Rzym zimą. Navona, Watykan. Głód i pakowanie

Ostatni dzień i rozsądek zamiast ambicji

Ostatni dzień w Rzymie. Zmęczenie daje już o sobie znać — nie mamy tej samej energii co na początku. Mierzymy zamiary na siły.

Bierzemy Vuko i Elli i ruszamy na Piazza Navona. Trzy fontanny, piękne kamienice, monumentalny kościół i plac wypełniony straganami. W tle teatr lalek wystawia jakąś zabawną sztukę — po włosku i raczej dla dzieci.

Spacerujemy bez pośpiechu, zapychając się ciambellą. Anka zakochuje się w tych wielkich pączkach obsypanych cukrem. Ja swojego nie daję rady dokończyć — jest tego tyle, co w czterech albo pięciu polskich pączkach.

Ciekawostka: Piazza Navona powstała na miejscu antycznego Stadionu Domicjana, dlatego ma ten charakterystyczny, wydłużony kształt. Rzym lubi takie warstwy — nowe życie na bardzo starych fundamentach.

Dolce far niente

Czas płynie leniwie, a my oddajemy się dolce far niente. W końcu jesteśmy w Wiecznym Mieście — nic nas nie goni.

Siadamy nawet w jednej z restauracji, ale lunchu nie zamawiamy. Tylko kawę. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do ilości kawy, jaką tu serwują. To nawet nie jest łyk. Bardziej… symbol.

1 stycznia, czyli miasto zamknięte

Dziś prawie nic nie działa — 1.01.2026 skutecznie ogranicza nasze opcje. Wpadamy na pomysł, żeby zobaczyć Plac św. Piotra i Bazylika św. Piotra.

To nie był najlepszy pomysł. Najwyraźniej większość Rzymu wpadła na dokładnie ten sam. Nawet wykupienie „priorytetowej kolejki” niewiele pomaga — kolejka niemal stoi. Prawie dwie godziny czekania. Rzym to jednak sztuka cierpliwości.

Kolejka, nieufność i 50 euro

Czas mija szybciej dzięki rozmowom. Miły Azjata opowiada o innych miejscach, które już zdążył zobaczyć. Amerykanka podejrzewa spisek i próbuje pogonić naszego „przewodnika”.

Nie bez powodu: zapłaciliśmy gotówką, nie dostaliśmy biletu ani potwierdzenia — tylko małą naklejkę. Żartujemy, że facet zaraz zniknie w tłumie i tyle będzie po naszych 50 euro.

Monumentalność absolutna

W końcu wchodzimy do bazyliki. Jest OGROMNA. Większa niż cokolwiek, co widzieliśmy do tej pory. Wręcz monstrualna.

Same litery na fasadzie mają około dwóch metrów wysokości. Ołtarze są większe niż niektóre rzymskie kościoły. Jeśli celem było sprawić, by człowiek poczuł się jak drobinka w obliczu Boga — udało się. Z nawiązką.

Złoto, srebro, freski, rzeźby — oczy nie wiedzą, na czym się zatrzymać. A gdy pomyślę o skali pracy, przechodzą mnie ciarki: 120 lat budowy. Czterech architektów: Bramante, Michelangelo, Maderno i Bernini. Zdolni chłopcy — nie da się ukryć.

Bez przewodnika wynosimy z tej wizyty głównie wrażenie przepychu i skali. Brakuje historii ludzi, decyzji, sporów, ambicji. Szkoda — to miejsce aż się prosi o opowieść.

Głód zwycięża

Zwiedzanie trwało tak długo, że dzień chyli się ku końcowi. Pędzimy coś zjeść. Ania marzy o mulach w restauracji, którą odwiedziliśmy wczoraj. Docieramy przed piątą.

W środku są jeszcze goście, ale słyszymy:
„Dzisiaj już zamykamy. Zapraszamy innego dnia.”

Jesteśmy zdruzgotani. A przede wszystkim — głodni.

Krążymy po okolicy. Nic. Zero. Niente. Nihil. Wracamy do hotelu na tarczy. Głód daje się we znaki, więc ratujemy się bananem i kilkoma mandarynkami. No cóż — jeszcze nikt nie umarł od opuszczenia jednego posiłku. Chyba.

Wieczór w dobrym towarzystwie

Wieczorem idziemy jeszcze na zebranie. Chcemy pożegnać się z nowymi znajomymi. Zbór Roma Polacca wita nas jak stałych bywalców — jest naprawdę przemiło.

Po zebraniu rozmowy, uściski, wymiana kontaktów. Ciepło, serdeczność, normalność. Ależ ci ludzie są otwarci i przystępni.

Pakowanie i pożegnanie

Przed snem jeszcze pakowanie. Jutro ruszamy bardzo wcześnie — przed śniadaniem. Anka nie może już patrzeć na Jeddę (naszą kelnerkę), jajka na twardo, mortadelę i suchy żółty ser.

Rzym żegna nas po swojemu: pięknie, intensywnie i … bez kolacji.