Rzym zimą. Tybr i Via Appia Antica

Pierwsza rowerowa wyprawa po Rzymie

Ruszamy na pierwszą wycieczkę rowerową po Rzymie. Cel jest jasny: Via Appia Antica. Najstarsza z dróg. Królowa wszystkich dróg. Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu.

Wyjazd po raczej dostatecznym śniadaniu. Anka nie tknęła nawet jajecznicy – była zimna. Ja wcisnąłem swoją bardziej z rozsądku niż z przyjemności. Widok jednak wszystko wynagradza. Śniadania są podawane na ostatnim piętrze naszej kamienicy, a z balkonu rozciąga się widok na okoliczne domy. Jesteśmy na wzgórzu, więc jest po prostu pięknie.

Pani od kawy i zasady śniadania

Opiekuje się nami starsza pani – chyba Giudda, albo coś bardzo podobnego. Zakładamy, że to mama kobiety, która poprzedniego dnia wpuściła nas do hotelu i wydała klucze. Mama jest rzeczowa, konkretna i rządzi kuchnią żelazną ręką. Panuje nad maszyną do kawy i instruuje, jak nakładać jedzenie.
„Proszę nie brać chleba ręką” – karci mnie bez cienia wątpliwości.

Jest wyraźnie rozczarowana, że nie zamawiamy cappuccino. Anka prosi o jakieś kawowe wynalazki: lungo, a potem i tak wodę, bo na co dzień pije amerykanę. Jest zabawnie, choć Anka wychodzi ze śniadania głodna – co będzie miało znaczenie później.

Komoot kontra rzeczywistość

W pośpiechu wybieram w Komoocie trasę, która w tytule ma „Via Appia Antica”. Jesteśmy przekonani, że zaprowadzi nas na tę legendarną drogę, którą podróżował nawet apostoł Paweł.

Nic bardziej mylnego.
Po prawie 15 kilometrach pięknej trasy wzdłuż Tybru lądujemy… przy Stadionie Olimpijskim. Jest pięknie, ale Porta San Sebastiano, czyli faktyczny początek Via Appia Antica, leży w zupełnie innej części Rzymu.

Rezygnujemy z Komoota i przechodzimy na Google Maps. Straciliśmy co najmniej 45 minut, ale było warto. Przejechaliśmy Rzym wzdłuż rzeki w obie strony – szeroka, świetna ścieżka rowerowa, mnóstwo biegaczy.

Miasto biegaczy

Zresztą biegaczy widzieliśmy już pod samym domem. Okazuje się, że mieszkamy na wzgórzu. Zjeżdżaliśmy z niego przez dobre 4 kilometry, a towarzyszyli nam biegacze wszelkiego typu: młodzi, starsi, w średnim wieku, sami lub w grupkach, mniej lub bardziej zaawansowani. Było ich naprawdę wielu.
„Szacun” – myślę sobie. Włosi naprawdę dbają o siebie. Tego ich nie znałem.

Punkt zero: Via Appia Antica

W końcu docieramy do punktu zero. Via Appia Antica jest przed nami – a właściwie pod naszymi kołami. Królowa wszystkich dróg. Pierwsza rzymska „autostrada”, choć bez samochodów. I co niesamowite – służy jako droga do dziś, po ponad dwóch tysiącach lat.

Villa Maxentiusa i obrazy z przeszłości

Po drodze odwiedzamy Villę Maxentiusa. Smutna historia ostatniego pogańskiego cesarza. Musiał bardzo kochać swojego syna – zbudował dla niego piękne mauzoleum. Chłopiec zmarł jednak bardzo młodo. Obok znajduje się cyrk, w którym odbywały się wyścigi rydwanów.

Korzystamy z AI, które opowiada nam o tych miejscach. Niektóre opisy naprawdę poruszają wyobraźnię:

Wyobraź sobie:
– dziesiątki tysięcy widzów
– kibiców krzyczących za swoimi drużynami (Czerwoni, Biali, Niebiescy, Zieloni)
– hazard, krzyki, obelgi, eksplozje radości
– tumany kurzu, dudniące kopyta, zderzające się koła

To nie był grzeczny sport – raczej mieszanka współczesnej piłki nożnej, Formuły 1 i ryzyka na poziomie walk gladiatorów.

Park Archeologiczny Appia Antica

Potem wchodzimy do Parco Archeologico dell’Appia Antica. Za bilet w cenie 8 euro zwiedzamy wszystkie dostępne obiekty. Niezły deal, choć jednego punktu musieliśmy się trochę naszukać – jadąc w jedną stronę po prostu go minęliśmy.

Spotkanie z Leonardem

Pod wejściem spotykamy Leonarda – około 65-letniego mężczyznę. Nie, nie jest Włochem. Jest Amerykaninem, który mieszka teraz na południu Włoch. Fotograf. Opowiada nam historie o swoich żonach, a przy tym nie przestaje komplementować Ani i jej urody. Z wielką satysfakcją robi sobie z nią zdjęcie.

