Rzym zimą. Spacer po Rzymie i bolesna lekcja transportu publicznego

Śniadanie bez pośpiechu (i zmiana warty)

Śniadanie jemy dziś wyraźnie później. Nie mamy już siły zrywać się o świcie – organizm też ma swoje prawa.

Wróciła pani Jedda. Przez ostatnie dwa dni zastępowała ją Sonia, uosobienie życzliwości i uważności. Sonia czytała nam w myślach. Wystarczyło spojrzeć w stronę czegoś, na co człowiek miał ochotę, a już to lądowało na stole.

Pani Jedda jest inna. Sprawna, konkretna, trzyma nas krótko. Koniec sielanki – wróciła codzienność i musztra.

Dziś bez rowerów – eksperyment z komunikacją miejską

Postanawiamy iść do miasta bez rowerów. Dziś stawiamy na spacer i transport publiczny. Początek jest obiecujący. Pierwszy autobus przyjeżdża po 10 minutach. Kilka przystanków później jesteśmy na stacji metra.

Metro przypomina to londyńskie – wąskie korytarze, mnóstwo schodów ruchomych. Zjeżdżamy w dół raz, drugi, trzeci… a potem jeszcze zwykłe schody. Dopiero tam, w prawdziwych czeluściach ziemi, znajduje się peron.
Samo metro jest czyste i szybkie. Po 40 minutach jesteśmy na miejscu. Myślimy: no proszę, da się.

To złudzenie nie potrwa długo.

Hiszpańskie Schody i plan Any

Zwiedzamy dziś pieszo, według mapy przygotowanej przez Anię i jej koleżankę, Kasię.

Pierwszy punkt: Hiszpańskie Schody – dla mnie to już trzeci raz podczas tego wyjazdu. Nie narzekam. To jedno z tych miejsc, które za każdym razem wygląda trochę inaczej.

Piazza Navona – pączek jak koło ratunkowe

Docieramy na Piazza Navona, z jej fontannami.  Fontanny nie są tylko ozdobą – tworzą spójną opowieść o potędze, ambicji i rywalizacji. W centrum placu stoi Fontanna Czterech Rzek, arcydzieło Berniniego, symbolizujące cztery wielkie rzeki znanego w XVII wieku świata: Nil, Dunaj, Ganges i Rio de la Plata – czyli cztery strony globu podporządkowane Rzymowi i Kościołowi. Po północnej stronie znajduje się Fontanna Neptuna, z dynamiczną sceną walki boga mórz z ośmiornicą; co ciekawe, sama figura Neptuna została dodana dopiero w XIX wieku, by zrównoważyć kompozycję placu. Od południa zamyka całość Fontanna Maura, również związana z Berninim, przedstawiająca muskularną postać Maura zmagającego się z delfinem. Razem fontanny tworzą teatralną scenę barokową, w której woda, ruch i napięcie nieustannie konkurują o uwagę widza – dokładnie tak, jak ich twórcy konkurowali ze sobą o sławę i papieskie zlecenia.

Ania kupuje tu pączka. Taki z dziurą w środku. Tak ogromny, że mógłby spokojnie robić za koło ratunkowe. Rzym potrafi zaskakiwać nie tylko architekturą.

Caravaggio – czerń, która wciąga

Odwiedzamy kościół z obrazami Caravaggia. Trzy jego dzieła wyraźnie odcinają się od reszty.

Czerń jest bardziej czarna. Sceny bardziej surowe, bardziej uniwersalne. Postacie biblijne nie są „upiększone” – są ludzkie, ciężkie, prawdziwe.

To malarstwo, które się nie podoba. Ono działa.

Panteon – geometria doskonałości

Przychodzi czas na Panteon.

Chwilę czekamy przy budce z biletami, ale warto absolutnie każdej minuty.

Ogrom, harmonia i kunszt inżynierski antycznego świata robią piorunujące wrażenie. Oculus hipnotyzuje. Te gigantyczne kolumny, monumentalne wejście, a w środku – właściwie pusto. I właśnie dlatego tak pięknie.

To miejsce jest dowodem na to, że historia potrafi być zapisana w intelekcie, a nie tylko w kamieniu.

