Rzym zimą. Powrót do domu

Pożegnanie w strugach deszczu

Rzym żegna nas rzęsistym deszczem. Leje jak z cebra. Nosimy torby do samochodu i w kilka minut jesteśmy cali mokrzy. Trudno — nie ma wyjścia. Na szczęście deszcz w końcu odpuszcza. Kończymy pakowanie, ciesząc się, że przynajmniej już nas nie zalewa.

Przed nami dwa dni drogi: najpierw do Grazu — prawie 950 km, a potem niemal tyle samo do Warszawy.

Ucieczka z Rzymu

Pierwszy etap idzie zaskakująco sprawnie. Wyjazd z Rzymu ogarniamy bez większych dramatów. I dobrze — nie będę tęsknił za jazdą samochodem po tym mieście. Większość ulic jednokierunkowa, auta zaparkowane po obu stronach, a ja co chwilę mam wrażenie, że zahaczę o czyjeś lusterko.

W końcu wjeżdżamy na autostradę, bierzemy niesławny bilecik i prujemy w stronę Austrii. Pogoda jak na zamówienie: zimno, ale słonecznie. Po porannym deszczu ani śladu.

Autostrady i złote bileciki

Weekend to dobry moment na podróż — na trasie jest znacznie mniej TIR-ów. Jedzie się całkiem przyjemnie. Włoskie autostrady są naprawdę niezłe, szczególnie w okolicach dużych miast, gdzie często są trzy pasy.

Po ośmiu godzinach docieramy do ostatniej bramki. Czas zapłacić za tę przyjemność. Tym razem bilet działa i płacimy 61 euro (259 zł). Tak — przejazd przez połowę Włoch kosztuje ponad 60 euro. A jeśli bilet się po drodze rozmagnesuje, kara potrafi dobić do prawie 400 zł. Trzeba przyznać: Włosi cenią swoje autostrady. Chyba nigdzie indziej w Europie nie płaci się aż tyle za przejazd.

Paliwo – zjedź z autostrady

Druga ważna lekcja: nigdy nie tankuj na stacjach przy autostradzie. Szczególnie w Austrii. Różnica potrafi wynosić ponad 2 złote na litrze. Dwa złote! To ponad 100 zł na jednym baku.

Wystarczy zjechać do najbliższej miejscowości — cena spada do około 1,45 euro. Nasze auto nie ma dużego baku, a poza tym staramy się nie jeździć „na oparach”. Mamy więcej postojów, ale w portfelu zostaje sporo więcej.

Głodny podróżnik (ciąg dalszy)

(Dla przypomnienia: w poprzednim odcinku Włosi zamknęli nam restaurację przed nosem i poszliśmy spać głodni.)

Wyjeżdżamy przed śniadaniem. Chcemy jechać jak najwięcej za dnia, a poza tym nie możemy już patrzeć na to, co serwują w Gemini Suites. Liczymy na porządny obiad gdzieś przy hotelu. Może nawet uda się zamówić moją ulubioną austriacką zupę — rosół z kluskami z naleśnika.

Niestety. Jedyna restauracja w okolicach Penzion Winter jest zabita deskami. Ratujemy się sklepem… pod który podjeżdżamy o 19:33. A sklepy w Austrii są czynne do 19:30. Spóźniliśmy się trzy minuty.

Kolacja z konieczności

Zostają nam jakieś ciastka, paczka włoskiej wędliny i sera, które miały dojechać aż do Warszawy. Cóż — darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Jemy, co mamy, i kładziemy się wcześniej spać. Podobno jak człowiek śpi, to nie czuje głodu. Podobno.

Śniadanie jak zbawienie

Na śniadaniu jesteśmy pierwsi. Pani kelnerka specjalnie dla nas zapala światło. I jest… naprawdę nieźle. Duży wybór, świeże pieczywo. W końcu jemy coś normalnego. Uff.

Jesteśmy gotowi do drogi. Przed nami ostatni odcinek. Anka trochę się martwi — w Polsce zamiecie, śnieżyce, korek na S7 i takie tam.

Śnieg łapie nas w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego. Najpierw delikatnie, a potem — jakieś 40 minut przed Warszawą — z pełną mocą. Ruch zwalnia do 80 km/h.

Ani się waż jechać szybciej — słyszę od Anki.

No to wleczemy się do domu w scenerii jak z Narnii.

Meta

Pod dom podjeżdżamy przed 19:00.
Mamy to.
Udało się.

Rzym zimą — zaliczony.
Samochodem.
Z rowerami.

Było ŚWIETNIE.