Południowe Chiny. 24 września.
Droga
64 kilometry przez chińską prowincję, małe wioski, pola ryżowe, jaskinie, bambusowy las i szklaną platformę wysoko nad doliną. Dzień pełen drogi — tej pod kołami i tej, którą pokonuje się trochę głębiej.
Dzisiaj czeka nas droga.
W najbardziej dosłownym znaczeniu — 64 kilometry na rowerze. Pierwszy naprawdę długi odcinek naszej wyprawy.
Ale im dłużej jedziemy, tym bardziej myślę, że droga będzie dzisiaj dobrym motywem przewodnim.
Jest droga, którą pokonujemy na rowerach.
Jest droga, którą przeszły Chiny, żeby stać się krajem, który teraz oglądamy.
Jest droga, którą każdy z nas przebył, żeby znaleźć się właśnie tutaj, tysiące kilometrów od domu.
I jest jeszcze jedna.
Droga, która przyciąga ludzi.
Bo tutaj życie naprawdę toczy się przy drodze.
Ale najpierw śniadanie.
Rosół na dzień dobry
Chińskie śniadania coraz bardziej zaczynają mi się podobać.
Dzisiaj zamiast soku pomarańczowego mamy jogurt. Taki do picia. A obok między innymi coś w rodzaju rosołu z czymś, co wygląda jak pierogi.
O ósmej rano.
Dlaczego nie?
Jest dziwnie.
Ale jest pysznie.
Przynajmniej dla mnie, bo nasze śniadania ujawniają ciekawą prawdę o ludzkich gustach. Przy jednym końcu stołu ktoś właśnie oznajmia:
— Ale to jest okropne!
Dokładnie w tej samej chwili z drugiej strony słychać:
— Mniam! Ale dobre!
I tak właściwie wygląda większość naszych kontaktów z chińską kuchnią.
Nie ma konsensusu.
Jest eksperyment.
Jedziemy bez Iwony
Niestety Iwona źle się dzisiaj czuje.
Przez chwilę trwa więc organizowanie dla niej alternatywnego transportu i planu dnia. Nasi organizatorzy robią to szybko i sprawnie, ale i tak bardzo jej współczujemy.
Tym bardziej że — czego jeszcze wtedy nie wiemy — ten dzień będzie napakowany atrakcjami po sam korek.
Czekając na wyjazd, zajmujemy się więc inną ważną działalnością poznawczą.
Próbujemy ustalić, ile lat może mieć nasza obsługa, Ch.rles, Talon i Ołłł.
Padają zakłady.
Problem w tym, że jako naukowcy potrzebujemy później danych empirycznych potwierdzających nasze hipotezy, a tych zdobyć nie jest łatwo. Udaje się nam zgadnąc tylko raz.
Wniosek z badania jest jednak dosyć jasny:
Chińczycy wyglądają dla nas znacznie młodziej, niż są w rzeczywistości.
Oczywiście wyciąganiu tego wniosku towarzyszy mnóstwo śmiechu.
Możemy ruszać.
Gotowanie na parze
Początek jazdy jest bardzo przyjemny.
Ciepło.
Wilgotno.
Gdzieś po drodze zaczyna lekko padać.
Deszcz trwa krótko i właściwie nie jest problemem. Problem tworzymy sobie sami, kiedy część z nas wpada na pomysł założenia kurtek przeciwdeszczowych.
Kurtka przeciwdeszczowa.
Trzydzieści stopni.
Wilgotność właściwa południowym Chinom.
Po kilku minutach odkrywamy nową metodę przygotowywania człowieka.
Gotowanie na parze we własnym pocie.
Bardzo ekologiczne.
Zero dodatkowej wody.
Szybko zdejmujemy kurtki.
Przy drodze
Jedziemy przez kolejne małe miejscowości.
I zaczynam zauważać pewien schemat.
Życie w tej części Chin nie jest schowane za wielkimi galeriami handlowymi czy zamknięte w biurowcach.
Ono wychodzi na ulicę.
Warsztaty naprawy samochodów.
Warsztaty naprawy skuterów — tych jest chyba najwięcej.
Sklepy z płytkami ceramicznymi.
Warzywa.
Ubrania.
