Południowe Chiny. 22 września.

Pierwszy dzień na rowerze. Szukamy definicji dziwności

Pierwszy dzień na rowerze w Chinach: upał, gigantyczne miasta, buddyjska świątynia, wodospad, przemysłowy dron, karaoke nad jeziorem i mnóstwo rzeczy, które każą na nowo zdefiniować słowo „dziwne”.

Chyba znaleźliśmy temat przewodni tej wyprawy.

Dziwność.

Tylko trzeba jeszcze ustalić, co właściwie znaczy „dziwne”.

Bo czy dziwne jest zjedzenie zupy na śniadanie? Czy może dziwne jest to, że ja od pięćdziesięciu lat uważam kanapkę z szynką i pomidorem za zupełnie normalny początek dnia?

Takie pytania zaczęły się pojawiać już rano.

Śniadanie jemy na 39. piętrze Hotel Landmark Canton. Restauracja zajmuje praktycznie całe piętro, więc chodząc między stolikami, można jednocześnie podziwiać panoramę Kantonu i wijącą się przez miasto Rzekę Perłową.

A panorama jest imponująca.

Jedzenie też.

Tyle że trochę z innego powodu.

Połowy rzeczy stojących na bufecie nigdy wcześniej nie jadłem, a już na pewno nie przyszłoby mi do głowy jeść ich na śniadanie. Robert zamawia sobie zupę. Taki chiński rosół. Mój talerz wygląda niewiele bardziej europejsko.

Ale jemy.

I jest naprawdę dobrze.

Pierwsza lekcja dnia: dziwne nie oznacza niedobre. Często oznacza po prostu: nie moje. Jeszcze.

Po śniadaniu Robert wyciąga mnie na kawę. Trochę się spieszymy, bo zbliża się zbiórka, ale mam jeszcze jedną ważną misję.

Starbucks.

A dokładniej: kubek ze Starbucksa.

Na szczęście nasz hotel stoi dokładnie naprzeciwko centrum handlowego. Wystarczy przejść przez mały park.

I tutaj dostajemy kolejną porcję Chin.

W jednej części parku tańczą panie. Kilkanaście osób, muzyka, zsynchronizowane ruchy, pełne zaangażowanie. Kawałek dalej grupa ludzi w średnim i starszym wieku ćwiczy tai-chi. Jeszcze inni ćwiczą sami, z telefonami ustawionymi na małych statywach. Patrzą na ekran i powtarzają ruchy prowadzącego.

Nikt nie sprawia wrażenia skrępowanego.

Nikt nie rozgląda się, czy przypadkiem ktoś patrzy.

Po prostu przyszli do parku i robią coś razem.

Bardzo mi się to podoba.

Jest w tym coś, czego chyba trochę brakuje nam w Europie. Szczególnie u starszych ludzi. Wspólne spędzanie czasu nie musi przecież oznaczać siedzenia przy stole. Można razem tańczyć. Ćwiczyć. Wyjść do parku.

A właściwie dlaczego mielibyśmy czekać z tym do emerytury?

Czy to miasto się kiedyś kończy?

W końcu ruszamy z Kantonu.

A przynajmniej próbujemy.

Jedziemy autostradą i przez długi czas Kanton ani myśli się skończyć. Co chwilę pojawiają się kolejne gigantyczne osiedla. Bloki po trzydzieści, może czterdzieści pięter. Kilkanaście obok siebie.

Potem następne.

I następne.

Wyrastają z ziemi jak bambusy.

Gdzieś pomiędzy nimi pojawiają się kolejne odnogi Rzeki Perłowej. Dopiero z tej perspektywy zaczynam rozumieć, dlaczego właśnie Kanton przez dziesięciolecia był dla Chin tak ważnym oknem na świat. W 1757 roku cesarz Qianlong ograniczył handel morski z Zachodem właśnie do Guangzhou i przez następne dziesięciolecia działał tutaj tak zwany Canton System.

Patrzę przez szybę i myślę:

No tak.

Rzeka. Morze. Port. Gigantyczne zaplecze.

To ma sens.

W autokarze tymczasem toczą się równie doniosłe rozmowy.

— Podobają mi się twoje sandały. Są super.

— O, dzięki. Tak, są niezłe…

Wielka historia Chin spotyka się z analizą obuwia trekkingowego.

Lubię tę wyprawę.

Mariusz M. dostaje błyskawicę

W końcu docieramy do rowerów.

I tutaj następuje moment, na który czekałem od chwili, gdy zapisałem się na tę wyprawę.

Będziemy jeździć na rowerach po Chinach.

Naprawdę.

Na każdym rowerze jest naklejka z imieniem. Znajduję swój.

Mariusz M.

Piękny czerwony Giant.

Błyskawica.

Elektryczny MTB z wielką baterią, świetnymi hamulcami i opuszczaną z kierownicy sztycą. Oglądam go z każdej strony jak dziecko, które właśnie znalazło pod choinką dokładnie tę zabawkę, o której marzyło.

Czad!

Chwilę zajmuje nam ustawianie siodełek, poznawanie manetek i dopasowywanie sprzętu.

I wreszcie ruszamy.

