Południowe Chiny. 27 września.
Inny system operacyjny
Wioska Yao, krasowe góry, bambus, larwy jedwabnika i popołudnie na rowerze. Dzień pełen widoków, ciekawych rozmów (również o Orestesie) i odkrywania, jak bardzo chiński „system operacyjny” różni się od naszego.
Hurra!
Na śniadanie są surowe warzywa.
Nie sądziłem, że zwykły pomidorek może wywołać u człowieka tyle radości.
Yao Cultural Hotel naprawdę się postarał. Śniadanie jest ogromne. Mnóstwo dań, mnóstwo opcji i, co najważniejsze, kilka rzeczy przypominających jedzenie, które mój europejski mózg potrafi rozpoznać bez przeprowadzania dochodzenia.
Jest smażona kiełbasa.
Coś w rodzaju sałatki greckiej.
Pomidorki.
Mniam.
Oczywiście rosołek z uszkami też musi wjechać.
Nie ma już odwrotu.
Zupa na śniadanie została oficjalnie zaakceptowana przez mój organizm.
Kolejka? Jaka kolejka?
Śniadanie daje nam również kolejną okazję do prowadzenia badań socjologicznych.
Tym razem temat brzmi:
kolejki.
Chińczycy mają kilka tysięcy lat cywilizacji, Wielki Mur, papier, proch, kompas i druk.
Ale kolejka najwyraźniej jeszcze nie weszła do powszechnego użycia.
Kiedy kilka osób chce dostać dokładnie to samo, miejsce w szeregu nie ma większego znaczenia.
Liczy się refleks.
Pewność siebie.
I gotowość do lekkiego operowania łokciem.
Widzimy to bardzo wyraźnie przy stanowisku z rosołkiem z uszkami.
Moja nazwa.
Nie wiem, jak to się naprawdę nazywa.
Śniadania mają jednak jeszcze jedną zaletę.
Rozmowy.
Przy stole potrafimy przejść płynnie od życia do filozofii, od teorii symulacji do firanek.
Nigdy nie wiadomo, co wydobędzie na powierzchnię mózg, który od wielu godzin nie dostał kawy.
Dzisiaj rowery poczekają
Tym razem nie zaczynamy dnia od rowerów.
Dziwne uczucie.
Rowery czekają na nas dopiero po południu.
Rano jedziemy do wioski ludu Yao — ogromnego skansenu rozłożonego na zboczu góry.
Zanim jednak ruszamy, Robert przeżywa chwilę grozy.
Spóźnia się.
Ołł przestawia Zielonego Smoka.
Robert wychodzi i autobusu nie ma.
Chwilę później widzimy go biegnącego za nami.
— Dziękuję, że mnie tu nie zostawiliście — mówi, łapiąc oddech.
Tak naprawdę akurat Robert poradziłby sobie tutaj chyba najlepiej z nas wszystkich.
Zna chiński.
My zostawieni sami prawdopodobnie zaczęlibyśmy od machania rękami i pokazywania zdjęcia autobusu w telefonie.
Jedziemy.
Jesteśmy jeszcze trochę senni.
Kilometry na rowerach, gorąco i ciągły nadmiar wrażeń zaczynają wyciągać energię z naszych akumulatorów.
Ale wystarczy jeden widok za oknem i nagle wszyscy się budzimy.
Góry krasowe.
Znowu.
I znowu są piękne.
Ołł mija cudowny punkt widokowy.
Z autobusu wydobywa się zbiorowy jęk.
Nie.
Nie możemy tak po prostu przejechać obok.
Błagamy Kamila o postój.
Na szczęście Kamil rozumie, że ma pod opieką nie tylko rowerzystów, ale także grupę ludzi uzależnionych od robienia zdjęć.
Ołł cała Zielego Smoka na parking.
Dostajemy dwadzieścia minut.
Za mało.
O wiele za mało.
Foto bliss
Widok jest fenomenalny.
Stoimy nieco z boku wobec głównego spektaklu krasowych wzgórz.
Rozsypane przed nami jak gigantyczne grzyby.
Każde inne.
Jedno wyższe.
Drugie bardziej strome.
Kolejne prawie idealnie zaokrąglone.
Niebo jest lekko zachmurzone, więc góry w oddali tracą kolor i przechodzą stopniowo w szarość.
Pierwsze są zielone.