Drogerie.
Małe punkty usługowe.
W jednej miejscowości zatrzymujemy się przy szwalni. A właściwie trudno powiedzieć, gdzie kończy się ulica, a zaczyna zakład. Parter budynku jest niemal całkowicie otwarty. Kilkanaście kobiet i mężczyzn siedzi przy maszynach.
Szyją.
My jedziemy.
Ktoś spogląda.
Machamy.
I znowu ruszamy.
Mali przedsiębiorcy siedzą przy swoich stoiskach i czekają na klientów.
Tylko że klientów prawie nie ma.
I to jest dla nas chyba jedno z większych zaskoczeń tej podróży.
Gdzie jest ten miliard ludzi?
Wyobrażałem sobie Chiny inaczej.
Tłum.
Ruch.
Ludzi wszędzie.
A tutaj?
W warsztacie siedzi człowiek i coś ogląda na telefonie.
Przed sklepem mięsnym siedzi kobieta. Za nią bawi się córka.
Ktoś wygląda z okna.
Przejeżdża skuter.
Potem drugi.
I my.
Kilkunastu Polaków w kolorowych koszulkach rowerowych jadących przez chińską prowincję.
A za nami wielki zielony autokar.
Zielony Smok.
Nic dziwnego, że wzbudzamy zainteresowanie.
Ludzie wychodzą przed domy. Patrzą. Nagrywają nas telefonami. Coś wołają.
Uśmiechamy się.
Machamy.
Niestety najczęściej nie mamy pojęcia, co do nas mówią.
Brama, której brakuje
Przed lunchem spotykamy dziewczynki wychodzące ze szkoły.
Próbujemy z nimi porozmawiać.
Angielski?
Nic.
Ani słowa.
Później będzie podobnie z innymi młodymi ludźmi.
I tu odzywa się we mnie nauczyciel.
Trochę mnie to boli.
Nie dlatego, że wszyscy na świecie mają obowiązek mówić po angielsku. Oczywiście, że nie.
Ale angielski jest dzisiaj bramą.
Wczoraj pisałem o chińskim rùmén — wejściu przez bramę, rozpoczęciu poznawania czegoś nowego.
Angielski jest właśnie takim rùmén.
Do wiedzy.
Do ludzi.
Do podróży.
Do ogromnej części świata.
Nie trzeba mówić jak profesor z Oxfordu. Nie trzeba mieć C2.
Ale takie zwykłe A2?
Umieć zapytać.
Odpowiedzieć.
Powiedzieć, kim się jest.
Zrozumieć prostą informację.
To naprawdę otwiera drzwi.
Może patrzę na to przez zawodowe okulary.
Prawdopodobnie tak.
Trzydzieści lat uczenia ludzi robi swoje.
Najlepsza restauracja bez gwiazdek
Docieramy do maleńkiej miejscowości.
Jedna główna ulica.
Kilka domów.
Za nimi pola ryżowe.
Wszystko wygląda skromnie. Miejscami naprawdę biednie.
I właśnie tutaj zjemy jeden z najlepszych posiłków tej wyprawy.
Powoli zaczynam dostrzegać kolejną prawidłowość:
im mniej spektakularnie wygląda restauracja, tym większa szansa, że jedzenie będzie spektakularne.
Kiedy przyjeżdżamy, stół już na nas czeka.
Arbuz.
Melon.
Napoje.
Coca-Cola.
A potem zaczynają przyjeżdżać dania.
Jedno.
Drugie.
Trzecie.
Kolejne.
Obrotowy środek stołu pracuje bez przerwy.
Tym razem wszystko jest doskonałe.
Bez dyskusji.
10/10.
Na Google'u ten lokal pewnie nigdy nie wyskoczyłby mi w wynikach wyszukiwania.
Na Tripadvisorze być może w ogóle nie istnieje.
A jednak siedzę gdzieś na chińskiej prowincji i jem jeden z najlepszych lunchów od początku podróży.
Bardzo to lubię.
Chińska logistyka
Po drodze obserwujemy też niezwykłą chińską szkołę przewożenia rzeczy.
My w Europie mamy proste rozwiązanie.
Potrzebujesz przewieźć więcej?
