Południowe Chiny. 25 września.

Ładujemy Akumulatory Piękna

69 kilometrów w upale, góry krasowe, kąpiel w rzece, chińskie święto i wieczorne Yangshan pełne ludzi, świateł i zapachów. Długi dzień. Akumulatory piękna naładowane do pełna.

Jeszcze jedna rzecz z wczoraj.

Pisanie relacji w miejscu publicznym wiąże się z pewnym ryzykiem. Ekipa może zauważyć, że siedzisz z komputerem i próbujesz pracować.

Są też korzyści.

Możesz na przykład dostać czerwone wino.

Z lodem.

Możesz też odkryć, że rozmowy o tej porze kleją się najlepiej. Powstają nowe słowa, takie jak agro-joga. Ludzie otrzymują nowe ksywki. Magda staje się Magic.

Wszystko super.

Tylko pula godzin przeznaczonych na sen znowu niebezpiecznie się kurczy.

Spacer donikąd

Rano wychodzę na spacer.

Nie sprawdziłem wcześniej, gdzie właściwie jesteśmy. Po prostu wyszedłem z hotelu i ruszyłem przed siebie. Dopiero później odkrywam w Amapie, że kawałek od nas znajduje się duży, polecany targ produktów rolnych.

Oczywiście poszedłem w przeciwną stronę.

Przez pół godziny spaceruję więc po pierwszej podczas tej wyprawy prawdziwej ścieżce rowerowej.

Jest piękna.

I kompletnie pusta.

Nie jedzie nią ani jeden rowerzysta. Nikt nie biega. Nikt nie spaceruje. Próbuję fotografować tuk-tuki i inne dziwne pojazdy, ale zabrałem za ciemny obiektyw i wszystkie zdjęcia wychodzą poruszone.

No dobrze.

Mam tylko nadzieję, że reszta dnia będzie lepsza.

Próbuję jeszcze mojego świeżo nabytego chińskiego „dzień dobry”. Pewnie akcent mam taki, że Konfucjusz przewraca się w grobie, ale żeby nikt nie odpowiedział?

Patrzą tylko.

Cisza.

Ciekawe.

Rzut, kosz. Rzut, kosz.

Śniadanie jest dzisiaj raczej z tych skromniejszych. Sporo rzeczy przypomina wczorajszą kolację, ale są tosty i coś na wzór sałatki warzywnej.

Damy radę.

Zwijamy się sprawnie i Zielony Smok podwozi nas do miejsca, gdzie czekają rowery.

Zaczynam coraz bardziej doceniać logistykę tej wyprawy. Trzeba znaleźć miejsce dla dużego autobusu. Osobno przyjeżdża van z piętnastoma rowerami. Trzeba je gdzieś spokojnie wypakować, rozdzielić i przygotować.

Ołł, Charles, Talon i nasza Szara Eminencja od safety cara naprawdę mają co robić.

Dzisiaj wybierają miejsce obok szkoły. Jest tam boisko do koszykówki, a na nim grupa dzieciaków — może jedenaście, trzynaście lat. Chłopcy i dziewczynki.

Gosia do nich dołącza.

I wtedy dowiadujemy się, że kiedyś grała w pierwszej lidze koszykarskiej.

Uwielbiam takie momenty na wyjazdach. Jedziesz z kimś kilka dni i nagle okazuje się, że ma za sobą kawałek życia, o którym nie miałeś pojęcia.

Gosia radzi sobie oczywiście dobrze.

Tylko że chińskie dzieciaki robią coś niepokojącego.

Rzucają.

Kosz.

Następny.

Kosz.

Kolejny.

Kosz.

Praktycznie bezbłędnie.

Szczęki nam opadają, więc zaczynają pojawiać się teorie obronne. Że może piłka mniejsza. Że kosz trochę inny. Że pewnie grawitacja w tej części Chin działa inaczej.

