Południowe Chiny. 29 września.

Inne Chiny

Yangshuo pokazało nam inne Chiny — bogatsze, bardziej turystyczne i bardziej międzynarodowe. A wieczorem krasowe góry, rzeka Li i setki wykonawców stworzyły najpiękniejsze widowisko plenerowe, jakie kiedykolwiek widziałem.

Mirecki powoli wraca do formy, ale jeszcze nie działa na sto procent. Trochę jak komputer po aktualizacji, któremu system niby już się uruchomił, pulpit się wyświetla, kilka programów działa, ale coś jeszcze mieli w tle i człowiek nie powinien podejmować żadnych poważnych decyzji.

Jak to się objawia? Na przykład wychodzę na śniadanie bez talonu, którego potem i tak nikt nie sprawdza. Zapominam też kubka The Blue Tree, a chwilę później upuszczam butelkę z sokiem prosto na talerz. Na szczęście jedzenia jest tam jeszcze niewiele: jajko na twardo i kawałek kolby kukurydzy.

Butelka uderza w talerz, kukurydza podskakuje, a jajko startuje jak pocisk i trafia Sylwię centralnie w czoło.

Ups.

Na szczęście Żelazna Dama przeżyła, śniadanie również. Możemy jechać.

Dwie godziny w Zielonym Smoku

Dzisiaj zaczynamy spokojniej, bez natychmiastowego wskakiwania na rowery. Wsiadamy do Zielonego Smoka i czeka nas prawie dwugodzinny przejazd, co akurat bardzo mnie cieszy, bo można trochę pospać. Sen jest teraz dla mnie mniej więcej tym, czym Snickers na podjeździe — dobrem strategicznym.

Po drodze zatrzymujemy się na jednym z miejsc obsługi podróżnych przy autostradzie. Idę do toalety i znowu przypominam sobie, że w Chinach skala bywa trochę inna. To miejsce wygląda tak, jakby projektowano je na przerwę podczas finału mistrzostw świata albo wielkiego kongresu. Cała armia mogłaby tutaj jednocześnie zrobić siku i jeszcze zostałoby miejsce dla odwodów.

Przy okazji każdy kupuje sobie coś z chińskich przekąsek. I tutaj nadal obowiązuje podstawowa zasada tej wyprawy: nie wiesz, dopóki nie spróbujesz. Czasami opakowanie wygląda podejrzanie, a zawartość okazuje się świetna. Czasami jest dokładnie odwrotnie.

Chińskie jedzenie wciąż pozostaje jednym wielkim eksperymentem terenowym.

Wypluci na drogę

W końcu Charles wybiera miejsce rozpoczęcia dzisiejszej trasy.

„Miejsce” to może trochę za dużo powiedziane.

To po prostu kawałek drogi gdzieś pośrodku niczego, na którym Zielony Smok właściwie nie ma gdzie stanąć. Ołł zatrzymuje autobus tylko na tyle długo, żebyśmy mogli się z niego wysypać, po czym czym prędzej odjeżdża.

Zostajemy my, nasze rowery i 34 stopnie.

Wyjście z klimatyzowanego autokaru działa trochę jak otwarcie drzwiczek piekarnika, tylko że człowiek stoi po niewłaściwej stronie. Po kilku minutach organizm kapituluje i przyjmuje do wiadomości, że dziś po prostu będzie gorąco.

Jedziemy.

Coś się zmieniło

Od razu widać, że jesteśmy już w innym miejscu.

Drogi są lepsze, mamy szerokie i wygodne pobocze, domy są większe i bardziej zadbane. Posesje wyglądają bogaciej i nie widać tej biedy, która wcześniej tak mocno rzucała nam się w oczy.

Zmienia się też krajobraz. Pojawiają się sady, dużo sadów, a w nich owoce, które w Polsce widujemy raczej na półkach niż na drzewach. Pomelo, mandarynki i inne cytrusy rosną tutaj całymi rzędami. W okolicach Yangshuo popularne są też kumkwaty, persymony i pomarańcze dowiaduję się później od AI.

Co jakiś czas przy drodze pojawiają się małe stragany lokalnych producentów. Przy jednym się zatrzymujemy i kupujemy kilka owoców przypominających morele, lekko podsuszonych i całkiem smacznych.

Nie będę udawał, że wiem, co to dokładnie było.

Może któregoś dnia stworzę album pod tytułem: „Rzeczy, które zjadłem w Chinach i do dziś nie wiem, czym były”.

Materiału mam już sporo.