Kup większy samochód.
Chińczyk najwyraźniej patrzy na swój skuter i myśli:
Spokojnie. Zmieści się.
Cztery skrzynie z kurami?
Żaden problem.
Kładziemy w poprzek skutera długą deskę.
Na jednym końcu skrzynki.
Na drugim kolejne.
Gotowe.
Nie wiem, jakie przepisy regulują tutaj środek ciężkości, szerokość pojazdu i stosunek liczby kur do pojemności silnika.
Wiem tylko jedno.
Da się.
W Chinach się da.
Kraty
Jest też coś, czego nie potrafimy zrozumieć.
Kraty.
W ogromnej liczbie domów okna są zakratowane.
Rozmawiamy o tym podczas jazdy.
Ktoś mówi, że to zabezpieczenie przed wypadnięciem dzieci.
Nie do końca nas ta teoria przekonuje.
Czasami krat jest tyle, że całe budynki zamiast domów zaczynają przypominać więzienia.
Szkoda.
Bo architektura sama w sobie często jest ciekawa, kolorowa, pełna balkonów i detali.
A potem wszędzie pojawiają się metalowe pręty.
Na razie zapisuję to sobie po prostu jako kolejną rzecz, której jeszcze nie rozumiem.
Ta podróż ma ich coraz więcej.
Analogowcy cierpią
Rowerowo dzień jest świetny.
Większość trasy prowadzi drogami, ale mamy też dwa konkretne podjazdy.
Serpentyny.
Małe tornante.
Trochę jak Dolomity, tylko przeskalowane na chińską prowincję.
Niektórym dają nieźle w kość.
Oczywiście głównie analogowcom.
My na elektrykach jesteśmy w tym czasie zajęci ważniejszymi sprawami.
Rozmawiamy.
Podziwiamy widoki.
Zastanawiamy się, co zjemy na kolację.
Silnik robi swoje.
Nie jest to może najbardziej heroiczna forma kolarstwa, ale heroizm bywa przereklamowany.
Poza tym podjazd ma jedną cudowną cechę.
Zazwyczaj po nim jest zjazd.
I wtedy zaczyna się moja część zabawy.
Licznik pokazuje:
60 km/h.
Wiatr.
Droga.
Rower.
Total bliss.
Naprawdę nie wiem, czy kiedyś mi się to znudzi.
Rower jest dla mnie niewyczerpanym źródłem małych, czystych przyjemności.
Gdzie oni są?
Grupa powoli się rozciąga.
Pierwsi jadą dużo przed nami.
Ostatnich nie widzimy.
W pewnej chwili dojeżdżamy do miejsca, w którym nie jesteśmy pewni, dokąd skręcić.
I nagle robi się mniej zabawnie.
Stoimy gdzieś na chińskiej prowincji.
Nie znamy języka.
Nie wiemy dokładnie, gdzie jesteśmy.
Nie widzimy reszty grupy.
Niby nic wielkiego.
Telefon jest.
Mapa jest.
Ale pojawia się lekkie ukłucie niepewności.
I po raz pierwszy naprawdę rozumiem, jak wiele poczucia bezpieczeństwa daje grupa.
Myślę o Noraly z Itchy Boots i innych ludziach, którzy samotnie jadą motocyklem przez pół świata.
Wcześniej patrzyłem przede wszystkim na ich ciekawość i odwagę.
Teraz widzę jeszcze coś.
Samotność decyzji.
Kiedy jesteś sam, nikt nie jedzie sto metrów za tobą.
Nikt nie wie, że źle skręciłeś.
Nikt nie nadjedzie za chwilę.
Grupa jest siłą.
Nigdy wcześniej nie myślałem o tym aż tak wyraźnie.
Tour de China
Gdzieś na początki widzimy zaparkoway nasz Zielony Smok.
A obok niego Oł.
Nasz zawsze uśmiechnięty kierowca.
Czeka na nas z wodą.
Normalnie Tour de France.
Brakuje tylko kibiców biegnących obok rowerów w kostiumach diabła.
Bierzemy butelki, śmiejemy się i jedziemy dalej.
Mały gest.
Ale znowu przypomina mi, dlaczego lubię takie zorganizowane wyprawy.
