Na pokładzie “Chrztu Polski”
O wychowaniu pod żaglami i o ludziach, którzy kształtowali wiatr w naszych żaglach.
Był taki czas w moim życiu, gdy całe lato mieściło się na kilku metrach pokładu. Miałem jacht. Mały, kabinowy. Typ Orion. Nazwaliśmy go Chrzest Polski, bo nosił numer 966. Nie był szybki ani luksusowy, ale miał duszę. I zabierał nas – grupę młodych ludzi, głodnych życia – w podróże, które nie mierzyły się w milach, ale w przemianach.
Stoicy mawiali, że wartość rzeczy mierzy się tym, co z niej wynika – a nie jej wygodą. Biblia przypomina: „Żelazo się ostrzy żelazem, a człowiek kształtuje drugiego człowieka” (Przysłów 27:17). Te wspólne tygodnie na jachcie były dokładnie takim doświadczeniem.
To były nasze formative years – lata formowania. Nie w szkolnych ławkach, nie pod okiem mentora, ale w ciszy jezior, w szeleście lin i w trzasku łamanych masztów. To właśnie tam – na wodach Mazur – kształtowały się nasze charaktery jak skały pod naporem fal.
Byliśmy jak załoga starożytnego okrętu – każdy z innym temperamentem, innym bagażem, inną historią – a jednak połączeni jednym rejsem. Jednego roku było nas tak wiele, że dziewczyny spały na jachcie, a chłopaki w namiotach na brzegu. Gotowaliśmy na butlach gazowych, zmywaliśmy w jeziorze, praliśmy rzeczy ręcznie.
Uczyliśmy się rozwiązywać problemy, te małe i tę większe. Kiedy złamał się maszt, wysłaliśmy telegram z prośbą o pomoc do mojego Taty – po angielsku, żeby Mama się nie martwiła. Oczywiście domyśliła się, że stało się coś poważnego. Taka już rola Mam – odczytują prawdę między słowami, nawet jeśli jest zakodowana w obcym języku.
Innym razem wypłynęliśmy na Niegocin, gdy naprawdę mocno wiało. Żaden inny jacht tego dnia nie odważył się opuścić portu. Chwilę później, pędząc backsztagiem, poczułem, jak fala wygina mi rumpel w rękach – aż nagle rozległ się głośny trzask i zostałem z samym drewnianym kikutem. Pamiętam, że w ciągu kilku sekund mieliśmy już żagle spuszczone, wszystko zabezpieczone, a sytuacja opanowana. Nikomu nic się nie stało. Załoga spisała się na medal – spokojna, skupiona, gotowa do działania. Niemniej przez kilka dni koczowaliśmy na dzikiej plaży, śpiąc w namiocie zrobionym z grota.
Każdy dzień był lekcją. Kiedy wiatr wył w wantach – uczyliśmy się odwagi i rozwagi. Gdy panowała flauta – ćwiczyliśmy cierpliwość. Kiedy ktoś miał gorszy dzień – trzeba było okazać wyrozumiałość. I choć pokład był ciasny, a przestrzeń do życia mikroskopijna, nauczyliśmy się na niej sztuki współżycia – dosłownie i w przenośni.
Stoicy powiedzieliby, że nie rzeczy same nas kształtują, ale nasze myślenie o nich. My wtedy jeszcze nie znaliśmy Epikteta ani Marka Aureliusza, ale żyliśmy ich mądrością instynktownie. Nie narzekaliśmy, że nie ma prysznica. Że śpimy „na dziko”. Że nie ma portu, bieżącej wody, porządnego śniadania. Zamiast tego mieliśmy nocne niebo nad Sztynorcką zatoką, szanty do rana, rozmowy na pomoście i pierwszy łyk wódki z colą – nie z buntu, ale z ciekawości.
Biblia mówi: „Lepiej dwom niż jednemu, bo mają dobrą zapłatę za swój trud” (Kaznodziei 4:9). Tamto lato było właśnie taką zapłatą. Dla przyjaźni, dla młodości, dla wspólnoty. Choć dziś z większością tamtej załogi nie mam kontaktu, wiem, że odegrali w moim życiu swoją rolę – ważną i niezastąpioną. Jak drewno w kadłubie – może go nie widać, ale bez niego nie popłyniesz.
Dziś, w świecie pełnym ekranów i bodźców, łatwo zapomnieć, że człowiek potrzebuje innych ludzi jak żagiel wiatru. Można dryfować samemu, ale dopiero wspólna podróż daje sens. Wspólne gotowanie, śmiech, kłótnie, zgoda po kłótni, naprawianie steru po urwanym rumplu. To wszystko nas formowało. Lepsze niż niejedna szkoła.
Nie czekajmy na idealne warunki, by tworzyć wspomnienia. Brak wygody nie jest przeszkodą. Przeciwnie – to często brak wygody sprawia, że powstają najlepsze historie. Te, które opowiada się potem dzieciom. Albo sobie samemu – wieczorem, gdy patrzysz na stare zdjęcie, na którym siedzisz w sandałach na pokładzie jachtu, trzymając książkę, i myślisz: „To był piękny czas. I dobrze, że był.”