Remont to nie tylko kurz, zmęczenie i stosy narzędzi. To także nauka cierpliwości, satysfakcja z własnej pracy i przypomnienie, że „wystarczająco dobrze” często znaczy najlepiej.

🏡 O wartości pracy nad własnym miejscem 🏡

Przez ostatnie tygodnie nasze mieszkanie zamieniło się w mały plac budowy. Biały pył, narzędzia na każdym kroku, ściany pełne szpachli i listwy przypodłogowe leżące na podłodze. Do tego meble z IKEA, które – w porównaniu z kładzeniem gładzi – były jak wakacje na Majorce.

Razem z żoną i synem malowaliśmy ściany, wymienialiśmy gniazdka, naprawialiśmy dziury (rekord: ponad trzydzieści w jednej ścianie!), a nawet zaprzyjaźniliśmy się ze szlifierką kontową. Pomagali nam też nasi przyjaciele – Adam, Tomek i Andrzej – i dzięki temu projekt, mimo że męczący, stał się też okazją do wspólnego działania.

W tym miejscu muszę gorąco podziękować Ani, Mateuszowi i wszystkim, którzy włożyli swoje siły i serce w ten projekt. Każdy spisał się znakomicie, choć zadanie wcale nie było łatwe. Remont w małym mieszkaniu oznaczał pracę na ograniczonej przestrzeni, w kurzu i bałaganie, bez luksusu odpoczynku czy prywatnego kąta. Do tego lato – czas, kiedy inni zdobywali górskie szczyty albo wylegiwali się na plażach nad egzotycznymi morzami. My zamiast tego spędzaliśmy wakacyjne dni ze szpachlą, pędzlem i wiertarką w ręku. I choć nie był to wymarzony sposób na lato, wspólne działanie sprawiło, że stało się to czymś wyjątkowym – doświadczeniem, które zostanie w naszej pamięci na długo – i podniesie wartość naszego mieszkania 💰

Czy było łatwo? Absolutnie nie. Mieszkanie w trakcie remontu to jak biwak w środku burzy – kurz wszędzie, chaos, brak miejsca, żeby usiąść spokojnie z kawą. Ale dziś, kiedy przykleiłem ostatni kawałek listwy pod drzwiami balkonowymi i wkręciłem ostatnie gniazdko, mogłem odetchnąć. Projekt zakończony.

Ściany po raz pierwszy są całkiem białe – wcześniej zawsze wybierałem „kawę z mlekiem”. Teraz mieszkanie wydaje się większe i jaśniejsze. Może nie jest to Pałac Buckingham, ale jest nasze. I wygląda świetnie. Co ważne – nie musi być idealnie. Zresztą, kto powiedział, że perfekcja jest potrzebna do szczęścia? Jak mawiają Amerykanie: „done is better than perfect”. W świecie, gdzie łatwo porównywać się do instagramowych wnętrz i katalogowych realizacji, dobrze jest przypomnieć sobie, że „wystarczająco dobrze” też jest wartością. To nasze miejsce, stworzone wspólnym wysiłkiem, ze ścianami, które nie są perfekcyjne, ale za to niosą historię naszej pracy. A to sprawia, że wyglądają jeszcze lepiej.

Jak powiedział Marek Aureliusz: „Szczęście twojego życia zależy od jakości twoich myśli.” A ja dodam: i od jakości ścian, które samemu się pomaluje. Bo to, że potrafimy naprawić własny dom, daje poczucie sprawczości, które trudno kupić.

Tony Robbins często powtarza, że „sukces to robienie tego, co chcesz, kiedy chcesz, gdzie chcesz, z kim chcesz, tyle razy, ile chcesz.” W tym sensie sukcesem jest też własnoręczne odnowienie pokoju i umiejętność wzięcia wiertarki w dłoń, zamiast od razu dzwonić po fachowca.

A Biblia przypomina: „Każdy bowiem otrzyma swoją nagrodę stosownie do swojej pracy.” (1 Koryntian 3:8). Nawet jeśli tą nagrodą jest kieliszek wina na sofie w świeżo odmalowanym pokoju i świadomość, że ściana z trzydziestoma dziurami wygląda teraz jak nowa.

Na przyszłość jednak mam lekcję: zanim zrobię kolejną dziurę w ścianie na obraz albo referencję od uczniów, najpierw uderzę się młotkiem w mały palec u nogi. Może wtedy mi przejdzie.

Bo praca nad miejscem, w którym żyjemy, to nie tylko fizyczny wysiłek. To też szkoła cierpliwości, współpracy i pokory. I przede wszystkim – satysfakcja, kiedy możemy usiąść w ciszy i powiedzieć: „Zrobiliśmy to”.