Rzym zimą. Droga.
Do Rzymu jedzie się długo. U nas: dwa dni. Po drodze klasyk gatunku – postój w Grazu, nocleg w Hotelu Daniel i mała przygoda już na starcie. Dostaliśmy nie ten pokój, który rezerwowałem, więc zagraliśmy kartą „uprzejme, ale stanowcze” i… bingo. Nowy pokój – petarda. Ogromna kabina prysznicowa, loggia (teoretycznie) i pełen komfort.
Pogoda? Z tych filmowych, ale raczej z gatunku katastroficznego. Śnieg, wichura, śnieżyca po drodze. Austriacy odśnieżają drogi mistrzowsko, ale fizyki nie oszukasz – było ślisko, więc jechaliśmy jakbyśmy wieźli jajka bez opakowania.
Na obiad… McDonald’s. Nie z wyboru, z konieczności – nic innego nie było otwarte. Czasem życie decyduje za ciebie.
Ponieważ pogoda skutecznie zabiła pomysł korzystania z loggii, skupiliśmy się na tym, co naprawdę ważne: darmowy mini-bar. Zniknął do zera. Bez świadków, bez wyrzutów sumienia.
O 16:00 byliśmy już po obiedzie, gotowi do odpoczynku. Nowy telewizor 65 cali okazał się zbawieniem. Odpaliliśmy ulubiony serial Anki – Fringe – i binge’owaliśmy, aż oczy same zaczęły się zamykać.
Rzym jeszcze na nas czekał.
My – już w trybie regeneracji.