Panteon w obecnej formie powstał za panowania Hadriana – i co ciekawe, cesarz nie przypisał sobie za to chwały, pozostawiając inskrypcję poprzednika. Rzadkość wśród władców i nie tylko.

Fontanna di Trevi – bajka w kamieniu i wodzie

Fontanna di Trevi jest piękna. Robi ogromne wrażenie.

To prawdziwie bajkowy świat rzeźby i wody. Tłumy są dzikie, ale kolejka posuwa się dość sprawnie. Można spokojnie spędzić tu sporo czasu.
Fontanna jest ogromna, a każda z postaci wygląda tak, jakby za chwilę miała się poruszyć.

Fontanna di Trevi zachwyca mnie nie tylko rozmachem rzeźb i teatralną grą wody, ale też swoją ciągłością z antycznym Rzymem. Woda, która spływa kaskadami do basenu fontanny, pochodzi z akweduktu Aqua Virgo, zbudowanego w 19 roku p.n.e. za czasów cesarza Augusta. To jeden z nielicznych akweduktów starożytnego Rzymu, który działa nieprzerwanie do dziś. Według legendy źródło wody wskazała rzymskim żołnierzom młoda dziewczyna – stąd nazwa Virgo. Gdy stoi się przy fontannie, ma się świadomość, że ta sama woda płynęła tu już ponad dwa tysiące lat temu, gasząc pragnienie antycznego miasta.

To wszystko sprawia, że Trevi nie jest dla mnie tylko barokowym widowiskiem, ale żywym mostem między starożytnością a współczesnym Rzymem.

Plac Wenecki, Kapitol i mój cesarz

Docieramy na Plac Wenecki, a potem na Kapitol.
Na środku placu – pomnik Marek Aureliusz. Tak, mojego ulubionego rzymskiego monarchy.
Marek siedzi na koniu i góruje nad miastem – tak jak jego panowanie górowało nad innymi. Choć uczciwie trzeba przyznać: Hadrian również był znakomitym władcą.

W tle monumentalny pomnik Vittorio Emanuele II – dużo nowszy, olbrzymi, wręcz przytłaczający swoją skalą.

Starbucks i kubek „ode mnie dla mnie”

Robimy pauzę w Starbucksie. Szukamy kubków na zamówienie.

Kubka dla Kamy nie znajdujemy, ale za to ja kupuję kubek z Rzymem.

Od siebie. Dla siebie. Bez wyrzutów sumienia.

Trastevere, Osteria Romana i wino, które rozwiązuje język

Idziemy pieszo na Trastevere. Tam trafiamy do Osterii Romana.
Jedzenie – klasyczne, włoskie, pyszne. Atmosfera świetna. Rozmawiamy z managerem, który spędził 7 lat w Polsce. Mówi nawet trochę po polsku.

Anka lekko się upija winem. Ma świetny humor, ciągle myli słowa. Jej się to praktycznie nie zdarza, za to mnie ciągle. Jest kupa śmiechu. Takie momenty zostają na długo.

Powrót, który nas dobił

Z restauracji wychodzimy o 18:20.
Do hotelu docieramy… o 20:40.

Tak – z Trastevere na Monte Mario jedziemy ponad dwie godziny.
Tyle, co z Warszawy do Kazimierza Dolnego. Szok i niedowierzanie.

Czekamy na autobusy tak długo, że prawie zamarzamy. Do tego są potwornie zatłoczone, mimo że jest już po 20:00. Ledwo udaje nam się do jednego wsiąść. Rozpycham się łokciami, jak jakiś cham.

Po drodze korki, kolejne czekanie, żadnego sensownego rozkładu jazdy. Teoretycznie można sprawdzić autobus „w czasie rzeczywistym” – praktycznie widzimy, że następny będzie za 37 minut. A potem jeden przyjeżdża, a tuż za nim drugi, zupełnie pusty. Totalny chaos.

Wnioski z eksperymentu

Zrobiliśmy eksperyment: zostawiliśmy rowery.
Tak – było wygodniej w ciągu dnia. Nie trzeba było przeciskać się przez tłumy.

Ale powrót do hotelu nas wykończył. Ponad dwie godziny. Nie do pomyślenia.

Rzym jest cudowny.
Ale jeśli pytasz o transport publiczny – odpowiedź brzmi: to zależy.