Jedziemy.

Po Chinach. Na rowerach.

Nadal brzmi to dla mnie trochę absurdalnie.

Z miasta wydostajemy się bardzo szybko i po chwili jedziemy świetną betonową drogą wijącą się wokół ogromnego jeziora. Samej wody często prawie nie widać. Zasłania ją niesamowicie bujna roślinność.

Banany.

Palmy.

Strzeliste drzewa o jasnej korze.

Liany.

Mnóstwo lian.

Wszystko wygląda tak, jakby ktoś przesunął suwak „green” trochę za daleko.

Organizacja jest świetna. Za grupą jedzie samochód bezpieczeństwa, a Charles i Talon towarzyszą nam na rowerach. Jeden prowadzi, drugi zamyka grupę. W połowie trasy czeka na nas mała owocowa stacja benzynowa.

Banany.

Winogrona.

Świeżo wyciskany sok pomarańczowy.

W takich warunkach wszystko smakuje dwa razy lepiej.

Bo jest gorąco.

Nie: ciepło.

Gorąco.

Ponad trzydzieści stopni i wilgotność, która sprawia, że człowiek po kilku minutach postoju zaczyna przypominać własną wersję po praniu, ale przed wirowaniem.

Dopóki jedziemy, jest dobrze. Pęd powietrza robi swoje.

Gorzej, gdy zatrzymujemy się na zdjęcie.

Albo historyjkę.

Albo kolejne zdjęcie.

Wtedy okazuje się, że koszulka może mieć znacznie więcej odcieni niż przewidział producent.

Inne Chiny

Wjeżdżamy do niewielkiego miasteczka.

I nagle wszystko się zmienia.

To już nie jest Kanton z podświetlonymi wieżowcami, luksusowymi centrami handlowymi i futurystycznym metrem, które poczeka na drugą wizytę.

Jest brudno.

Biednie.

Ponuro.

Budynki są szare i poczerniałe. Wiele wygląda na zaniedbane. Niektóre sprawiają wrażenie opuszczonych.

Inne Chiny.

Też prawdziwe.

I dobrze, że je widzimy.

Charles prowadzi nas do niewielkiego warsztatu, w którym powstają kolorowe głowy lwów używanych w tradycyjnym chińskim tańcu lwa. Dowiadujemy się, że do ożywienia jednego takiego stworzenia potrzeba dwóch osób i naprawdę dobrej współpracy.

Kamil oczywiście musi przymierzyć głowę.

Efekt jest mniej więcej taki, jakiego można się spodziewać.

Salwa śmiechu.

Zresztą śmiechu podczas tej wyprawy jest bardzo dużo.

I dobrze.

Sport Adventure wiezie sportowców meleksem

A potem przychodzi jeden z tych momentów, które idealnie pasują do motywu przewodniego dnia.

Jedziemy do Qingyun Temple, położonej na zboczach góry Dinghu.

I czym zdobywa górę nasza dzielna, wysportowana, przygodowa grupa rowerzystów?

Meleksem.

Tak.

Sport Adventure.

Rowerowa wyprawa przez Chiny.

I melex.

Siedzimy więc w tym pojeździe i niektórzy z nas mają wypisaną na twarzy lekką obrazę majestatu.

Przecież nie jesteśmy jakimiś starymi dziadkami.

Możemy wejść.

Możemy wjechać.

Możemy nawet wnieść ten melex, jeśli trzeba.

Na szczęście nikt nie pozwala nam realizować tych pomysłów.

I dobrze.

Bo chwilę później okazuje się, że bez tego przejazdu nie zdążylibyśmy zobaczyć połowy tego, co było zaplanowane.

Qingyun Temple robi na mnie ogromne wrażenie.

Świątynię założono w 1636 roku, jeszcze za dynastii Ming, a dziś zalicza się ją do czterech najbardziej znanych buddyjskich świątyń regionu Lingnan. Nie jest to jeden budynek. Cały kompleks został wpisany w zbocze góry: kolejne dziedzińce i pawilony wspinają się po siedmiu poziomach terenu.

I jest wielki.

Naprawdę wielki.

A jednocześnie prawie pusty.

To właśnie wydaje mi się najbardziej niezwykłe.

Chodzimy pomiędzy świątyniami, schodami, posągami i dziedzińcami, a oprócz naszej grupy widzimy może dziesięć osób.

Dziesięć.

W miejscu, które w Europie prawdopodobnie byłoby zastawione autokarami, budkami z magnesami i kolejką do zdjęcia.

Tutaj cisza.

W kompleksie znajduje się też stara dzwonnica. Wielki brązowy dzwon pochodzi z czasów dynastii Qing, z okresu panowania cesarza Xianfenga w XIX wieku. Jest zaliczany do „trzech skarbów” Qingyun Temple, obok ogromnego kotła, z którego według tradycji można było nakarmić tysiąc ludzi, oraz kilkusetletniej białej kamelii. Dzwon jest do dziś uderzany o świcie.

Kamil opowiada nam o tym wszystkim, a ja próbuję jednocześnie słuchać, patrzeć, robić zdjęcia i nie zgubić reszty grupy.

