Rzym zimą. Koloseum, czyli Amfiteatr Flawiuszów
Dzisiaj jest wielki dzień.
Dzisiaj idziemy na wypasioną wycieczkę po Koloseum. Czy istnieje na Ziemi bardziej rozpoznawalne miejsce? Może wieża Eiffla? Może Golden Gate Bridge? A jednak coś mi mówi, że Koloseum nadal wygrywa ten konkurs.
Logistyka, czyli Google Maps kontra Komoot
Po skromnym śniadaniu zaczynamy precyzyjne obliczenia: ile czasu potrzebujemy, żeby dotrzeć na miejsce zbiórki.
Ania jedzie na Google Maps. Ja — na Komoot. Oczywiście trasy się rozchodzą, więc lecą iskry. Klasyka.
Jakimś cudem — i to jest naprawdę godne odnotowania — docieramy dokładnie na czas.
Jack i rzymska „lasagna”
Trafiamy na świetnego przewodnika. Każe mówić na siebie Jack. Młody, może 27–30 lat. Spokojny, rzeczowy, bardzo klarowny angielski. Dostajemy słuchawki i radia — luksus, bo słyszymy go idealnie, nawet w tłumie.
Od pierwszych minut wciąga nas w historię miejsca. Zaczyna szeroko — od historii Rzymu w ogóle. Mówi, że pod każdym kamieniem jest tu jakaś historia, a całe miasto przypomina rzymską lasagnę: warstwa na warstwie, republika, imperium, średniowiecze, nowożytność — wszystko na sobie.
Trzy godziny w sercu imperium
Przez prawie trzy godziny chodzimy wśród ruin z czasów republiki, pozostałości imperium i późniejszych epok. Jack cierpliwie odpowiada na pytania, nawet te bardziej „dociekliwe”.
Jesteśmy kompletnie zauroczeni. Tu nie chodzi tylko o samo Koloseum, ale i o Forum Romanum, Palatyn, Via Sacra oraz Łuk Tytusa, upamiętniający zdobycie Jerozolimy i zburzenie Świątyni w 70 roku n.e. To jedno z tych miejsc, gdzie historia Rzymu w bardzo namacalny sposób splata się z historią biblijną.
Zapach krwi i przemijania
To miejsce ma w sobie wszystko:
ogrom, przepych, władzę, oddanie, poświęcenie, przemijanie — i krew. Całe morze krwi.
Mam wrażenie, że ono naprawdę nią pachnie.
W pewnym sensie przypomina to zwiedzanie obozów koncentracyjnych. Skala jest inna, epoka inna, ale ciężar emocjonalny podobny.
I pomyśleć, że to wszystko było tylko dla rozrywki.
Obiad z przypadku (najlepszy rodzaj)
Po wycieczce szukamy miejsca na obiad. Polecane restauracje są kompletnie zawalone ludźmi — chaotyczne kolejki, całe stada turystów stojące pod drzwiami. Odpuszczamy.
Wchodzimy do pierwszej lepszej knajpy. I oczywiście — okazuje się super.
Kelner, klasyczny pan w średnim wieku, nie jest przesadnie miły, ale też nam to zupełnie nie przeszkadza. Nie przyszliśmy tam dla niego. Przyszliśmy się najeść.
I to się nam zdecydowanie udaje.
Wielkie polowanie na rurkę z kremem
Potem zaczyna się misja specjalna.
Anka postanawia, że chce zjeść rurkę z kremem. Gdyby chodziło o zwykłe lody — temat byłby zamknięty pięć razy wcześniej. Ale nie. Musi być rurka.
Jeździmy po Rzymie w tę i z powrotem. Zapada noc, a my wciąż jej szukamy. W końcu trafiamy do cukierni. Są!
Cannoli — sycylijski klasyk.
Siadamy przy małym stoliku, czekamy. Dostajemy ładnie wyglądające smakołyki.
Niestety, jak to w życiu bywa, nie wszystko złoto, co się świeci. Same rurki są w porządku, ale nadzienie… ledwo jadalne.
Robimy dobrą minę do złej gry. W końcu szukaliśmy ich ponad godzinę, jeżdżąc po Rzymie w tę i wewte.
Powrót po zmroku
Do hotelu wracamy już długo po zachodzie słońca.
Mnie jazda między samochodami i motocyklami nawet się podoba. Ance — zdecydowanie mniej.
Nie mamy wyboru: żeby dotrzeć do hotelu, musimy pokonać spory odcinek zwykłymi drogami.
Adrenalina jest. Trzeba to uczciwie przyznać.






















































