Albania – dzień 2

Małe uzupełnienie wczorajszego dnia, żeby mi nie uciekło. Droga z Montoszewo do Andrijavica. Jest już bliżej wieczora. Zjeżdżam z autostrady i widzę znak. Uwaga, droga w budowie, wyboje. Nie mam wyjścia. Wjeżdżam pod górę. Okazało się, że to była jedna z najbardziej malowniczych dróg, jakimi kiedykolwiek jechałem. Zdecydowanie wolałbym nią jechać rowerem lub ewentualnie mniejszym samochodem, ale nasz Bus daje radę, tyle, że za każdym razem, jak z naprzeciwka jadą motocykliści to widzę przerażenie w ich oczach, że muszą mnie ominąć. Co jest z tymi zakrętami, że tak mnie kręcą? I te widoki, że tak urzekają?
Dzień kończymy wieczorną kolacją w jednej z knajpek. Obsługuje nas gość, który totalnie nie ogarnia tematu, w ogóle. Ledwo nam się udaje zamówić. Do końca nie wiemy co nam przyniesie. Ostatecznie myli się nawet w podliczeniu rachunku i goni nas potem po mieście, bo nie doliczył wina. Uśmialiśmy się totalnie.

Dzień drugi.

Na śniadanie musimy się stawić już o 7:30. Nie ma opcji ani przedziału. 7:30 albo nie jesz. Wszyscy grzecznie przychodzimy, bo w brzuchach nam burczy. Jak na taki wielki hotel, w którym jesteśmy, to jedzenia jest bardzo mało. Największą popularnością cieszą się jajo-chlebki. Biorę trzy, bo to moje ulubione danie na śniadanie. Przychodzi Jakub i jak widzi, że już wszystkie chlebki wyszły, to podbiera mi jeden mówiąc, że to dla mojego zdrowia. Generalnie, widzę, że przyjęliśmy konwencję radykalnej szczerości. nie ma chwili, żeby ktoś nie powiedział czegoś zabawnego. Zrywamy boki non stop.
Opuszczamy hotel o 9:00. Kuba nas ostro musztruje. I dobrze, bo towarzystwo ma tendencję do rozwlekłości. Tu kawka, tu pogadać trzeba, tu kask wyczyścić, łańcuch nasmarować, etc. Trasa wzywa. Zostawiamy Czarnogórę i meldujemy się w Albanii. Malutki posterunek graniczny. W sumie mała chatka z jednym strażnikiem granicznym. Same motocykle i mój wielki Bus. Odprawa idzie gładko, nawet nie musimy pokazywać naszych specjalnych pozwoleń i międzynarodowych praw jazdy.
Albania wita nas pięknym wodospadem z jakimiś starymi zabudowaniami. Prawdziwy rwący górski potok huczy pięknie błękitną wodą. Rozbija się o białe skały i niknie w głębokim jarze. Nad nim wąski most, taki drewniany. Wszystko w scenerii wysokich postrzępionych szczytów albańskich alp i bujnej roślinności. Tutaj jeszcze jest lato. Wszystko jest zielone. Na jesienne kolory trzeba jeszcze poczekać.
Mam około 4h do celu, ale zajmuje mi to cały dzień, bo co chwila, naprawdę, co kilka minut zatrzymuję się na foto przystanki. Latam dronem, robię zdjęcia, chłonę te piękne, dzikie krajobrazy. Prawie wcale nie ma tutaj ludzi ani zabudowań. Są góry, lasy, potoki i wijąca się droga.
A po niej śmigają lokalne Mercedesy. Jak Serbia stała Golfami, tak w Albanii królują Mercedesy. Stare, młode, każdego koloru i wielkości. To niesamowite. Jakby to był jakiś film promocyjny Mercedesa. Przejeżdżam przez małą wioskę. Mała kawiarnia przy drodze. Na tarasie siedzi czterech gości. Przed budynkiem stoi Golf i trzy Mercedesy. Taki widoczek mijam tu co chwila.
Zupełnie przez przypadek zatrzymuję się w wiosce Tamare. Okazuje się, że to jedna z popularnych atrakcji. Każdy dom jest zbudowany w ten sam sposób i z tego samego materiału. Wygląda jak Roblox na żywo. Ślicznie to wygląda. Jem tutaj lunch, który kosztuje mnie więcej niż się spodziewałem (75 pln za posiłek bez drugiego dania). Wynagradzają mi to widoki i poczucie, że jestem w prawdziwej podróży. Albania. Tak daleko od Polski już dawno nie byłem.