Zaprasza nas do hotelu prowadzonego przez kogoś z jego rodziny – podobno widok na zachód słońca nad Rzymem jest stamtąd niesamowity.

Prosto jak strzała Robin Hooda

Jedziemy dalej, odwiedzając kolejne stanowiska archeologiczne. Przewodnicy są bardzo pomocni, czasem wręcz pełni entuzjazmu. Jeden z nich „przygarnia” nas i z pasją opowiada nowożytną historię tej drogi.

Via Appia Antica ma tu 15–20 kilometrów. W końcu wyjeżdżamy z miasta, niemal pod samo lotnisko. Droga biegnie grzbietem wzgórza – prosta jak strzała Robin Hooda.

Bazalt, który uczy pokory

Dziś wcale nie jest łatwo po niej jechać. Wiele fragmentów składa się z oryginalnych bloków bazaltu – dużych, nierównych kamieni. Nie były układane tak, by tworzyły gładką nawierzchnię. Łatwo się przewrócić.

Jedna starsza pani z grupy jadącej naprzeciwko zalicza upadek. To dla nas jasny sygnał: tej drogi nie wolno lekceważyć.

Myśli o imperium i przemijaniu

To niesamowite przeżycie – jechać drogą, po której chodzili ludzie sprzed dwóch tysięcy lat. Chodził nią apostoł Paweł.
Z jednej strony zachwyt nad trwałością rzymskiej inżynierii. Z drugiej – sama koncepcja państwa, sieci dróg umożliwiających wymianę kulturową, gospodarczą i militarną.
I jeszcze trzecia myśl: ulotność ludzkich planów. Ruiny po drodze mówią jasno – ktoś włożył w to ogrom pracy, ale czas zrobił swoje. Ozymandias.

Głód i włoska magia

Anka od kilku godzin marudzi, że jest głodna. Zagląda nawet za bramę prywatnego domu, z którego wydobywa się zapach jedzenia.
„Może to restauracja?” – niemal słyszę jej myśli.

Restaurację znajdujemy dopiero po zjechaniu z Via Appia Antica. Z ulicy wygląda niepozornie. Przypinamy rowery i wchodzimy wąską ścieżką w głąb ogrodu. Przechodzimy przez rozpadające się drzwi i… uderza nas harmider włoskich rozmów, zapach jedzenia i kolory świątecznych dekoracji.

W środku około trzydziestu stolików. W jednej części ogromnej sali trwa rodzinne przyjęcie – trzy, a może cztery pokolenia. Śmiech, rozmowy, śpiew, wiwaty. Atmosfera jest niesamowita i udziela się również nam.

Jedzenie dla pułku

Dostajemy tyle jedzenia, że wystarczyłoby na dwa, a może trzy dni. Kelnerka wyraźnie polubiła Ankę – zagaduje ją przy każdym podejściu, śmieje się, że nie damy rady wszystkiego zjeść. Grozi, że nie pozwoli nam wyjść, dopóki nie skończymy pieczonych ziemniaków.

Na siłę wpycham ostatniego jak chomik. Dobrze, że to Anka idzie płacić – dziewczyny jeszcze chwilę rozmawiają. Dostajemy zniżkę, a na rachunku kelnerka rysuje dwa serduszka.

Nocny powrót do hotelu

Przed nami jeszcze 20 kilometrów. Jest już ciemno. Jedziemy według Google Maps – Komootowi chwilowo nie ufamy. Połowę trasy pokonujemy piękną ścieżką wzdłuż Tybru, ale nocą wszystko wydaje się ciemne i lekko złowrogie. To nie są warszawskie Bulwary Wiślane.

Potem przedzieramy się przez miasto zwykłymi drogami. Samochody, autobusy, vany. Anka dzielnie walczy ze strachem. Przez kilka kilometrów jedziemy drogą przypominającą ekspresówkę, wijącą się wokół wzgórza, na które musimy się wspiąć.
Uff. Dobrze, że mamy elektryczne rowery. 20 km/h pod górę robi różnicę.

Jarmark bożonarodzeniowy

Po drodze trafiamy na jarmark bożonarodzeniowy. Piękny – wokół fontanny, pełen kolorowych, pachnących straganów. Zostawiamy rowery (oczywiście zapięte) i ruszamy na zakupy.
Kolczyki dla Anki, śliczny breloczek dla Moniki, słodycze na wieczór. Ja już marznę, ale Anka nalega, by obejść jarmark dookoła.

9 godzin w grudniu

Do hotelu docieramy chwilę po 19:00.
Ponad 9 godzin na dworze. W grudniu.
Czad.

A jutro – wielka historyczna atrakcja.