Czarnogóra i Albania – dzień 1

Są ludzie, którzy na wakacje kupują wycieczkę w biurze podróży, inni jadą na działkę pogrzebać w ziemi, jeszcze inni zostają w domu by poczytać wciągającą powieść. Ja nie, nie jestem żadnym z tych ludzi. Ja mam jakiś błąd w oprogramowaniu, bo wybieram zawsze najtrudniejszą opcję.
Tym razem jadę jako „safety car driver” po Czarnogórze i Albanii. Mamy aż czterech rajderów, dlatego musieliśmy pojechać olbrzymim vanem z przyczepką. Dwa motocykle były w środku, dwa na zewnątrz. Bagażnik pełen kasków, butów motocyklowych, zapasowych opon, kanistrów z benzyną i wodą, narzędzi. Jest też Królowa Elżbieta, oczywiście, i mój cały sprzęt fotograficzny razem z dronem. Jesteśmy zapakowani po kokardę.
Start z Pluzine w Czarnogórze. Tyle, że to ponad 16 godzin drogi z Warszawy. Od piątku jedenastej do soboty rano. To była trudna podróż, nie będę ukrywał. O komforcie i wygodzie trzeba było zapomnieć. Na szczęście obyło się bez żadnych przykrych przygód. Dotarliśmy na miejsce dokładnie o 9 rano To się nazywa dobre planownie!
Pluzine i Kanion rzeki Tara to jedno z moich ulubionych miejsc w Europie. Już tu byłem. Trzy lata temu. Z podobną ekipą. To miejsce jest urzekające. Widokowa droga przez ponad 50 wykutych w skale tuneli. W dole wije się rzeka Tara. Dzisiaj jej poziom jest niski. Nie tak niski, jak wody w Wiśle, na szczęście.
Ekipa szybko rozkłada swój sprzęt, sprawdza ciśnienie w oponach, uruchamia mapę na telefonie, kamerki GoPro i jadą. Nagrywam ich odjazd i sam też się zabieram. Zadanie numer 1: oddać przyczepkę do miasta Bar. Tyle, że to jest po drugiej stronie kraju. Muszę zjechać z gór, przejechać z północy na południe przez całą Czarnogórę. Kolejne godziny za kierownicą.
Droga jest piekna, wije się górami, raz wjeżdżam w chmury, raz z nich wyjeżdżam. Już nie wiem, czy to mgła, czy deszcz. W końcu słońce zwycięża. Przejaśnia się. Robi się nawet całkiem gorąco. Południowa Czarnogóra do złudzenia przypomina Chorwację kilkanaście lat temu. Podobny układ miejscowości, kamieniste plaże, wąskie uliczki.
Jadąc z przyczepką lepiej nie wjeżdżać w jednokierunkowe ulice. Niestety, tę prostą prawdę musiał poznać na swoim błędzie. Wtryniłem się w małą uliczkę i się okazało, że właściwa była 10 metrów dalej. I weź tu wycofaj vana z przyczepką, jak ledwo się nim mieszczę między budynkami. Odpuszczam. Odpinam przyczepkę i ostrożnie sprowadzam ją w dół. Jak mi się urwie, to będzie z tego jakiś viralowy filmik z serii „Big Stipud Fails”. Udało się, uff. Ludzie się na mnie gapią, jak na wariata, ale ja sobie myślę: „I tak tu nie wrócę, więc możecie sobie myśleć co chcecie”.
W końcu udaje mi się oddać przyczepką do Pana Zbyszka. To znajomy znajomego znajomego, więc nie liczę na zbyt długą interakcję. Ale Pan Zbyszek nalega, żebym wszedł do niego i chwilę porozmawiał. Okazało się, że chciał się pochwalić instalacją do destylacji. Tak, Pan Zbyszek ze swoim przyjacielem zajmują swój czas na emeryturze destylacją. Robią wino i, oczywiście, rakiję. Nie mogłem jej, niestety, spróbować, bo jeszcze musiałem tego dnia prowadzić, ale umówiliśmy się na sobotę. Już liczę dni.
Fajna ta Czarnogóra. Ma piękne góry, ciepłe może, ładne plaże, choć to nie jest nasz bałtycki piasek. Są ładne drogi – tam gdzie już są, w każdym razie. Ludzie mówią po angielsku. Jedzenie jest OK, ale nie wiedzą jak się robi sałatkę ze świeżymi owocami. Wybaczę im to.
To był trudny dzień, nawet dwa dni, które się całkowicie zlały w jeden BARDZO długi dzień.