Idę się przejść po tej wiosce. Z jednej restauracji dobiega muzyka, jakiś lokalny albański pop. Jest głośno. Podchodzę, a tam długi stół, a przy nim z 50-u mężczyzn. Sami faceci. Głównie młodzi. Jedynie na szczycie stołu siedzi jeden starszy gość. Przed restauracją stoją same niezłe fury, oczywiście głównie Mercedesy. Nic jak jakiś zlot lokalnego kółka miłośników układania puzzli. Nagrywam ich z ukrycia. Potem się śmiejemy, że jakby się zorientowali co robię, to ekipa by straciła i busa i swojego safety car driver’a. Przepadłbym zapewne bez wieści i tyle by mnie świat widział.
Jadę dalej. Trafiam na wjazd na przełęcz. Kilkanaście ostrych zakrętów i nachylenie 10%. Pnę się w górę. Mój Bus trochę jęczy, ale daje radę. Na górze wita mnie piękny widok na panoramę doliny i gór po drugiej stronie. Jest tam też food-truck. Jest cały oblepiony naklejkami. Szkoda, że my nie mamy swoich naklejek – może to pomysł na następne wyprawy? Leci albańska muzyka. Goście piją piwo i głośno się z czegoś śmieją. Podróżni zatrzymują się na chwilę i podziwiają widoki. Kupuję tutaj magnes do naszej kolekcji.
Na górze jest płaskowyż. Do tej pory znałem tę nazwę jedynie z lekcji geografii. Jeszcze chyba nigdy nie byłem na tak wysokim płaskowyżu. Ogromna płaska przestrzeń. Małe kępki drzew i mnóstwo owiec i kóz. I domy! Ale jakie domy! W Albanii, ze wszystkich krajów południowej Europy, które dotąd odwiedziłem, są najpiękniejsze domy. Totalne zdziwienie. Zupełnie inaczej sobie tę Albanię wyobrażałem.
Powoli zjeżdżam w dół w stronę jeziora Skaderskiego. Zatrzymuję się, żeby zrobić zdjęcia wyjątkowo pięknego domu. Po drugiej stronie ulicy widzę napis „Muzeum”. Nie mam pojęcia czego to jest muzeum, ale idę to sprawdzić. Adrianna, przewodniczka, oprowadza mnie po najstarszym domu w tym rejonie. Dokumentuje on historię tych ziem, i jej mieszkańców. Są manekiny ubrane w lokalne stroje, instrumenty muzyczne, wyposażenie kuchni, nawet egzemplarze starej broni. Adrianna opowiada mi historię Albanii, która wcale nie różni się od polskiej. Wojny, wojny i najeźdźcy. To była bardzo ciekawa rozmowa. Wiele się dowiedziałem i zrozumiałem. Wciąż pozostaje jednak zagadką, dlaczego oni tak lubią Mercedesy.
Czas mnie zaczyna gonić, więc rezygnuję z kilku mega pięknych miejsc na foto-przystanki. Wczoraj rajderzy wrócili przede mną, a ja mam cały ich sprzęt i ubrania. Lepiej, żebym wrócił przed nimi.
Ostatnie 50km drogi do Koman to istna mordęga. Droga bez drogi. Zerwany asfalt, prowizoryczne mosty wąskie jak talia anorektyka. Busem trzęsie niemiłosiernie. Wszystko podskakuje w środku, jakby to był jakiś statek na morzu w środku sztormu. I tak kilometr za kilometrem. Z naprzeciwka sznur samochodów. Nawet wielkie wycieczkowe autokary. Jak oni to robią to nie wiem, ale mechanicy samochodowi to tu chyba mają ręce pełne roboty.
Po drodze mijam dzielnych rowerzystów. Z sakwami wspinają się po tych wertebach. Szczerze ich podziwiam. Ale wiem, czemu to robią, bo na końcu czeka ich prawdziwa uczta … ale o tym w następnej relacji.
Przyjeżdżam do Domus Komanesse trochę po 18:00. Wita mnie przemiła Pani gospodyni, Entela. Świetnie mówi po angielsku, jak większość Albańczyków. Jest nauczycielką geografii. Wykłada na uniwersytecie. Prowadzą z mężem mały guesthouse w miejscowości Koman.
My zajęliśmy apartament na parterze. Przed domem jest nawet basen, i to całkiem niezły. Głęboki na ponad dwa metry. Tylko ja i Kuba wchodzimy do wody, inni tchórzą, bo woda jest dosyć zimna. Pani gospodyni przygotowuje dla nas kolację. Makaron z krewetkami. Do tego jakieś lokalne sałatki i wino, dużo pysznego białego wina.
Zamykamy ten dzień nieustającymi salwami śmiechu z historii tego dnia i innych wypraw. Zmęczenie wygrywa z emocjami dopiero przed północą.