Rzym zimą. Bieganie, zebranie i Trastevere
Poranny rozruch (i kamera w gotowości)
Dzień zaczynamy od biegania. To znaczy – Anka zaczyna od biegania. Zachęcona przykładem tych dzielnych Włochów, których codziennie spotykamy na naszej „cyklostradzie” do centrum.
Ja nie biegam. Ja jadę na rowerze – z aparatem i GoPro. Moim zadaniem jest nagrać Ankę w akcji. Zrobimy z tego krótki filmik promujący zdrowy styl życia 😊
Wychodzi to naprawdę nieźle. Anka dzielnie trzyma tempo. Wokół niej mnóstwo Włochów, którzy tego chłodnego poranka również postanowili spalić kilka kalorii. Nagrywam ją z tyłu, z przodu, z boku. W sumie zbiera się jakieś 30 minut materiału.
Anka dobiega do pięknego punktu widokowego. Tam robimy sobie zdjęcie i każde rusza w swoją stronę. Przed Anką powrót do hotelu – 5 kilometrów pod górę.
Hiszpańskie Schody bez tłumów (prawie)
Ja jadę do miasta. Poprzedniego dnia przejeżdżaliśmy obok Hiszpańskich Schodów. Tłum był tak gęsty, że ledwo dawaliśmy radę prowadzić rowery – o jeździe nie było mowy.
Postanowiłem, że chcę zobaczyć to miejsce jeszcze raz, ale rano. Liczyłem na to, że ludzi będzie mniej.
Nie zawiodłem się. Nadal był spory ruch, ale dało się spokojnie dojechać rowerem i zrobić zdjęcia. Rzym o poranku ma zupełnie inny rytm – mniej hałaśliwy, bardziej refleksyjny.
„Rzym nie jest miastem – to muzeum pod gołym niebem.”
— Alberto Sordi
Niedziela, czyli zebranie
Dzisiaj jest niedziela. To nie jest wcale takie oczywiste, bo dni tutaj całkowicie się zlewają. Zupełnie straciłem rachubę czasu.
Niedziela oznacza zebranie. Znaleźliśmy adres polskiego zboru w Rzymie – zebrania zaczynają się o 13:00. Wyruszamy na poszukiwanie Sali Królestwa.
Znajdujemy ją w wysokim budynku biurowo-mieszkalnym na obrzeżach miasta. Sala jest ładna – skromna, ale gustowna. Przychodzimy kilka minut przed rozpoczęciem. Bracia i siostry serdecznie się z nami witają.
Nie przestaje mnie to zadziwiać, jak wspaniałą rodzinę tworzymy, będąc w Prawdzie – niezależnie od kraju czy języka.
Dowiadujemy się kilku ciekawych rzeczy. Zbór liczy tylko około 30 osób. Kiedyś w Rzymie działały dwa polskie zbory, jednak warunki ekonomiczne i inne czynniki sprawiły, że wielu głosicieli wróciło do Polski albo wyjechało do innych krajów.
Niektórzy z tych, z którymi rozmawiamy, przyznają, że sami również myślą o powrocie do Polski. Bardzo ciekawe obserwacje.
Trastevere – pierwsze starcie samochodu z Rzymem
Po zebraniu ruszamy na Trastevere w poszukiwaniu miejsca na obiad. Jedziemy samochodem, bo na zebranie chcieliśmy być elegancko ubrani – rowery zostały w hotelu.
I tu spotyka nas totalne zdziwienie: nie da się zaparkować. Naprawdę – nigdzie.
Primo, nasze auto jest olbrzymie w porównaniu z malutkimi włoskimi samochodami.
Secundoe, wolnych miejsc po prostu nie ma. Wszystko zajęte. Szok i niedowierzanie.
Poddajemy się. Wracamy do hotelu.
Powrót na rowerach (głód jako paliwo)
Zostawiamy Ori i wracamy na Trastevere – tym razem rowerami. Głód zaczyna nam już solidnie dokuczać. Anka rozpędza swojego Vuko do zupełnie niecodziennych prędkości.
Głód to świetny motywator.
Po około 30 minutach jesteśmy na miejscu.
Dolce Vita w Trastevere
Trastevere to chyba moje ulubione miejsce w tym mieście. Wszystko tu jest niezwykłe: antyczne, historyczne, pełne detali, które budzą podziw. Ale to właśnie Trastevere ma w sobie tę wyjątkową atmosferę Dolce Vita. Niskie kamienice, wąskie brukowane uliczki, restauracje i osterie na każdym kroku.
Wybieramy jedną zupełnie na chybił trafił – w Rzymie raczej trudno źle trafić, jeśli chodzi o jedzenie. Tym razem też nam się udaje. Peppo al Cossimato serwuje dania głównie z rybą, ale mają też świetną pizzę.
Ja bezwstydnie objadam się sałatką z ośmiornicą i pizzą quattro formaggi.
Anka bierze przystawkę z anchois, a na drugie – spaghetti z owocami morza. Pychota. Dopychamy deserem i płacimy. Standardowy posiłek kosztuje nas około 80 euro. Tanio nie jest, ale nie będziemy tak jeść w nieskończoność.
Nocna wspinaczka i adrenalina
Na zewnątrz zapada już zmrok. Przed nami prawie 11 kilometrów drogi powrotnej. Po zachodzie słońca robi się wyraźnie zimno.
Nie ma wyjścia – ciśniemy pod górę do hotelu. Tryb turbo włączony na stałe.
Jazda nocą po rzymskich ulicach, ramię w ramię z samochodami, podnosi poziom adrenaliny i dostarcza solidnej dawki emocji. Oddychamy z ulgą, gdy w końcu dojeżdżamy pod hotel.
Klamra dnia
Zamykamy dzień odcinkiem Fringe’a i niemal natychmiast zapadamy w sen.