Snickers, czyli paliwo wysokooktanowe

Charles robi dzisiaj więcej przerw. Możemy napić się wody, trochę odpocząć i porobić zdjęcia. Nie dlatego, że trasa jest szczególnie wymagająca, bo nie jest. Problemem pozostaje temperatura.

Mamy też standardowy przystanek owocowo-napojowy i wtedy znowu pojawiają się Snickersy.

Snickers podczas tej wyprawy awansował z kategorii „słodycze” do kategorii „suplementacja sportowa”. Charles tylko otwiera torbę i od razu wyciąga się w jego stronę kilka rąk.

Moja oczywiście należy do pierwszych.

Cukru tutaj naprawdę jemy niewiele. Jak wrócę do Polski, kupię moje ulubione ciasto drożdżowe z Krysia. Całe.

I nikomu nie dam.

Ani kawałka.

Nawet rodzynki.

Jeszcze piękniej

Potem krajobraz zaczyna robić coś dziwnego.

Staje się jeszcze piękniejszy.

Wiem, że już kilka razy pisałem, że jest pięknie. Potem było jeszcze piękniej, później naprawdę przepięknie, a teraz powoli zaczyna mi się kończyć słownik.

Te góry, przestrzenie i sady układają się jednak w coś wyjątkowego. Krasowe wzgórza nie tworzą zwykłego pasma. Są porozrzucane pojedynczo, jakby ktoś stawiał je ręką w różnych miejscach krajobrazu. Jedno tutaj, drugie dalej, kolejne wyrasta gdzieś za sadem.

Pomiędzy nimi są pola, domy i drogi.

Jakby ktoś projektował krajobraz i co jakiś czas mówił:

— Jeszcze jedną górę tutaj.

— I może dwie tam.

— O, i trochę mandarynek.

I wyszło mu bardzo dobrze.

Nasza wyobraźnia podpowiada nam ciekawe historie. Magic uważa, na przykład, że te góry to kolce smoka leżącego pod ziemią. Takie kolce, co wystają z grzbietu smoka.

Jedziemy spokojnie, robimy zdjęcia i chłoniemy widoki, a przed nami jest miejsce, które od początku było jednym z głównych celów tej wyprawy.

Yangshuo

Dojeżdżamy do Yangshuo.

To ostatnie miasto naszej rowerowej wędrówki po południowych Chinach. Tutaj zostaniemy przez trzy noce, więc kończy się etap codziennego przemieszczania się z hotelu do hotelu.

Od razu widać, że trafiliśmy do zupełnie innych Chin.

Yangshuo jest trochę jak nasze Zakopane albo Karpacz. Miasto żyje z turystyki i widać to już od wjazdu. Pojawiają się wypasione samochody, ścieżki rowerowe, nowoczesne hotele i sklepy znanych zachodnich marek.

Starbucks.

KFC.

Marki premium.

I — uwaga — biali ludzie.

Patrzymy na nich prawie z takim samym zainteresowaniem, z jakim Chińczycy patrzyli wcześniej na nas.

W lobby są Amerykanie. Ktoś mówi po angielsku. W pewnym momencie słyszymy nawet język polski.

No proszę.

Przez kilka dni byliśmy praktycznie jedynymi ludźmi wyglądającymi inaczej niż wszyscy dookoła. Tutaj nagle stajemy się zwykłymi turystami.

Trochę dziwne uczucie.

Miss Liu

Wieczorem Kamil ma dla nas coś zupełnie innego.

Spektakl.

Prawie cała grupa jedzie obejrzeć Impression Liu Sanjie.

I tutaj warto dodać trochę kontekstu, bo to nie jest zwykłe przedstawienie teatralne. Spektakl powstał pod kierunkiem zespołu twórców, w którym byli Zhang Yimou, Wang Chaoge i Fan Yue. Zhang Yimou to ten sam reżyser, który kilka lat później odpowiadał między innymi za widowiskowe ceremonie igrzysk olimpijskich w Pekinie.

Przedstawienie miało premierę w 2004 roku i od początku było pomyślane jako widowisko wykorzystujące prawdziwy krajobraz jako scenę.

Sceną jest rzeka Li.

Dekoracją — prawdziwe krasowe góry.

Nie namalowane.

Nie wyświetlone.

Te same, pośród których jeździmy od kilku dni.

Spektakl czerpie z legendy o Liu Sanjie, słynnej ludowej śpiewaczce związanej z kulturą ludu Zhuang, ale nie opowiada jej historii jak klasyczny musical. To raczej seria ogromnych obrazów złożonych ze światła, pieśni, łodzi, ruchu i lokalnej kultury.

W widowisku bierze udział ponad 600 wykonawców, w tym mieszkańcy okolicy, rybacy i rolnicy. Widownia mieści ponad dwa tysiące osób.