Na szczęście Kamil zarządza wyjazd, zanim całkowicie stracimy sportową godność.

I nagle pojawiają się Chiny z pocztówki

Daleko jednak nie ujeżdżamy.

Charles zatrzymuje nas już po chwili, bo za krzakami kryje się piękny kamienny most. Najprawdopodobniej Yongfeng Ancient Bridge, nazywany Małym Mostem Zhaozhou.

Oczywiście wszyscy natychmiast pędzimy robić zdjęcia.

Zmieniło się też coś jeszcze.

Są ludzie.

Dużo ludzi.

Dziś przypada Święto Środka Jesieni — Mid-Autumn Festival. Dzieci nie mają szkoły, wiele osób ma wolne i wreszcie zaczynamy widzieć Chiny, których spodziewaliśmy się od początku.

Ledwo wydostajemy się z miasta.

Jedziemy może pięć kilometrów na godzinę. Wszędzie piesi, skutery, tuk-tuki, samochody i ciężarówki. Każdy przemieszcza się w trochę innym kierunku, a mimo to jakoś to działa.

Obowiązuje chyba jedna zasada:

nie wolno się zawahać.

Moja siostra opowiadała mi dokładnie to samo po powrocie z Indii.

Jedziemy dalej i nagle…

ścieżka rowerowa.

Prawdziwa.

Wąska na tyle, żeby samochód się nie zmieścił, ale idealna dla dwóch rowerów.

Na twarzach pojawiają się banany.

A chwilę później banany robią się jeszcze większe.

Bo przed nami wyrastają góry.

Krasowe.

Zielone.

Dokładnie takie, jakie oglądałem wcześniej na zdjęciach z południowych Chin.

Później sprawdzam nazwę tego miejsca: Yingxi Peak Forest Corridor.

I napiszę to jeszcze raz, tak jak zapisałem sobie w notatkach:

NIESAMOWITE.

Nie patrz na telefon. Ale patrz na telefon

Jazda w takich okolicznościach przyrody okazuje się zaskakująco niebezpieczna.

Nie dlatego, że droga jest trudna.

Dlatego, że człowiek chce patrzeć na wszystko jednocześnie.

Na góry.

Na drogę.

Na telefon.

Znowu na góry.

Zrobić zdjęcie.

Nie wjechać w kolegę.

Zrobić jeszcze jedno zdjęcie.

Magic prawie zalicza wywrotkę.

Od tego momentu wszyscy zaczynamy uważać.

Trochę bardziej.

Nie bardzo bardziej.

Charles prowadzi nas do punktu widokowego. Z platformy roztacza się panorama na krasową dolinę i przez chwilę naprawdę nie wiadomo, w którą stronę patrzeć.

Wszyscy latają z telefonami.

Są zdjęcia.

Filmy.

Panoramy.

Selfie.

Jest też kawa.

I to okazuje się ważnym argumentem, żeby zostać trochę dłużej.

Odkrywam przy okazji, że część ludzkości naprawdę może funkcjonować bez wielu rzeczy.

Ale bez kawy nie.

Kontrasty

Jedziemy dalej.

Następny przystanek to miejsce związane z kultem przodków i buddyzmem. Religijna mapa Chin jest dla nas nadal trudna do rozszyfrowania. Wierni przynoszą dary, modlą się, odpalają bardzo głośne fajerwerki.

Trwa święto, więc jest tłoczno.

A kilkanaście metrów dalej stoją nowe Tesle i BYD-y.

Nie należą jednak do ludzi modlących się w świątyni. Oni przyjechali głównie skuterami, tuk-tukami, czasami rowerem.

Elektryczne samochody należą do młodych Chińczyków, którzy wybrali górę za świątynią na wspinaczkę.

Kolejny obrazek do mojej rosnącej kolekcji chińskich kontrastów.

Tradycja.

Fajerwerki.

Modlitwa.

Skuter.

Tesla.

Wspinaczka.