Można mieć przygodę.
Można zjechać z utartych turystycznych szlaków.
A jednocześnie ktoś pilnuje, żebyś nie umarł z pragnienia gdzieś między polem ryżowym a warsztatem skuterów.
Dobry układ.
Papierosy
Pod koniec rowerowego odcinka spotykamy kilku młodych chłopaków na skuterach.
Wyglądają może na dwanaście, trzynaście lat.
Palą papierosy.
Próbujemy z nimi rozmawiać.
Angielski — zero.
Polska?
Zero.
Football?
Też nie.
Kończą nam się pomysły na wspólny język.
Im najwyraźniej nie kończą się papierosy.
Stoją obok, palą i bez większego skrępowania puszczają dym w naszym kierunku.
To jeden z tych momentów podróży, które nie pasują do ładnej pocztówki.
Ale przecież właśnie dlatego tu jesteśmy.
Żeby zobaczyć nie tylko to, co ładne.
Droga Chin
Jadąc dalej, wraca do mnie myśl o drodze.
Patrzymy na miejsca, które wyglądają bardzo skromnie.
Czasami biednie.
A jednocześnie jeździmy po dobrych drogach, korzystamy z ogromnych hoteli, widzimy nowoczesne miasta, elektryczne skutery, wielką infrastrukturę.
Te dwa obrazy istnieją obok siebie.
Nie czuję się jeszcze na tyle mądry, żeby po kilku dniach opowiadać komukolwiek „jakie są Chiny”.
Wręcz przeciwnie.
Im więcej widzę, tym mniej mam ochoty na proste odpowiedzi.
Chiny najwyraźniej przeszły ogromną drogę.
Ale nie wszyscy i nie wszędzie znajdują się w tym samym jej miejscu.
I może właśnie rower pozwala to zobaczyć szczególnie dobrze.
Samolot przenosi cię pomiędzy punktami.
Samochód pokazuje krajobraz.
Rower pokazuje drogę pomiędzy nimi.
Energ... co?
Po 64 kilometrach można byłoby już spokojnie uznać dzień za udany.
Kamil ma jednak inne zdanie.
Jedziemy do kolejnej atrakcji.
Dongtian Xianjing.
I już na parkingu zaczynamy rozumieć, że będzie ciekawie.
Wsiadamy do sporej łodzi.
Cała nasza Wesoła Pol-Gromada mieści się w środku.
Silnik elektryczny zaczyna cicho pracować.
Wpływamy w głąb jaskini.
I nagle zmienia się wszystko.
Światło.
Temperatura.
Dźwięk.
Nad nami wyrastają olbrzymie wapienne ściany.
Z lewej strony woda spada ze skał niemal tuż obok łodzi. Dalej pojawia się kolejny wodospad.
Większy.
Nad głową otwiera się ogromna dziura w sklepieniu, przez którą do wnętrza wpada światło.
Robi się naprawdę magicznie.
A najlepsze jest to, że…
nie ma nikogo.
Nikogo.
Cały kompleks praktycznie tylko dla nas.
Czuję się, jakbym przyjechał do Energylandii i zastał tam wyłącznie obsługę.
Trochę fantastycznie.
Trochę niepokojąco.
Ale przede wszystkim fantastycznie.
Bambusy
Łódź przepływa pod mostkiem i po chwili wypływamy po drugiej stronie góry.
A tam znowu inny świat.
Bambusy.
Tym razem nie pojedyncze rośliny przy drodze.
Prawdziwy bambusowy las.
Wysokie łodygi wyrastają jedna przy drugiej, tworząc zielone ściany.
Wysiadamy.
Wracamy pieszo ścieżką wijącą się pomiędzy bambusami i ponownie prowadzącą w stronę jaskini.
Chińczycy nie zostawili wszystkiego wyłącznie naturze.
Są światła.
Kolory.
Mgiełka.
Trochę teatr.
Trochę Disneyland.
Trochę jaskinia.
Normalnie byłbym sceptyczny.
Ale tutaj jakoś to działa.
A fotograf we mnie jest zachwycony.
Już widzę te zdjęcia.
Tysiąc schodów do niespodzianki
Kamil informuje nas, że ma jeszcze bonus.