Następne ciemniejsze.
Jeszcze dalsze prawie niebieskoszare.
Pięknie.
Trzaskam zdjęcie za zdjęciem.
Ten wyjazd okazuje się dla mnie nie tylko rowerową nirvaną.
To również foto bliss.
Mam wszystko, czego fotograf potrzebuje.
Piękne miejsca.
Światło.
Tła.
I ludzi.
Mnóstwo modeli i modelek.
Co ważniejsze, modeli bardzo cierpliwych.
Jeśli więc ktoś z naszej ekipy kiedyś to przeczyta — dziękuję.
Naprawdę doceniam to, że dajecie się ustawiać, fotografować, prosić o jeszcze jedno zdjęcie, jeszcze jeden krok w lewo i jeszcze jeden uśmiech.
Fotografia sprawia też, że przeżywam miejsca trochę inaczej.
Bardziej uważnie.
Szukam kadru.
Światła.
Detalu.
Patrzę dłużej.
Mam wrażenie, że przez aparat wchodzę w oglądane miejsce odrobinę głębiej.
Dlatego ta wyprawa jest dla mnie w równym stopniu rowerowa i fotograficzna.
Wioska na głowie góry
W końcu docieramy do wioski Yao.
Nie będę tutaj urządzał wykładu o historii, strukturze społecznej czy ekonomii tej grupy.
Kamil i Charles również nam takiego nie urządzają.
Kto chce, może sobie później sprawdzić.
Mnie wystarczy to, co widzę.
A widok jest naprawdę niezwykły.
Domki są rozsiane po zboczu góry.
Małe.
Jedno-, najwyżej dwupoziomowe.
Z daleka wygląda to trochę tak, jakby góra miała założoną czapkę.
Dopiero gdy podchodzimy bliżej, widzimy całe skupisko budynków.
W wielu z nich zwraca uwagę jedno.
Okno.
Ogromne.
Na niemal całą szerokość domku.
I oczywiście wychodzi dokładnie na dolinę.
Trudno się dziwić.
Gdybym miał taki widok, też nie stawiałbym tam małego okienka.
Wiele domków można wynająć. Wygląda na to, że turystów nocuje tu dziś więcej niż rdzennych mieszkańców.
Ci ostatni to głównie osoby starsze.
Sprzedają orzeszki.
Firecrackers.
Magnesy.
Zapraszają do restauracji.
I wreszcie!
Magnesy.
Ładne.
Kilka trafia do naszej kolekcji.
Schody nie biorą jeńców
Główna atrakcja znajduje się wysoko.
Oczywiście. Jakżeby inaczej.
Świątynia.
Żeby do niej dotrzeć, trzeba wejść po schodach.
Mnóstwie schodów.
Każdy z nich wygląda, jakby dostał osobisty rozkaz:
nie przepuścić Europejczyka.
Ale idziemy.
Powoli.
Schodek.
Drugi.
Dziesiąty.
Setny.
Chiny mają niezwykłą cechę.
Jeśli czegoś jest dużo, to naprawdę jest dużo.
Problem polega na tym, że wchodzenie jeszcze bardziej spowalniają widoki.
Restauracje i inne miejsca po drodze mają małe tarasy i punkty widokowe.
A my oczywiście musimy wejść na każdy.
Zdjęcie.
Film.
Jeszcze jedno zdjęcie.
Jeszcze jeden film.
Schody poczekają.
Folklor na etacie
Wioska oferuje również krótkie przedstawienia.
Młodzi ludzie ubrani w tradycyjne stroje Yao tańczą na scenie.
Dziewczęta.
Chłopcy.
Muzyka folkowa.
Kolorowe stroje.
Ładnie to wygląda.
Choć szczególnie po chłopakach widać, że jest to bardziej praca niż życiowe powołanie.
Tańczą poprawnie.
Ale mam wrażenie, że po zejściu ze sceny raczej nie będą jeszcze ćwiczyć choreografii z własnej woli. Nie jest to materiał na China's Got Talent.
Taniec dziewczyn robi na mnie większe wrażenie.
Ich gesty wyraźnie coś opowiadają.
Widzę ruchy przypominające sianie.
Pewnie coś związanego z ryżem.
Pojawia się też motyw zawstydzenia.
Niestety nie ma nikogo, kto mógłby nam wytłumaczyć znaczenie tych gestów.
Szkoda.