Wszystko obok siebie.

Akumulatory piękna

Ścieżka prowadzi dalej przez dolinę.

Po obu stronach pojawiają się plantacje bananów. Wielkie liście, soczysta zieleń i te dziwne czerwone kwiaty — albo coś, co wygląda jak kwiat.

Jest przepięknie.

I wtedy przychodzi mi do głowy taka myśl:

piękno jest dla duszy tym, czym prąd w gniazdku dla telefonu.

Tak to chyba działa przynajmniej u mnie.

Potrzebuję piękna.

Widoku gór.

Lasu.

Światła.

Wody.

Przestrzeni.

Może dlatego zachwyt nad pięknem jest czymś tak powszechnym. Człowiek patrzy na krajobraz i coś się w nim porządkuje. Nie trzeba tego nawet dobrze nazywać.

Wystarczy patrzeć.

Jadąc dzisiaj przez tę dolinę, ładuję moje akumulatory piękna do pełna.

Analogowcy nie odpuszczają

W końcu ścieżka się kończy i wyjeżdżamy na normalną drogę.

Jest sporo samochodów, więc trzeba uważać.

Pojawiają się też podjazdy.

I niektóre są naprawdę konkretne.

Zaczynam darzyć coraz większym szacunkiem naszych analogowców. My na elektrykach wyjeżdżamy pierwsi, ale oni pojawiają się na górze wcale nie tak długo po nas.

Szacun.

Ja wiem, że podjazd jest poważny, kiedy muszę zejść na najmniejszą przerzutkę i zwiększyć wspomaganie.

I przy okazji chciałbym raz na zawsze wyjaśnić jedną rzecz.

Jazda e-bikiem to nie jazda samochodem.

My też pedałujemy.

My też się męczymy.

Tylko… trochę inaczej.

Dzisiaj wszyscy mamy zresztą wspólnego przeciwnika.

Temperaturę.

Z nieba leje się żar. Asfalt oddaje ciepło. Mam wrażenie, że podeszwy butów zaczynają się topić.

Wypijamy cały wielki baniak wody przywieziony przez Szary Service Car.

Charles w pewnym momencie prowadzi nas do sklepu i oznajmia, że stawia napoje.

Nie trzeba powtarzać.

Chińczycy jeszcze nie zdecydowali

Lunch jemy w kolejnej lokalnej knajpce. Amap opisuje ją chyba jako coś w rodzaju wspólnotowej kuchni.

Jedzenie jest dobre.

Zaczynam jednak dochodzić do wniosku, że Chińczycy wciąż nie ustalili jednej obowiązującej wersji swoich potraw.

Za każdym razem dostajemy rzeczy podobne.

Ale nigdy takie same.

Inaczej przyprawione.

Inaczej pokrojone.

Inaczej przygotowane.

Zawsze pojawia się też jakaś lokalna specjalność.

I, co ciekawe, właśnie lokalne specjalności najczęściej wzbudzają najmniejszy entuzjazm naszej Wesołej Pol-Gromadki.

Może dlatego przez setki lat pozostały lokalne.

Pizza poradziła sobie lepiej.

Tzatziki też.

69 wystarczy

Przy lunchu zaczynają się negocjacje.

Ile jeszcze jedziemy?

Możemy skrócić trasę i część drogi pokonać Zielonym Smokiem.

Możemy też dokręcić pełne 80 kilometrów.

Opinie są podzielone. Kamil w końcu kapituluje i pozwala nam zdecydować indywidualnie. Możemy podzielić się na dwie grupy.

Problem rozwiązuje się sam na 69. kilometrze.

Charles zjeżdża w cień.

Zatrzymujemy się.

Patrzymy po sobie.

Nie ma już grupy twardzieli i grupy mięczaków.

Są tylko ludzie ugotowani przez chińskie słońce.

Wszyscy mamy dość.

Wtedy pojawia się wspólne żądanie:

woda.

