Rzym zimą. Morze Tyrreńskie i Termy w Viterbo

Ucieczka z miasta

Uciekamy z Rzymu. You can have too much of a good thing — nawet dobrych rzeczy można mieć za dużo (wolne tłumaczenie).

Rzym leży bardzo blisko morza. Wybieramy miejsce trochę na chybił trafił — Lido di Ostia. Niestety, tym razem bardziej chybił niż trafił. Typowe nadmorskie miasteczko. Może i ma sens w środku lata, ale zimą świeci pustkami. Kluby plażowe zamknięte, okna zabite deskami, prowizoryczne ogrodzenia straszą pustką.

Morze poza sezonem

Ludzi prawie tutaj nie ma. Trudno się dziwić — jest tylko 8 stopni i zbierają się chmury. Kilka osób wyprowadza psy. Jakaś grupka skanuje plażę w poszukiwaniu metalowych przedmiotów. Wody Morze Tyrreńskie’go spokojnie rozlewają się po piasku. Morze jest ciche, jakby samo czekało na nowy sezon.

Robimy trochę zdjęć. Nawet latamy dronem — w samym Rzymie boję się go odpalać.

Niestety zaczyna padać. Poza tym Ance zaczyna się nudzić to plażowe dreptanie. Pędzimy do auta, wystawieni na zimny, przenikliwy deszcz.

Sezon zamknięty

Szukamy sklepu spożywczego. Bez skutku. Sklepy również czekają na nowy sezon. Tam, gdzie Google Maps pokazuje Coop, stoi tylko zamknięta blaszana brama.

Wracamy do hotelu.

Zakupy na szybko

Na wieczór jesteśmy umówieni z braćmi, ale wcześniej mamy dwa zadania do odhaczenia: zakupy i jedzenie.

Bierzemy rowery — nasz niezawodny środek transportu po Rzymie. Znajdujemy duży sklep, Agora, trzy minuty od hotelu. Dokładnie o coś takiego nam chodziło: spory wybór i przystępne ceny. Wychodzimy z czterema torbami jedzenia — na drogę i do domu.

Trochę żałujemy, że nie wzięliśmy podróżnej lodówki. Moglibyśmy wtedy kupić te pyszne owcze sery, którymi wcześniej częstowali nas Ela i Mirek.

Restauracja z przypadku

Nie ma czasu na szukanie konkretnej restauracji. O Trastevere nie ma nawet mowy. Decydujemy się na Da Gabriele, niepozorne miejsce 200 metrów od hotelu. Tym razem praktyczne względy wygrywają — i okazuje się, że to strzał w dziesiątkę.

Da Gabriele serwuje jedzenie nieprzerwanie od 1960 roku. Skromne wnętrze, za to cudowna włoska atmosfera. W środku sami Włosi: rodziny, pracownicy na przerwie, grupki przyjaciół. Młodzi i starsi. Uwielbiam ten gwar rozmów, wybuchy śmiechu i żywą gestykulację.

Obsługuje nas przemiła pani z typowo kręconymi włosami — ma ich tyle, że mogłaby obdzielić nimi całą armię. Mówi świetnie po angielsku, więc zamówienie nie stanowi problemu. Szkoda tylko, że nie zamówiliśmy tego, z czego — jak się okazuje — restauracja słynie najbardziej.

Prawie wszyscy wokół jedzą mule. Na przystawkę, na pierwsze i drugie danie. Stół obok ugina się pod ciężarem czarnych muszli. Wskazówka na przyszłość: zanim zamówisz, zobacz, co jedzą inni.

W drogę po największą atrakcję

Czas szybko mija. Nadchodzi moment największej atrakcji — wyjazd na termy z braćmi. Mirek i Ela zabierają nas ze sobą. Jedziemy prawie dwie godziny poza Rzym, pięknym, 25-letnim BMW. Mirkowi udzielił się duch włoskich kierowców. Pruje po tych wąskich ulicznach, jakby to był wyścig F1.

Dziewczyny z tyłu — Ania, Ela i jej siostra, Ewa — śmieją się przez całą drogę. My z Mirkiem rozmawiamy o samochodach, skuterach i o tym, jak naprawdę jeździ się po Włoszech.

Po drodze mijamy urokliwe miejscowości: Bagnoregio, Sutri czy Orte. Słońce chowa się za horyzontem, a niebo zachwyca paletą barw.

Termy w zimowej nocy

Dojeżdżamy do Viterbo już po zmroku. Z parkingu widać kłęby pary unoszącej się nad basenami Terme Il Bagnaccio. Temperatura powietrza spadła do zera. Wszyscy jesteśmy podekscytowani.

Wejście kosztuje 10 euro. Znajdujemy ławkę, rozkładamy rzeczy: torby z jedzeniem i piciem, szlafroki, ręczniki, czapki. Wskakujemy w kąpielówki i stroje kąpielowe. Są trzy duże baseny, każdy o innej temperaturze — od przyjemnie ciepłej po naprawdę gorącą.

Ludzie, rozmowy i para

Siedzimy w wodzie, mocząc zmęczone całym 2025 rokiem ciała. Atmosfera jest wyśmienita. Śmiechy, rozmowy, doświadczenia, historie z życia wzięte. Dołączają do nas kolejni znajomi ze zboru Roma Polacca. W pewnym momencie jest nas już około piętnastu osób. Polski język rządzi w termach Viterbo. Mirek próbuje nas uciszyć — raczej bezskutecznie.

Między kąpielami chłodzimy się przy ławce, popijając herbatę z imbirem i goździkami. Jest też „Pepsi bez bąbelków”, czyli wino lane z butelki po Pepsi. Każdy przyniósł coś od siebie. Jedzenia i picia nie brakuje. Dobrego humoru — tym bardziej.

Najcenniejsze eksponaty

Poznajemy wspaniałych ludzi: Ewę, Marka, Kasię, Wieśka i wielu innych. Wszyscy chętnie dzielą się historiami swojego życia, przyjazdu do Włoch i poznania Prawdy.

Żadne muzeum nie ma dla mnie tak cennych eksponatów jak prawdziwe historie ludzi — zwłaszcza tych, którzy swoje życie powierzyli Jehowie.

Domknięcie roku

Wymoczeni do szpiku kości wracamy do Rzymu tuż przed północą. Ledwo zamykamy drzwi pokoju, gdy zaczynają się fajerwerki.

Kończymy rok 2025 w sposób całkowicie fenomenalny.