Ale i bez tego miło się patrzy.
My też jesteśmy atrakcją
Zresztą obserwacja działa w obie strony.
My fotografujemy Yao.
Chińczycy fotografują nas.
Czasami pytają.
Czasami udają, że fotografują coś zupełnie innego.
Niektórzy podchodzą i próbują rozmawiać.
Udaje mi się porozmawiać z kobietą z sąsiedniej prowincji.
Mówi po angielsku.
Zaprasza nas do siebie.
Pokazuje trasę, którą — jej zdaniem — powinniśmy kiedyś przejechać, jeśli chcemy zobaczyć najpiękniejszą część Chin.
Robimy nawet zdjęcie tej trasy.
Patrzę na góry wokół nas.
Najpiękniejszą?
To istnieje jeszcze coś ładniejszego?
Trochę trudno mi w to uwierzyć.
Bambusowa szara taśma
Lunch jemy w jednej z restauracji w wiosce.
Niektóre dania trafiają na stół w wydrążonych fragmentach bambusa.
I znowu bambus.
Zaczynam coraz bardziej go lubić.
Bambus jest tutaj mniej więcej tym, czym szara taśma w moim domu.
Nadaje się do wszystkiego.
Pojemnik na jedzenie?
Bambus.
Krzesło?
Bambus.
Stół?
Bambus.
Rusztowanie?
Oczywiście bambus.
Po kilku dniach tutaj przestaję się dziwić, dlaczego odgrywa tak ważną rolę w kulturze i codziennym życiu.
Fantastyczna roślina.
Stół jako ocean
Nasze rozmowy przy posiłkach też się zmieniają.
Na początku były głównie podróże.
Gdzie byliśmy.
Co widzieliśmy.
Gdzie chcielibyśmy pojechać.
I szybko okazuje się, że jadę w naprawdę doświadczonym towarzystwie.
Nepal.
Kambodża.
Boliwia.
Malezja.
Borneo.
Padają kolejne nazwy.
Dla wielu osób z naszej grupy podróżowanie to zdecydowanie nie jest jeden bullet point w CV w sekcji zainteresowania.
To ważna część życia.
Potem rozmowy przeszły oczywiście na jedzenie.
Co to jest?
Jak to zrobiono?
Czy to jest dobre?
Dlaczego to ma taki kolor?
Czy na pewno chcę to zjeść?
Przez kilka dni spróbowałem tylu nowych rzeczy, że straciłem rachubę.
Durian.
Mangostan.
I dzisiaj…
robaki.
A dokładniej larwy jedwabnika.
Dostajemy je wieczorem na kolację.
Prawie wszyscy próbują.
I wiecie co?
Wcale nie są złe.
Potrafię sobie nawet wyobrazić piątkowy wieczór.
Film.
Piwo.
Miseczka larw.
Nie twierdzę jeszcze, że tak będzie.
Ale drzwi zostały uchylone.
Rozmowy idą głębiej
Po kilku dniach wspólnej podróży zmieniają się też tematy.
Geopolityka.
Historia.
Rodzicielstwo.
Biznes.
Wojny opiumowe.
Nasza zbiorowa rozmowa przeskakuje z tematu na temat jak mała łódka niesiona falami oceanu.
I bardzo mi to odpowiada.
Kiedy zamknie się kilkanaście ciekawych osób przy jednym stole, trudno przewidzieć, gdzie skończy się rozmowa rozpoczęta od pytania:
— A co to właściwie jest?
Wreszcie rowery
Po wizycie u Yao wracamy na rowery.
Do hotelu jedziemy już o własnych siłach.
Trasa od początku daje jasno do zrozumienia, że nie będzie łatwo.
Podjazd.
Ruchliwa droga.
Gorąco.
Żar leje się z nieba.
Analogowcy cierpią.
Ale jadą.
Dzielnie. Żelazna Dama nawet rezygnuje z postju tylko ciśnie dalej.
Na szczęście każda góra kiedyś się kończy.
I zaczynają się zjazdy.
Tutaj możemy wreszcie puścić rowery.
Droga ma szerokie pobocze, więc nie trzeba cały czas oglądać się przez ramię na ciężarówki.
Przyspieszamy.
Wiatr.
Rower.
Prędkość.
Po tych podjazdach człowiek smakuje zjazd jeszcze bardziej.
