Albania – Koman, Prom po rzece Drin. Rubin.

Żegnamy Entalę i jej gościnny dom

Nasza Panie gospodyni, Entala zaskoczyła nas poziomem swojej gościnności. Nawet nazywała mnie „bratem” co było szczególnie miłe. Dodatkowo bardzo jej się spodobał Kuba. Non stop coś od niego chciała.Ola tylko stała z boku i robiła miny. Entala opowiedziała nam historię jak wybrała swojego męża. Głównym kryterium był wzrost. W tym obszarze Kuba jest w ścisłej czołówce.
Załatwiła nam rezerwację promu, co okazało się super pomysłem, chociaż mega kosztownym z uwagi na gabaryty naszego Busa. Kapitan był jej dobrym przyjacielem. Nie zdziwi was zapewne fakt, że okazał się bardzo postawnym mężczyzną.

Promem wzdłuż rzeki Drin

Jeszcze nigdy nie płynąłem promem wzdłuż rzeki. Z definicji prom ma cię przewieźć z jednego brzegu na drugi, a tutaj jest prom, który płynie ponad dwie godziny przeciskając się przez kanion rzeki Drin. Zaczynamy w Koman a płyniemy do Fierze. Co chwila zakręcamy w kolejny piękny fiord. Po obu stronach piętrzą się wysokie góry, a nad nimi wystają jeszcze wyższe, pokryte śniegiem szczyty. Widok jest niesamowity. Pasażerowie walczą o najlepszą miejscówkę do zrobienia zdjęć.
Wieje. Ale tak konkretnie. Dziewczyny próbuję sobie robić selfie, ale wiatr im totalnie rujnuje fryzury. I tak się dowiedziałem, że w albańskim słowo „fryzura” to … „fryzura”. Zaskoczyło mnie to, bo oznacza to, że mamy może więcej wspólnego niż tylko to jedno słowo.
Trzeba przy tym zauważyć, że albański jest trudny. „Dziękuję” to „falenminderit”.
Zrobiłem tyle zdjęć, że mi się w końcu wyczerpała bateria w aparacie! Jakimś ostanim wolnym elektronem udało mi się zrobić z daleka zdjęcie portu w Fierze.
Ładowanie urządzeń podczas takiej wyprawy to jest osobny temat. Kilkanaście kabli i różnych ładowarek. Rozgałęziacz to konieczność. O niczym nie można zapomnieć, bo potem zostaje człowiekowi tylko na to patrzeć i próbować zapamiętać oczami.
Co za świetny pomysł z tym promem! Jak tu kiedyś wrócę, to przepłynę się tą małą łodzią, a nie tym wielkim powolnym promem cargo. Jest też inne miejsce do którego te małe łodzie płyną. Lokalnie nazywa się to miejsce „Albeńską Tajlandią”. Brzmi zachęcająco, co nie?

Droga z Fierze do Miliska

Pozycja mojej ukochanej rzeki Tary jest od wczoraj zagrożona. Mocną konkurencją jest dla niej właśnie rzeka Drin. Są na niej dwie wielkie tamy. Między nimi woda jest mocno spiętrzona i dlatego mogą tam pływać promy. Nad Fierze jest jeszcze ciekawiej. Tutaj Drin rozlewa się do kilkunastu fiordów, sama wijąc się wśród gór. Droga, która prowadzi z Fierze do Miliska wiedzie południowym zboczem, tuż przy szczycie. Jest tak widowiskowa, że brak mi słów.

Spalony las

Po raz pierwszy widzę też efekt pożaru lasu. Całkowicie spaloną ziemię i kikuty drzew. Nawet jeszcze trochę pachniało taką spalenizną. Nie były to duże połacie, ale wrażenie robi to niezwykłe i raczej groźne. Jeszcze bardziej niezwykłe jest to, że taki las potrafi się podnieść ze zgliszczy jak feniks.
Lunch w Hotelu Aplina
Śniadanie wystarczyło mi do dwunastej. Nie było tego jedzenia za dużo. Tyle, że tutaj nie ma za bardzo gdzie zjeść. Do 13:00 byłem na promie, potem ta droga wzdłuż kanionu. Już byłem naprawdę głodny, gdy zobaczyłem znak na Hotel Alpin. Uff. Samo miejsce piękne. Samotny hotel ukryty wśród drzew. Śliczna restauracja ze stolikami na zewnątrz. I do tego szybki internet. Szkoda tylko, że jedzenie marne. Zamówiłem tradycyjną zupę albańską Tasqebab, czyli w sumie zupę gulaszową i sałatkę. Zupa była raczej kiepska, a sałatka to był jeden pomidor i pół ogórka. Bez szału. Kosztowało mnie to 10 euro. Za tyle to w Warszawie można zjeść porządny lunch prawie wszędzie. Tyle z tego taniego, obfitego jedzenia w Albanii, o którym tyle słyszałem.

