Pierwszy dzień w Londynie – samemu

Pierwszy dzień w Londynie nauczył mnie, jak cienka jest granica między zagubieniem a zaufaniem — i jak ważne jest, by nie gubić przy tym rozsądku.

Długo wahałem się, czy tę historię zapisać. Może dlatego, że jest zbyt prywatna. A może dlatego, że boję się, iż kiedyś zostanie ze mnie tylko kilka luźnych obrazów, bez sensu i bez emocji. A przecież właśnie takie historie pomagają mi odpowiedzieć na pytanie, do którego wciąż wracam: kim jestem.

Pojechałem do Londynu w wakacje, jeszcze w liceum. Chyba między pierwszą a drugą klasą. Rodzice wysłali mnie na miesięczny kurs językowy — wielką rzecz, prawdziwą wyprawę. Samolot. Plecak spakowany na cały miesiąc. Gotówka w kieszeni. Ekscytacja, która była silniejsza niż rozsądek.

W ferworze pakowania zapomniałem jednego drobiazgu. Drobiazgu, który okazał się kluczowy: adresu miejsca, w którym miałem mieszkać. Na lotnisku podałem więc adres szkoły. Było to jeszcze przed strefą Schengen. Myślałem prosto, może zbyt prosto — dojadę do szkoły, tam mi wszystko powiedzą.

Szkoła była na Oxford Street.

Wysiadłem jednak kilka stacji wcześniej. Chciałem się przejść. Zobaczyć miasto. Poczuć Londyn. Szedłem z plecakiem przez ulice, które dziś pewnie nazwałbym banalnymi, ale wtedy były dla mnie niemal filmowe. Kamienice, sklepy, autobusy piętrowe, zapach miasta, którego jeszcze nie znałem. Czas płynął inaczej. Nie spieszyłem się.

Na jednej ze stacji zobaczyłem żebraka ubranego jak punk. Dałem mu funta. Wstał i ruszył za mną. Zaczęliśmy rozmawiać, jakby to było najbardziej naturalne na świecie. Opowiedział mi swoją historię. Ja słuchałem. Po drodze dałem mu jeszcze kilka funtów — chyba cztery. Obiecał, że zaprowadzi mnie pod samą szkołę.

Po jakimś czasie dołączyli do nas jego znajomi. Inni punkowcy. Cała grupka. Szliśmy razem przez miasto. Pod jakimś hotelem zatrzymała się limuzyna. Ktoś wysiadł, zaczepił mojego przewodnika. Londyn potrafił zestawiać światy bez pytania o zgodę.

W końcu stanęliśmy pod budynkiem szkoły. Pożegnaliśmy się. Zostałem sam.

Pociągnąłem za klamkę.

Zamknięte.

Jeszcze raz. Mocniej. Nic. Odbiłem się od drzwi, dosłownie i w przenośni. Stałem chwilę, patrząc na szybę, za którą nic już na mnie nie czekało. Stałem z plecakiem, bez adresu, bez miejsca na noc. Zrozumiałem, że to nie jest drobna wpadka. To był początek problemu.

Po chwili podjąłem decyzję. Ealing. A przynajmniej coś, co wtedy nazywałem Ealing. Rok wcześniej byłem tam z tatą. Wiedziałem, że mieszka tam wielu Polaków. Może trafię w znajome okolice. Może rozpoznam jakąś ulicę. To było lepsze niż stanie pod zamkniętymi drzwiami.

Droga była długa. Autobusy, przesiadki, zmęczenie, które zaczynało wygrywać z adrenaliną. Gdy szedłem na przystanek, zaczepił mnie mężczyzna. Rozmawialiśmy chwilę. Kiedy usłyszał moją historię, powiedział spokojnie, bez patosu:

— Pomogę ci. Chodź do mnie.

Pojechaliśmy jednym autobusem, potem drugim. Londyn zostawał za nami, zamieniał się w jasną plamę na horyzoncie. Okolica bardzo mi się podobała — cicha, zielona, zupełnie inna. Było już późno. Dotarliśmy do małego, typowego angielskiego terraced house. Zaprosił mnie do środka. Pozwolił rozpakować się w jednym z pokoi. Usiadłem. Odetchnąłem. Pomyślałem: to już koniec tej historii.

Po jakimś czasie przyszła jego partnerka — dziewczyna albo żona. Zrobiła mu awanturę. Głośno. Bez kompromisów. Przeprosił mnie, ale kazał mi iść. Znowu.

Nie bardzo wiedziałem dokąd. Wszedłem do pubu. Zapytałem, czy mogę się gdzieś przespać. Nie mieli miejsca. Byłem wykończony. Usiadłem na krawężniku. Za plecami miałem park. Gdzieś w okolicy był dom albo muzeum Bernarda Shawa — albo kogoś bardzo podobnego. Nie bałem się. Naprawdę. Po prostu kalkulowałem. Noc w parku nie była dobrym pomysłem, ale też nie była niemożliwa.

I wtedy, po jakimś czasie, podjechała taksówka.

Wysiadł z niej wielki, czarnoskóry mężczyzna. Zapytał, co się dzieje. Powiedziałem, że nie mam gdzie spać. Nie dopytywał. Powiedział tylko, że mi pomoże. Włożył mój plecak do bagażnika, bo ja już nie miałem siły.

Zabrał mnie do centrum dla uchodźców. Wielkie wojskowe namioty. Plecaki wkładane do ogromnych worków zamykanych na kłódkę. Łóżka piętrowe. Zmęczenie wspólne dla wszystkich. Była noc, gdy wdrapałem się na jedno wolne łóżko.

Nie zdążyłem zasnąć. Odezwał się mężczyzna z dolnego łóżka. Był z Afryki. Rozmawialiśmy długo.

Rano zabrałem swoje rzeczy i pojechałem do szkoły. Tym razem była otwarta. Dostałem adres rodziny. Kurs się zaczął. Życie potoczyło się dalej.

Dopiero po latach zrozumiałem, ile miałem szczęścia. Jak bardzo ufałem ludziom. Jak wiele ryzykowałem. A jednak ta historia mówi o mnie coś ważnego. Jako młody człowiek — i nawet dziś — chcę widzieć w ludziach dobro. Nie zaczynam od podejrzeń. Nie zakładam złych intencji.

Rodzicom długo nie opowiadałem o tym pierwszym dniu w Anglii. Może bałem się, że zobaczą w nim coś innego niż ja. Dla mnie to była lekcja — nie o brawurze, ale o zaufaniu. O świecie, który bywa niebezpieczny, a jednocześnie zaskakująco życzliwy.

Dlatego tę historię zapisuję.
Żeby nie umknęła.
Żeby pamiętać, kim wtedy byłem.
I kim, w pewnym sensie, wciąż jestem.