Tyle faktów.

A teraz moje wrażenie.

Wow do potęgi n.

Kiedy zapaliły się góry

Siedzimy w ogromnym amfiteatrze i zaczyna się przedstawienie. Pojawiają się łodzie, muzyka, światła, jakieś cienie poruszają się po wodzie.

I nagle reflektory oświetlają góry.

Prawdziwe góry.

Cała widownia reaguje jednocześnie. Ponad dwa tysiące osób robi zbiorowe:

Ooooo…

Ja też.

Nie da się inaczej.

W jednej chwili krajobraz, który jeszcze przed chwilą był tylko ciemną przestrzenią za sceną, staje się częścią przedstawienia. Ogromną scenografią stworzoną nie przez człowieka, ale przez naturę.

I właśnie to robi największe wrażenie.

W normalnym teatrze ktoś buduje dekorację.

Tutaj dekoracją jest Yangshuo.

Rzeka.

Góry.

Niebo.

Przez kolejne 75 minut właściwie nie wiem, gdzie patrzeć. Łodzie przesuwają się po wodzie, pojawiają się kolejne światła, setki ludzi tworzą ogromne układy. Są flagi, stroje, muzyka, kolory i ruch.

Woda odbija wszystko i podwaja spektakl.

Raz patrzę na wykonawców, potem na góry, za chwilę znowu na rzekę.

Co jakiś czas z widowni wydobywa się kolejne zbiorowe westchnienie. To chyba najlepsza możliwa recenzja.

Nie trzeba znać chińskiego.

Nie trzeba znać legendy Liu Sanjie.

Po prostu patrzysz i dajesz się temu ponieść.

To było najpiękniejsze widowisko plenerowe, jakie kiedykolwiek widziałem.

Bez dwóch zdań.

Kiedy się kończy, mam tylko jedną myśl:

Jeszcze.

Niech przypłynie jeszcze jedna łódź. Niech góry jeszcze raz się zapalą. Niech to potrwa kolejne pół godziny.

Ale nie.

Koniec.

Te 75 minut minęło zdecydowanie za szybko.

Od trzech do dziewięciu

Rano moje samopoczucie było może 3/10. Nie dramat, ale zdecydowanie nie Mirecki w wersji premium.

W ciągu dnia wskaźnik powoli jednak szedł do góry, trochę jak my na podjazdach. Pomogła drzemka w Zielonym Smoku, pomógł rower, pomogły góry, a wieczorne Impression Liu Sanjie najwyraźniej dokończyło aktualizację systemu.

To był naprawdę dobry dzień.

Kiedy człowiek nie czuje się najlepiej, zaczyna też mocniej zauważać drobne gesty innych ludzi. Sylwia bardzo przejęła się moim samopoczuciem. Pytała, sprawdzała, troszczyła się.

To było zwyczajnie bardzo miłe.

Zresztą nie tylko ona.

Po ponad tygodniu wspólnej podróży widać już wyraźnie, że nie jesteśmy przypadkowym zbiorem ludzi zapisanych na tę samą wycieczkę. Pilnujemy się, czekamy na siebie, pytamy, czy wszystko w porządku, pomagamy sobie i żartujemy z siebie.

Ktoś przyniesie wodę.

Ktoś poda lek.

Ktoś podzieli się jedzeniem.

A ktoś inny przyjmie jajko na twardo prosto w czoło i nawet się nie obrazi.

To chyba jeden z tych mniej oczywistych elementów dobrej podróży.

Można zaplanować trasę, hotele, rowery i atrakcje. Można nawet liczyć na dobrą pogodę.

Ale nie da się zaplanować ludzi.

Nam się ludzie trafili naprawdę dobrze.

Inne Chiny

Jesteśmy więc w Yangshuo.

U celu.

I od pierwszych chwil widzę, że to będą inne Chiny niż te, które oglądaliśmy przez ostatnie dni.

Bogatsze.

Bardziej turystyczne.

Bardziej międzynarodowe.

Bardziej znajome.

Są zachodnie marki, zagraniczni turyści i hotele, które mogłyby równie dobrze stać w wielu innych miejscach świata.

Ale wystarczy spojrzeć trochę wyżej.

Ponad Starbucks.

Ponad KFC.

Ponad hotelowe lobby.

Tam nadal stoją te góry.

Wieczorem ktoś wziął je, rzekę i nocne niebo i zrobił z nich teatr.

System Mirecki może nadal nie działa jeszcze na sto procent.

Ale zdecydowanie się ładuje.

I trudno byłoby wybrać lepsze miejsce na restart.