Albania – Tirana
Dzisiaj było trochę inaczej.
Po wypasionym śniadaniu w Rubiku ekipa wyruszyła zdobywać kolejny etap Adventure Country Track. Ja miałem jeszcze trochę czasu na ogarnięcie zdjęć, sprawdzenie czy mam naładowaną baterię w aparacie – mogę nie mieć co jeść i pić, ale bateria w aparacie musi być.
Dostałem zlecenie na zrobienie zakupów. Wcale nie jest to takie proste, bo znalezienie jakiegoś konkretnego sklepu z szerokim asortymentem graniczy tu z cudem. W końcu, na obrzeżach Tirany znalazłem coś, co ma przypominać warszawskie galerie handlowe. Duży parking, więc mogłem swobodnie manewrować moim wielkim Busem, co dla mnie jest dużą korzyścią, bo już trochę jestem zmęczony tym prowadzeniem.
W środku wieje pustkami. Większość przestrzeni handlowej nie jest wykorzystana, a te które są, wyglądają na umierające. Wszędzie naklejki, „wyprzedaż”, „likwidacja”. Ludzi to chyba więcej jest na pustyni niż tutaj.
Na szczęście jest tu supermarket. Biorę koszyk i odhaczam pozycje z listy: 4 butelki wina, 5 piw, etc, takie tam rzeczy do codziennego użytku, bez których życie nie ma sensu.
Zaskakuje mnie, że nie ma prawie wcale lokalnych produktów. W dziale serów to przez chwilę mam wrażenie, że jestem w Polsce. Mnóstwo tych samych produktów, co u nas. Szukałem jakichś lokalnych serów, czy coś, ale bez szans. Za to dużo jedzenia z Włoch i chyba z Niemiec.
Po zakupach zabieram się za mycie szyb w Busie. Są juk brudne, że ledwo coś przez nie widzę. Uzbrojony w papierowe ręczniki i płyn do mycia szyb walczę z nimi dobre 45 minut w totalnym skwarze na środku parkingu przy centrum handlowym. Musze wyglądać, jak jakiś wariat. Wszyscy rozsądni ludzie chowają się do cienia, przemykają przez osłonecznioną część migiem, a ten gość w koszuli z długim rękawem wywija jakieś manewry wokół tego wielkiego samochodu.
Przednia szyba Busa jest taka wielka, że przydałaby mi się drabina, żeby pozbyć się ciał wszystkich zabitych przez nas insektów. Istne cmentarzysko się z tego zrobiło. Ale temat ogarnięty. Trochę milej mi się będzie jechało!
Czas na Tiranę. Mój przyjaciel polecił mi to miasto, więc jechałem z wysokimi oczekiwaniami. I w sumie się nie zawiodłem. Tirana jest totalnie inna niż Warszawa. Tutaj wszystko wygląda jak składniki sałatki w Termomiksie ustawionym na maksymalną prędkość. Chaos, hałas, harmider. Ulice zapchane pojazdami wszelkich rozmiarów i typów. Kilku nawet nie rozpoznaję. Prawo jazdy tutaj to chyba dostaję się od dziadków w prezencie na komunię, czy coś. Oni zupełnie nie trzymają się zasad ruchu drogowego. Jechałem za gościem, który w pewnej chwili zdecydował, że jednak bardziej mu pasuje jechać pod prąd na szerokiej, dwupasmowej drodze szybkiego ruchu. Szok!
Czym prędzej znalazłem miejsce do zaparkowania Busa, w pobliżu zjazdu z autostrady. Nie miałem ani odwagi, ani siły pchać się nim głębiej w to miasto.
Tirana ma jeden wielki park, a ja uwielbiam parki. Wychowany przy Polach Mokotowskich bardzo cenię sobie takie przestrzenie. Mówią one sporo o mieszkańcach, tak mi się wydaje. Tirane Lake Park jest olbrzymi. Główną atrakcją jest oczywiście wielkie jezioro, chyba sztucznie zrobione, bo jeden z brzegów jest sporo powyżej poziomu ulicy. Sam park ma ścieżkę do spacerowania, ścieżkę do biegania ze specjalną nawierzchnią i dedykowaną ścieżkę asfaltową dla rowerów. Wygląda to bardzo ładnie. Jest sporo miejsc do odpoczynku, kawiarnie, ławeczki, miejsca na grilla.
Spędzam tam półtorej godziny jeżdżąc sobie po tych ścieżkach rowerem. Tak, w końcu wyciągnąłem Królową Elżbietę z Busa. Cała zakurzona, pozostawiona sama sobie przez tyle dni, wyglądała marnie. Ale kilka chwil ze szmatką i płynem doprowadziło ją do stanu używalności. Jakżeż ja lubię jeździć na rowerze! Rower, szczególnie elektryczny, ma, moim zdaniem, najlepszy współczynnik wysiłku do prędkości i możliwości dotarcia prawie wszędzie. Bardzo się ta cecha przydała tutaj, bo Tirana jest położona na wzgórzach. Spacer po niej to byłaby męczarnia, jeżdżenie Busem nie do wykonania. Jedynie rower tu się sprawdza.
Tirana zdała też test na dopompowanie opony. Mam taką małą tradycję. Zajeżdzam do przypadkowego wulkanizatora, albo mechanika samochodowego i pytam, czy mogę dopompować oponę. To tkai papierek lakmusowy życzliwości społeczności, którą odwiedzam. Albania ten test zdała. Pan mi pomógł, mówił po angielsku i nawet pomógł mi jak dojechać pod pomnik na wzgórzu.