Kwestia pieniędzy i płatności kartą

Dodatkowo, jest też kwestia pieniędzy. Walczyłem jak lew, żeby nie musieć płacić gotówką, ale tutaj nie znają generalnie terminali. Nawet w tym wypasionym górskim hotelu nie mieli możliwości płatności kartą. Dałem gościowi banknot 50 euro a on mi wydał te ich laki. I co ja z tym teraz zrobię? Jadę jutro do Tirany. Spróbuję to wydać na jakieś prezenty, magnesy czy jedzenie. Łatwo się przyzwyczaić do dobrego, tyle wam powiem w temacie płatności bezgotówkowych.
Ścigam zachodzące Słońce
Najfajniejszą przygodą tego dnia nie był nawet spływ promem, czy droga po zboczu kanionu, a ściganie Słońca. Dzień już się chylił ku końcowi, a ja wciąż jechałem. Słońce schowało się za szczytami po drugiej stronie doliny, którą jechałem. Już myślałem, że go tego dnia więcej nie zobaczę.
Słońce można ścigać na dwa sposoby. Można szybko jechać na zachód i liczyć się prześcignie obrót Ziemi. Można też jechać w górę. I ten sposób ja wykorzystałem. Akurat droga zaczęła się ostro piąć w górę. 10% nachylenia i więcej. Serpentyna zwinięta jak lina cumownicza. Mój Bus dzielnie walczy na drugim biegu, czasami nawet na jedynce. Po kilku minutach udało mi się. Wjechałem tak wysoko, że Słońce wciąż, choć ledwie, wychylało się zza szczytu. To był magiczny moment.
Droga śmierci – 25 mogił
Z tymi drogami to w sumie jest trudny temat. Naliczyłem wczoraj 25 mogił po drodze. Trochę ponad 100km drogi i aż tyle śmierci. Głównie pojedyncze zdjęcia zmarłych podróżnych, głównie młodych chłopaków, czasami całe grupy czy rodziny.
W Polsce mamy kapliczki, a oni mają tu te mogiły. Pewnie trochę ku przestrodze, a trochę ku pamięci. Droga śmierci. Dziś warunki były super, ale potrafię sobie wyobrazić, że gdy jest ciemno, albo mokro, albo to i to, o wypadek nie trudno.
Jednego kandydata na mogiłę spotkałem. Zasuwał starym jak świat Golfem, takim kanciastym. Czarny dym leciał mu z rury wydechowej jak zmieniał biegi. Wyprzedził mnie na zakręcie zahaczając lewym kołem o krawędź drogi. Ledwo mu się udało opanować ten samochód. W mgnieniu oka zniknął mi z oczu.

Most linowy kontra strach

Zupełnie przez przypadek zatrzymałem się na krótką przerwę obok starego, rozpadającego się wiszącego pieszego mostu. Poleciałem obejrzeć go z drona, po czym wybrałem się pieszo, żeby go przejść. Nie jestem znany z odwagi, jeśli chodzi o wysokość. Moja siostra do dzisiaj zrywa boki z historii z parku linowego.
Tym razem uzbroiłem się w odwagę, kamerę GoPro i aparat. Jak spadnę, to będzie chociaż z tego ciekawy filmik na YouTube’ie.
Most rzeczywiście ledwie się trzymał. Liny były mocno zardzewiałe, deski skrzypiały pod moimi butami. Widać było rzekę w dole w dziurach po brakujących elementach. Adranalinka mi skoczyła, ale wtedy pomyślałem, że dla mnie to przygoda, a zapewne dla kogoś, kto tu mieszka jest to normalna codzienność. Pewnie dzieci chodzą tędy na przystanek autobusowy, albo do sklepu po zakupy.
Wszystko jest kwestią perspektywy.

Rubik w Rubinie, czyli albańska gościnność

Kończymy ten dzień pyszną, i na szczęście obfitą, kolacją w mieście Rubin, a hotelu Rubik. Jesteśmy chyba jedynymi gośćmi tego całkiem sporego i nowego hotelu. Właściciel i kucharka uwijają się, żeby dla nas przygotować serię lokalnych dań. Napychamy się ze smakiem popijając białe wino i opowiadając historyjki z tego dnia. Robi się z tego taka wyprawowa tradycja.