Ale tym razem nie do picia.

Chcemy wejść do rzeki.

Charles łapie jakąś miejscową dziewczynkę i zaczyna ją wypytywać o dojście nad wodę. Dziewczę wygląda na lekko przerażone pojawieniem się całej delegacji spoconych Europejczyków, ale pokazuje coś na telefonie.

Jest nadzieja.

Jedziemy.

Antoni otwiera sezon kąpielowy

Trafiamy do bardzo ładnej małej miejscowości.

Są nawet murale i kolorowa ścieżka rowerowa — taka, jakie już znamy.

I wtedy pojawia się oczywiste pytanie:

To my przez tyle czasu jechaliśmy tą ruchliwą drogą?!

Ale jest też rzeka.

I miejsce, w którym można bezpiecznie zejść do wody.

Antoni, nasz anestezjolog, wchodzi pierwszy.

Antoni cieszy się u Kamila dużym autorytetem, więc protest organizatora jest stosunkowo umiarkowany.

Potem do wody wskakuje Magic.

Jeszcze ktoś.

Ja długo nie potrzebuję namawiania. Zrzucam ubranie i w spodenkach rowerowych wchodzę do rzeki.

Woda jest ciepła, ale po tych kilometrach i tym upale działa jak najlepszy wynalazek ludzkości.

Nurt okazuje się całkiem mocny, więc trzeba uważać.

Siedzimy trochę w wodzie, a Kamil stoi na brzegu i coraz bardziej stanowczo sugeruje, że już wystarczy.

W końcu patrzy na nas i mówi:

— To chyba pierwszy raz, kiedy żałuję, że nie założyłem majtek.

Rozumiem go doskonale.

Kąpiel była genialna.

Fajerwerki dla delegacji

Wracamy do Zielonego Smoka.

Do Yangshan zostaje mniej więcej czterdzieści pięć minut. Nasz hotel stoi w centrum miasta, pokoje dostajemy na siódmym piętrze. Z jednej strony mamy piękny widok na rzekę i miasto.

Teraz zaczyna się operacja pranie.

Dzielimy się na grupy, upychamy rzeczy do pralek i kombinujemy logistycznie tak, żeby każdy zdążył przed wieczorem.

Kolacja jest trochę wcześniej, bo dzisiaj trwa Święto Środka Jesieni.

Wychodzimy przed hotel.

I dokładnie w tym momencie ktoś ustawia na parkingu skrzynię z fajerwerkami.

Rakiety lecą jedna za drugą.

Tuż przed nami.

Stajemy więc wszyscy grzecznie przed wejściem i przez chwilę wyglądamy jak zagraniczna delegacja, dla której władze Yangshan przygotowały specjalny pokaz powitalny.

Nikt nam tego oczywiście nie powiedział.

Ale po co psuć sobie historię.

Stół przestaje wystarczać

Kolację jemy w ogromnej sali.

Mamy oczywiście wielkie, okrągłe stoły.

Kelnerzy zaczynają przynosić dania.

I nie przestają.

W pewnym momencie na stole nie ma już miejsca. Talerze zaczynają lądować jeden na drugim.

Nie jesteśmy w stanie nadążyć.

Znowu jest podobnie jak wcześniej.

Ale inaczej.

Tym razem pojawia się znacznie więcej słodkich smaków.

Dostajemy między innymi słodką zupę z dziwnymi kulkami. Te ze zdjęcia wyglądają jak tangyuan. Są też kolejne rzeczy, których nazwy nie znam i na razie nawet nie próbuję zgadywać.

Mnie właściwie wszystko smakuje.

Daję 9/10.

Głównie właśnie za słodkie rzeczy.

Wygląda na to, że Chińczycy jednak jedzą słodko.

Tylko niekoniecznie na śniadanie.

Miasto budzi się po zmroku

Normalny człowiek po takim dniu wróciłby do pokoju.

