Rzym zimą. Galeria sztuki, stacja metra i kolacja

Dzień pod znakiem obrazów

Kolejny dzień w Rzymie upływa nam pod hasłem: oglądamy obrazy. Do najbardziej obleganych galerii nie udało się zdobyć biletów, więc wybór pada na Narodową Galerię Sztuki Współczesnej. Wskazówka: jeśli chcesz odwiedzić bardziej znane miejsca, kup bilety online z wyprzedzeniem.

Tym razem jedziemy rowerami. Koniec eksperymentów. Po około trzydziestu minutach jesteśmy na miejscu. Trasa prowadzi nas niemal idealnie — ścieżkami rowerowymi, przez zieleń i spokojniejsze ulice. To kolejny dzień, który utwierdza nas w przekonaniu, że Rzym potrafi być miastem przyjaznym rowerzystom.

Pałac pełen sztuki

Galeria mieści się w ogromnym pałacu. W Rzymie to nic nowego — tu wszystko jest, albo było, wielkie. Przestronne sale, wysokie sufity, poczucie rozmachu. Ekspozycja prowadzi przez kolejne etapy sztuki nowoczesnej i współczesnej.

Są dwa obrazy Van Gogha, jest Klimt, pojawiają się impresjoniści. Obok nich rzeźby i instalacje, czasem bardziej klasyczne, czasem zupełnie nieoczywiste.

Patrzeć jak fotograf

Traktujemy te dzieła jak lekcje — nie tylko historii sztuki, ale też fotografii. Zatrzymujemy się przy wybranych pracach, analizując kompozycję, światło, temat. Zadajemy sobie pytanie, co z tego można przenieść do własnych zdjęć.

Czasami uwagę przyciąga sama tematyka, jak choćby koronacja Estery, innym razem jakaś intrygująca instalacja. Snujemy się po salach, robiąc od czasu do czasu zdjęcia, aż w końcu czujemy, że już wystarczy. Za dużo bodźców. Nie jesteśmy stałymi bywalcami galerii — taka dawka sztuki naraz to jednak spore obciążenie dla głowy.

Park jako oddech

Po drugiej stronie galerii odkrywamy piękny park. Coś pomiędzy Polami Mokotowskimi a Łazienkami Królewskimi. Ogromny, zielony, dający wytchnienie. Na szczęście można po nim jeździć rowerem — przejście go pieszo zajęłoby pół dnia.

W samym środku znajduje się Galeria Borghese. Nawet przez chwilę rozważamy wejście, choć do końca nie wiadomo po co, skoro przed chwilą uciekliśmy z galerii. Tym razem biletów już nie ma. Przyjmujemy to bez żalu.

Kawiarnia i pisanie

Zatrzymujemy się w kawiarni. Jest elegancko, spokojnie, przyjemnie. Mam ze sobą komputer, Ania zakłada słuchawki. Ja piszę relacje z poprzednich dni, Ania słucha podcastu. To pierwszy raz, kiedy testujemy taki „tryb pracy” w podróży.

Sprawdza się zaskakująco dobrze. Dobra kawa, ładne otoczenie, rozmowy w tle zlewające się w biały szum. Udaje mi się dokończyć teksty i opublikować je na stronie. Co ciekawe — internet w kawiarni działa lepiej niż w naszym hotelu.

Nie zostajemy jednak zbyt długo. Dzień jest słoneczny i szkoda byłoby go przesiedzieć.

Pizza na szybko

Zaczyna nam burczeć w brzuchach. Ania wypatruje miejsc poleconych przez Jacka, naszego przewodnika. Udaje się znaleźć niewielką pizzerię (La Prezzemolina) — na wynos albo na miejscu, przy wysokich barowych stołkach. Raczej do szybkiego postoju niż długiego siedzenia.

Pizza jest w porządku, ale czuję, że mam jej już trochę dość. Zostawiam sobie apetyt na wieczór.

Stacja metra jak muzeum

Po południu jedziemy zobaczyć jedną z najnowszych stacji metra w Rzymie — Colosseo–Fori Imperiali. Formalnie stara, ale całkowicie przebudowana i rozbudowana. Prace trwały trzynaście lat, bo podczas budowy co chwilę natrafiano na ważne znaleziska z czasów Imperium Rzymskiego.

Dziś stację można zwiedzać niemal jak muzeum. Są gabloty z odkryciami i multimedialne prezentacje pokazujące rozwój miasta, szczególnie tej historycznej części. Rzym konsekwentnie przypomina, że pod każdym krokiem kryje się tu historia.

Kolacja i rozmowy

Wieczór spędzamy w bardzo dobrym towarzystwie — u Eli i Mirka ze zboru Roma Polacca. Stół jest zastawiony włoskimi przysmakami. Są sery, oliwki, suszone pomidory, mozzarella i kiełbaski z grilla — klasyczna włoska salsiccia, aromatyczna, lekko przyprawiona, idealna do prostych kolacji.

Można samemu robić bruschetty. Jest świetna sałatka z gruszką i orzechami. Danie główne to spaghetti aglio e olio — proste, ale perfekcyjnie zrobione przez Mirka. Najadamy się do syta. Razy dwa.

Jeszcze ważniejsze są rozmowy. O życiu we Włoszech, o naszych drogach poznania Prawdy, o tym, co dzieje się teraz w naszym życiu. To spokojny, ciepły wieczór. Bez pośpiechu. Bez planu. Prawdziwa wisienka na torcie.

Domknięcie dnia

Zamykamy dzień z poczuciem sytości — i tej kulinarnej, i tej bardziej życiowej. Rzym zimą znowu okazał się łaskawy.