Platformę widokową ze szklaną podłogą.
Super.
Jedziemy.
Tyle że zanim pojedziemy, trzeba…
wejść.
I wejść.
I jeszcze trochę wejść.
Schody.
Kolejne schody.
Następne schody.
Nie wiem, czy jest ich rzeczywiście tysiąc, ale po kilkuset człowiek przestaje prowadzić rzetelną dokumentację naukową.
Jest gorąco.
Leje się ze mnie pot.
Ale przestałem już się tym przejmować.
Wszyscy wyglądamy podobnie.
Wspólnota losu bardzo obniża wymagania estetyczne.
W końcu docieramy do stacji czegoś, co oficjalnie nazywa się magic carpet.
Chińczycy wymyślili urządzenie, dzięki któremu człowiek może siedząc, pojechać pod górę po czymś przypominającym gigantyczny taśmociąg.
Nie potrafię tego opisać lepiej.
Trzeba zobaczyć.
Niektórzy patrzą na konstrukcję z lekkim niepokojem.
Inni natychmiast mają ubaw.
Ja zdecydowanie należę do tej drugiej grupy.
Jiulong Star
Na górze czeka Jiulong Star — szklana platforma wisząca wysoko nad krasowym krajobrazem.
Podchodzę.
Patrzę w dół.
Przez podłogę widać rzekę.
Kamienie.
Bardzo dużo powietrza pomiędzy mną a nimi.
Mózg przez chwilę protestuje.
Rozsądek mówi:
— Przecież to szkło jest bezpieczne.
Starsza część mózgu odpowiada:
— Nie interesuje mnie to. Podłoga nie powinna być przezroczysta.
Robię więc to, co robi człowiek racjonalny.
Przypominam sobie, że wzięli od nas pieniądze.
Skoro sprzedali bilet, uznaję, że raczej planują, żebyśmy z tej platformy jeszcze zeszli.
Wchodzę.
Pierwsze kroki są dziwne.
Potem już tylko podziwiam widok.
Krasowe góry ciągną się aż po horyzont.
Pięknie.
Naprawdę pięknie.
Harcerze z przypadku
Trzeba jeszcze zejść.
Oczywiście można normalnie.
Ale po co?
Chińczycy przygotowali zjeżdżalnię.
Dostajemy specjalne spodnie.
Rękawiczki.
Zakładamy wszystko.
I przez chwilę cała grupa wygląda jak drużyna harcerska, której skończył się budżet dokładnie pięć minut przed zakupem mundurków.
Zdjęcie grupowe byłoby bezcenne.
Godność nieco mniej.
Zjeżdżamy.
Jest śmiech.
Dużo śmiechu.
I kiedy wydaje mi się, że już naprawdę wystarczy atrakcji na jeden dzień…
pojawia się plantacja bananów.
Oczywiście.
Dlaczego nie.
Potem napój z trzciny cukrowej.
Bo przecież dzień nadal trwa.
Droga
W końcu Kamil zbiera Wesołą Pol-Gromadę.
Wsiadamy do Zielonego Smoka.
Jedziemy do hotelu.
Dzisiejszy nie wygląda jak pałac. Nie ma gigantycznego żyrandola ani marmurów po horyzont.
Myślę jeszcze raz o drodze.
Dzisiaj przejechaliśmy 64 kilometry.
Ale przecież kilometr to tylko najprostszy sposób mierzenia drogi.
Można ją mierzyć miejscami.
Ludźmi.
Rozmowami.
Rzeczami, których wcześniej się nie rozumiało.
Widokami, których wcześniej się nie widziało.
Można mierzyć ją tym, ile razy człowiek w ciągu jednego dnia pomyśli:
„O, tego się nie spodziewałem”.
Pod tym względem dzisiejsza droga była bardzo długa.
I chyba właśnie po takie drogi tutaj przyjechaliśmy.




























































































