Kamil daje możliwość przedłużenia trasy.
Przez chwilę się waham.
Jeszcze trochę kilometrów?
Czy drzemka?
Drzemka wygrywa.
Deficyt snu właśnie odnosi swoje pierwsze poważne zwycięstwo.
Najlepszy hotel?
Dojeżdżamy do Lian Shandong Yun Shuanglonghu Hotel.
I tutaj muszę oddać organizatorom wyprawy sprawiedliwość.
Hotele dobierają świetnie.
Ten może być najlepszy.
Chociaż poprzednie też były znakomite.
Tutaj mieszkamy w domkach.
Tyle że chińskie rozumienie słowa „domek” różni się trochę od naszego.
To bardziej miniaturowy blok z kilkoma wielkimi apartamentami.
Pokój jest ogromny.
Widok jeszcze lepszy.
Przed nami małe jezioro.
Po drugiej stronie ścieżka pomiędzy drzewami.
A wieczorem na tych drzewach zapalają się kolorowe lampiony.
No i mam problem.
Bo inni mogą chcieć wieczorem siedzieć razem.
A ja mam statyw.
I aparat.
I lampiony.
Przepraszam.
Są priorytety.
Jeszcze raz o fotografii
Rezygnuję więc z wieczornego biesiadowania.
Idę na spacer.
Statyw na ramię.
Aparat.
Cisza.
Światło odbijające się w wodzie.
Lampiony pomiędzy drzewami.
Dla fotograficznej części mojego mózgu to Disneyland.
I chyba właśnie dlatego, mimo zmęczenia, trudno mi iść spać wcześniej.
Przecież za rogiem może być jeszcze jedno dobre zdjęcie.
Kim jesteśmy?
Wizyta w wiosce Yao zostawia mi jeszcze jedną myśl.
Tożsamość.
Co sprawia, że czujemy się częścią jakiejś grupy?
Narodu?
Kultury?
Społeczności?
Dzisiaj widzimy charakterystyczne stroje Yao.
Kiedyś zapewne mówiły dużo więcej o przynależności człowieka niż dzisiaj.
Język nadal mówi bardzo dużo.
Robert i Antek mają tutaj ogromną przewagę.
Znając chiński, mogą wejść w relację z lokalnymi ludźmi znacznie głębiej niż my.
Dla mnie rozmowa często kończy się na:
Ni hao.
Uśmiechu.
Machaniu rękami.
I tłumaczu w telefonie.
Oni mogą zapytać.
Odpowiedzieć.
Zażartować.
Dowiedzieć się czegoś.
Język naprawdę jest bramą.
Ale chyba jeszcze ważniejszy jest wspólny system wartości.
Taki kulturowy system operacyjny.
Im dłużej jestem w Chinach, tym bardziej widzę, że tutejszy system działa trochę inaczej niż mój europejski.
Android i iOS.
Oba obsługują telefon.
Oba wykonują podobne zadania.
Ale logika działania, gesty, rozwiązania i sposób organizowania świata nie są identyczne.
Za krótko tu jestem, żeby ten chiński system dobrze rozumieć.
Na razie zbieram dane.
Obserwuję.
Porównuję.
Zadaję pytania.
I chyba właśnie to lubię w podróżowaniu najbardziej.
Nie tylko oglądanie nowych miejsc.
Ale odkrywanie, że świat można urządzić inaczej.
Nie zawsze lepiej.
Nie zawsze gorzej.
Po prostu inaczej.
Jutro
Kolejny dzień jest wypełniony do ostatniej minuty.
Góry.
Yao.
Zdjęcia.
Schody.
Rozmowy.
Bambus.
Rowery.
Robaki.
Lampiony.
I znowu późna noc.
Jestem zmęczony.
Bardzo.
Ale kiedy przeglądam zdjęcia z dzisiejszego dnia, myślę sobie, że trudno byłoby z czegokolwiek zrezygnować.
Ciekawe, co przyniesie jutro.
I ile godzin snu uda mi się dziś uratować.

















































































































