My mamy jednak pranie w pralce.

Jest więc czas, żeby wyjść na miasto.

Idę z Gosią i Jolą.

I bardzo szybko odkrywam, że spacer z Gosią po chińskim mieście jest atrakcją turystyczną samą w sobie.

Dla nas.

I dla Chińczyków.

Gosia jest bardzo wysoka.

Chińczycy raczej nie.

Idziemy ulicą i obserwujemy, jak kolejne osoby unoszą głowy.

Trochę.

Jeszcze trochę.

Jeszcze wyżej.

Niektórzy proszą o zdjęcia.

Najchętniej dzieciaki, ale nie tylko.

To jest przemiłe, trochę surrealistyczne i bardzo zabawne.

Kamil nas wcześniej ostrzegał, że może się tak zdarzyć.

Zaczynam nawet podejrzewać, że jesteśmy dziś jedynymi Europejczykami w całym Yangshan.

Wreszcie tłum

A samo miasto?

Kompletnie inne niż rano.

Ulice są pełne ludzi.

Pełne.

Wreszcie wygląda to tak, jak Chiny z filmów i reportaży.

Stragany.

Restauracje.

Sklepy otwarte do późna.

Jedzenie przygotowywane przy ulicy.

Słodkie.

Słone.

Mnóstwo mięsa.

Zapachy.

Kolory.

Światła.

Wszystko miga, świeci i próbuje zwrócić na siebie uwagę.

Hałas.

Rozmowy.

Ruch.

Przypominają mi się filmy przyrodnicze Davida Attenborough, w których pustynia przez miesiące wygląda na martwą, a potem spada deszcz i nagle wszystko ożywa.

Dokładnie tak czuję się tutaj.

Jeszcze wczoraj pytaliśmy:

Gdzie jest ten miliard ludzi?

No to chyba znaleźliśmy część.

Jola negocjuje

Wchodzimy do sklepu z odzieżą sportową.

Nowoczesny.

Ładny.

Logo wygląda trochę tak, jakby Nike miało dalekiego chińskiego kuzyna.

Szukam prezentu dla Mateusza i może jeszcze czegoś dla siebie.

Obsługa?

Pięć pań.

Angielski?

Zero.

Ani słowa.

Próbujemy tłumacza.

Też nie bardzo.

Jedna z pań pokazuje mi chińskie znaki na ekranie i mówi do mnie bardzo wolno i spokojnie.

Doceniam wysiłek.

Ale niestety wolno wypowiedziane słowa, których kompletnie nie rozumiem, nadal są słowami, których kompletnie nie rozumiem.

Na szczęście mamy Jolę.

Jola przejmuje negocjacje.

Pokazuje.

Liczy.

Wskazuje ceny na metkach.

Komunikacja zaczyna działać.

Transakcja zamknięta.

Możemy iść dalej.

Full charge

Przed hotelem siedzi część Wesołej Pol-Gromadki.

Piją coś dobrego.

Przysiadam się na chwilę.

Śmiejemy się z rzeczy ważnych i kompletnie nieważnych. Takie rozmowy chyba zaczynają być jednym ze stałych punktów naszej wyprawy.

Ale w końcu mówię sobie po angielsku:

I’m calling it a night.

Uciekam do pokoju.

Trzeba jeszcze ogarnąć pranie.

Zdjęcia.

Relację.

Dzisiaj było wszystko: poranny pusty chodnik, dzieciaki trafiające bezbłędnie do kosza, krasowe góry, podjazdy, pot, kąpiel w rzece, fajerwerki, kolacja, tłum ludzi i wieczorne Yangshan.

Dużo jak na jeden dzień.

Ale najbardziej zostaje ze mną widok tej doliny.

Bo chyba dobrze sobie to dzisiaj nazwałem.

Piękno naprawdę ładuje.

Akumulatory piękna: 100 procent.

Akumulator snu?

O nim lepiej nie rozmawiajmy