz przeciwnie.

Po zejściu z Xianggong Hill nasza ekipa się dzieli. Robert i ja wybieramy trasę prowadzącą przez wioski i zaczyna się kolejny rozdział tego dnia.

Ale tym razem zostawię go dla filmu.

Powstanie już zapewne po powrocie do Polski.

Może tak będzie nawet lepiej, bo nie wszystko trzeba opowiedzieć od razu.

Na razie siedzę i myślę o dzisiejszym dniu.

Rano zbierałem herbatę w chińskim dǒulì wysoko w górach. Kilka chwil później pędziłem Błyskawicą ponad pięćdziesiąt kilometrów na godzinę, walczyłem z podjazdami-seryjnymi-mordercami, fotografowałem Jogę na tle krasowych szczytów, a potem stałem na Xianggong Hill i patrzyłem z góry na rzekę Li.

I to wszystko wydarzyło się jednego dnia.

Przedostatniego.

Myślałem, że po tylu dniach Chiny nie będą już potrafiły mnie tak zaskakiwać.

Potrafią.

Ta wyprawa naprawdę jest a gift that keeps on giving.

I wygląda na to, że jeszcze nie powiedziała ostatniego słowa.