Czyli, mówiąc krótko, zapamiętuję jakieś 17 procent.

Na szczęście zdjęcia zostają.

Podczas zwiedzania zauważamy jeszcze coś zupełnie niepasującego do XVII-wiecznej buddyjskiej świątyni.

Dron.

Ale nie DJI Mini.

Dron przemysłowy.

Trwa remont i wielka maszyna lata nad kompleksem z podwieszonym ogromnym pojemnikiem, transportując materiały budowlane pomiędzy poziomami góry.

Patrzę na kilkusetletnią świątynię.

Potem na posągi.

Potem na drona niosącego wielkie wiadro.

Chiny.

Starożytność, tradycja i technologia potrafią tutaj stać obok siebie i najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza.

Na koniec schodzimy jeszcze nad wodospad Feishuitan. Spada z ponad trzydziestometrowej skalnej ściany do zielonego basenu ukrytego pośród gęstego lasu.

I wtedy już nikt nie narzeka na melex.

Gdzie jest kucharz?

Wieczorem zaczynamy być głodni.

Bardzo głodni.

Kolacja ma się zacząć.

Ale się nie zaczyna.

Czekamy.

I czekamy.

I ponieważ jest nas kilkanaście osób, a wszyscy jesteśmy już trochę zmęczeni, zaczyna działać zbiorowa wyobraźnia.

Powstają teorie.

Najbardziej prawdopodobna mówi, że kucharz rzucił papierami.

A właściwie fartuchem.

Pani z recepcji próbuje go przekonać, żeby wrócił, szefowa właśnie ogląda tutorial na YouTube, a ktoś z administracji kroi w kuchni kapustę.

Każda kolejna minuta przynosi nowe szczegóły.

Po dwudziestu minutach mamy już praktycznie gotowy scenariusz pierwszego sezonu serialu komediowo-kryminalnego Netflixa.

W końcu jedzenie przyjeżdża.

Na chińską kolację nie dostaje się przecież jednego dania.

Na okrągły stół wjeżdża ich około dziesięciu.

Niestety tym razem bilans jest taki, że z tych dziesięciu około dwóch i pół kwalifikuje się do kategorii: „chętnie zjem jeszcze”.

Pozostałe stanowią dalszą część naszych badań nad definicją dziwności.

Karaoke level: China

Po kolacji idziemy nad jezioro.

I wydawałoby się, że po całym dniu niewiele może nas jeszcze zaskoczyć.

Błąd.

Nad wodą stoją grupki ludzi i śpiewają karaoke.

Ale nie takie karaoke jak u nas.

Niektórzy przywieźli ze sobą projektor.

Ekran.

Mikrofony.

Kolumny.

Lasery.

Prawdopodobnie gdybyśmy zostali godzinę dłużej, pojawiłaby się również wytwornica dymu.

Śpiewają na cały regulator.

Z jakością… typową dla karaoke.

I wtedy do akcji wchodzi Aneta.

Daje się zaprosić do mikrofonu.

Zaczyna śpiewać.

Dołącza Robert.

I nagle mamy polski koncert nad chińskim jeziorem.

My płaczemy ze śmiechu.

Chińczycy też.

Tańczą, klaszczą, podskakują, machają do naszych śpiewaków.

Nikt nie zastanawia się, czy to ma sens.

Po prostu wszyscy dobrze się bawią.

I chyba właśnie takie momenty lubię w podróżach najbardziej.

Nie zabytki.

Nie punkty programu.

Nie rzeczy oznaczone gwiazdką w przewodniku.

Chwile, których nikt nie mógł zaplanować.

Polacy śpiewający karaoke z Chińczykami gdzieś nad jeziorem w Guangdong.

Tego nie da się wpisać do itinerary.

Jeszcze kokos

Na zakończenie kupujemy kokosy.

Młody chłopak ze stoiska bierze pokaźną maczetę i z taką swobodą odrąbuje kolejne kawałki łupiny, jak ja obieram ziemniaka.

No dobrze.

Znacznie sprawniej.

Dostajemy słomkę.

Piję sok prosto z kokosa.

Jeszcze kilka rozmów.

Trochę śmiechu.

I wracamy do hotelu, który prawdopodobnie będziemy pamiętać bardzo długo.

I wcale nie dlatego, że pokoje są wygodne, a łazienka całkiem spora.

Pierwszy dzień na rowerach dobiegł końca.

Jestem zmęczony.

Spocony.

Przegrzany.

Mam w głowie świątynię, wielki dzwon, wodospad, papierowego lwa, czerwonego Gianta, czterdziestopiętrowe bloki, tańczące w parku panie, przemysłowego drona i Roberta śpiewającego karaoke Chińczykom.

Spróbujcie to wszystko umieścić w jednej szufladzie.

Ja nie potrafię.

Może więc właśnie to jest dobra definicja „dziwności”.

Nie coś złego.

Nie coś śmiesznego.

Po prostu coś, co jeszcze nie mieści się w naszym sposobie patrzenia na świat.

A Chiny?

Chiny najwyraźniej zamierzają przez najbliższe dni regularnie te szuflady rozwalać.

I bardzo dobrze.