🚴♀️ Parenzana, czyli ucieczka przed jesienią
Ucieczka od polskiego listopada 🚴♂️ Słońce, tunele i morze — trzy dni, trzy kraje, 120 km przygody. Parenzana z Mateuszem okazała się podróżą pełną śmiechu, zmęczenia i bliskości.
Listopad w Polsce nie sprzyja życiu. Niebo w kolorze popiołu, deszcz, błoto i krótkie dni, które kończą się zanim na dobre się zaczną. Uciekamy. Ja i Mateusz.
Nie wiem, jak to się stało, ale zgodził się pojechać. Bez długich rozmów, bez przekonywania. Ot, po prostu: „Dobra, jadę.” Już za to go lubię.
Mamy jednak mało czasu. Z Warszawy do Triestu to nie przelewki — dziesięć godzin jazdy, a może i więcej. Prowadzimy na zmianę. W połowie drogi zatrzymujemy się w Grazu, w tej samej restauracji, do której trafiliśmy kilka lat wcześniej. Przypadek? Raczej znak.
Do San Rocco docieramy wieczorem. Małe, włoskie miasteczko — kwintesencja słowa dolce vita. Wąskie uliczki, rozmowy przy winie i papierosie, łódki bujające się w zatoczce, stare domy pachnące morzem. Idę na krótki spacer i czuję, że jesteśmy we właściwym miejscu.
Dzień pierwszy – Ellie i Vuko ruszają w trasę
Rano czeka na nas obfite śniadanie i bezchmurne niebo. Ja dosiadam Ellie — mojej „Królowej Elżbiety”, Mateusz – Vuko, roweru pożyczonego od Ani. Przed nami Parenzana: 120 kilometrów przez Włochy, Słowenię i Chorwację.
Trasa, która kiedyś była kolejową linią łączącą Triest z Porečem, dziś jest rajem dla rowerzystów. W latach 1902–1935 woziła ludzi, wino i oliwki. Potem, jak wiele dobrych rzeczy, przestała istnieć — aż w XXI wieku odrodziła się jako szlak przygód, potu i zachwytu.
Pogoda jest idealna: 17 stopni, słońce, zero wiatru. Jadąc, czujemy, jak z każdym kilometrem odpadają z nas resztki polskiej jesieni.
Las pachnie świeżym liściem, kamienne mosty szepczą historię, a tunele chłodzą jak lodówka pełna wspomnień. Spotykamy biegaczy, rodziny z dziećmi, pary zakochanych. Nawet w listopadzie Parenzana żyje.
Nie ma gdzie zjeść, więc rośnie głód i apetyt na przygodę. Robimy zdjęcia, latamy dronem, zachwycamy się tym, że jeszcze kilka dni temu mijaliśmy bure pola pod Warszawą, a teraz — palmy i winnice.
Poreč – zachód, głód i socjalistyczny hotel
Do Poreča docieramy po zmroku. Temperatura spada poniżej dziesięciu stopni, ale ostatni zjazd to czysta poezja — morze błyszczy w ogniu zachodzącego słońca, a w głowie gra muzyka zwycięstwa.
Nasz hotel pamięta czasy socjalizmu, a może i wczesnego titoizmu. Mały pokój, dwa osobne łóżka połączone w absurdalny sposób, miejsca tyle, że sakwy trzeba kłaść jedna na drugiej. Ale to nieważne — jesteśmy szczęśliwi.
Wieczorem trafiamy do restauracji Food and Fire. To strzał w dziesiątkę. Dania doskonałe, obsługa uśmiechnięta, rozmowa lekka i śmiech, który brzmi jak dźwięk dobrze nastrojonego roweru.
Dzień drugi – koniec baterii i początek improwizacji
Planowaliśmy wracać rowerami do Włoch. Ambitny plan.
Mateuszowi kończy się bateria 12 kilometrów przed końcem, a nasze nogi przypominają o tym, że przejechaliśmy 122 kilometry i spędziliśmy ponad 9 godzin w siodle. Decyzja zapada błyskawicznie — wracamy inaczej.
Niestety, listopad to nie sezon. Promy i rowerowe busy kursują tylko latem. Po krótkiej detektywistycznej akcji znajduję taksówkarza, który za 100 euro zgadza się zawieźć nas do Koper. To najdroższa taxi w moim życiu, ale cóż — jak trzeba, to trzeba 😊
Z Koper próbujemy dotrzeć do Triestu na rowerach, jednak industrialne obrzeża miasta okazują się piekłem dla cyklistów. Tir za tirem, zero pobocza, zero romantyzmu. Poddajemy się. Wracamy po samochód i ruszamy do Triestu na czterech kołach.
Triest – miasto, które pachnie historią i kawą
Triest zaskakuje. To nie jest tylko port — to elegancka brama między Wschodem a Zachodem, miasto, w którym James Joyce pisał swoje wczesne utwory, a wiatr Bora podobno potrafi przewrócić przechodnia.
Spacerujemy po porcie, podziwiamy jachty i próbujemy przypomnieć sobie wszystkie te tajemnicze słowa: kabestan, sztag, wanty… Brzmi to trochę jak zaklęcia marynarzy.
Na obiad trafiamy do małej restauracji bez śladu języka angielskiego w menu. Wybieramy dania na chybił trafił. No i trafiamy. W kulinarną katastrofę. To była nasza zemsta Italii — za te tunele i podjazdy.
Powrót przez Bled i ostatni zachód
Postanawiamy wracać tego samego dnia. Po drodze zatrzymujemy się nad jeziorem Bled. Choć słońce już zaszło, woda lśni jak szkło, a cisza ma smak górskiego powietrza. Obmywamy twarze lodowatą wodą — jakbyśmy chcieli zatrzymać tę chwilę.
Przed nami 11 godzin jazdy. Docieramy do Warszawy nad ranem. Miasto śpi. My też.
Ellie, Vuko, Ori i cały nasz sprzęt lądują w garażu. Porządek zrobimy później. Teraz czas spać.
Było intensywnie. Było pięknie. I było warto.
Parenzana dała nam wszystko: słońce, śmiech, zmęczenie, satysfakcję i te momenty, w których patrzyłem na Mateusza i widziałem w nim nie tylko syna, ale prawdziwego towarzysza drogi, tej asfaltowej dla aut i tej szutorwej dla rowerów.

















