Odwiedziłem „Varrezat e Dëshmorëve të Kombit”. Ten pomnik wygląda imponująco. To, w sumie, cmentarz męczenników narodu albańskiego. Pomnik „Nënë Shqipëri” (Matka Albania), symbolizuje kraj jako matkę strzegącą wiecznego snu tych, którzy oddali życie za ojczyznę. Tak jak pisałem, historia Albanii aż tak się nie różni od historii Polski. Podobny poziom patriotyzmu, waleczności i ofiraności.
Potem jadę na największy plac w Tiranie, Skanderberg. Akurat się spóźniłem. Właśnie składano elementy jakiejś wielkiej sceny. Z rozmowy z siostrami z albańskiego zboru dowiedziałem się, że przez ostatnich kilka dni był tutaj festyn. Ech, co za pech.
Sam plac ładny, z kolejnym ważnym pomnikiem. Tym razem to ważny gość na koniu. Już o nim słyszałem od Adrianny, przewodniczki z muzeum w Hot. Przedstawia Gjergja Kastriotiego Skanderbega – narodowego bohatera Albanii, co nie jest w tym miejscu chyba wielką niespodzianką.
Krótka historyjka: kiedy Skanderbeg był młody, jako zakładnik wychowywał się na dworze osmańskim. Tam uczył się wojskowości i szybko został jednym z najlepszych dowódców sułtana. Ale w sercu nigdy nie zapomniał, że jest Albańczykiem.
W 1443 roku, podczas bitwy pod Nišem, Skanderbeg zamiast walczyć dla Turków, ze swoją drużyną przeszedł na stronę chrześcijan. Wrócił do Albanii, zdobył zamek w Kruji i tam wywiesił swój sztandar – czarnego orła na czerwonym tle. Ten orzeł stał się później symbolem Albanii, widocznym do dziś na fladze, których powiewa tutaj sporo po drodze.
Rozsiadam się wygodnie z przemiłej małej restauracji. Zamawiam sobie lunch, który, choć smaczny, okazuję się mega drogi (98 pln). Siedzę na tarasie na pierwszym piętrze. Mogę swobodnie przyglądać się ludziom na ulicy i w samochodach. W samej restauracji też jest spory ruch. Nie ma tu wiele stolików, ale wszystkie są zajęte. Ciekawi mnie to, że dziewczyny siedzą w swojej grupie, a chłopaki w swojej. Mężczyźni w Albanii wyglądają na surowych, twardych, z lekka przygnębionych czymś ludzi. Dziewczyny są bardziej otwarte, chętniej się uśmiechają, żywiołowo rozmawiają. Chłopaki mają swoje rytuały. Powitanie specjalnym gestem, lider dostaje najlepsze miejsce przy stole. Do tego jest sporo rodziców z nastoletnimi dziećmi. Tata z córką, mama z dwoma dziewczynkami. Przyszli zjeść lunch i spędzić trochę czasu razem. Oczywiście, jak wszędzie na świecie, przeszkadza im w tym telefon. Każde z nich kładzie go przed sobą i często sprawdza notyfikacje, lub, jak ten tata, otwarcie coś tam w nim ogląda podczas jedzenia. Masakra.
Kuba zaskakuje mnie informacją, że już za godzinę będą w hotelu. Muszę się szybko zwijać, gnać do Busa i pędzić do hotelu. Nie jest to łatwe, wydostanie się z miasta na autostradę zajmuje mi dobre 15 minut, ale potem już idzie gładko. Pędzę do Elbasan, do hotelu Colombo.
Przyjeżdżam o 16:00. Ten dzień się jeszcze nie skończył. Właściciel hotelu szybko pochwalił się, że jest tu basen. Jak tylko przynoszę rzeczy z samochodu, pędzę sprawdzić, co to za basen jest w tym przydrożnym hotelu gdzieś na peryferiach Elbasan.
Basen i otoczenie są świetne. Całkiem głęboki, z czystą wodą. Wokół stoliki, przy których można sobie odpoczywać. W końcu chill out. Cała ekipa wchodzi do wody, choć niektórym zajmuje to bardzo długo, bo są zimno-strachami. Śmiechy, zabawy, żarty, z kieliszkiem białego wina w ręce, mocząc ciało w przyjemnie chłodnej wodzie. Tylko żyć, nie umierać.
Dzień kończymy mega pyszną kolacją w restauracji Eureka, tuż obok naszego hotelu. W ciągu dnia, jak tamtędy przychodziłem, nie wyglądało to za specjalnie. Ale jak przyszedł wieczór, zapalili lamki i okazało się, że to bardzo ładna, całkiem konkretna restauracja. Jedzenia dostaliśmy tyle, że nawet na dworze średniowiecznych królów nie było tyle dań na stołach na uczcie po zwycięskiej bitwie. Ledwo nam się to wszystko pomieściło – na stole, i w brzuchach. Przelewanie przełyku białym winem okazuje się pomaga na taką sytuację.
I na koniec najlepsze, za ten wielki posiłek dla pięciu dorosłych osób, z dwiema litrowymi karafkami białego wina zapłaciliśmy … uwaga … tylko 74 euro! I to się nazywa dobry deal!






















