Wycieczka śladami Marii Skłodowskiej-Curie z przewodniczką
Od jakiegoś czasu czytam biografie znanych postaci historycznych. Mam już na koncie Leonarda da Vinci, Benjamina Franklina i kilka innych niezwykłych osób. W pewnym momencie – zupełnie naturalnie – stworzyłem sobie w głowie ranking najbardziej wpływowych ludzi, takich prawdziwych difference makers.
Na szczycie tej listy przez długi czas był Benjamin Franklin. Totalnie mnie ujęło to, jak podchodził do rozwoju osobistego, do dzielenia się wiedzą i doświadczeniem z innymi, ale też jego wkład w budowę Stanów Zjednoczonych. No i oczywiście wynalazki – zwłaszcza te związane z elektrycznością. Mało kto dziś pamięta, że to właśnie Franklin ukuł termin „bateria”, opisując zestaw połączonych kondensatorów – słowo, które do dziś nosimy w kieszeni w naszych telefonach.
Zupełnie się nie spodziewałem, że gdy zacznę czytać biografię Marii Skłodowskiej-Curie, poleconą mi przez jednego z uczniów, pozycja Benjamina zostanie zagrożona. Z każdym kolejnym rozdziałem Maria pięła się po szczeblach mojego rankingu, wyprzedzając Leonarda, Arnolda i innych. To, czego dowiadywałem się z biografii napisanej przez jej córkę, było niezwykle inspirujące. Rysował się obraz osoby absolutnie nieprzeciętnej – prawdziwej superbohaterki. Kogoś, kto bez problemu mógłby być częścią Avengersów… gdyby ci istnieli naprawdę.
Na kilka rozdziałów przed końcem Maria wyprzedziła Benjamina i wręcz wystrzeliła w kosmos. Cóż za niezwykła osoba. Cóż za niezwykła rodzina. Pięć Nagród Nobla w jednej rodzinie. PIĘĆ! A przecież nawet to nie oddaje w pełni skali ich wpływu na świat.
Zainspirowany jej życiem, postanowiłem dowiedzieć się jeszcze więcej. Anka podesłała mi informację o spacerze z przewodniczką śladami Marii Skłodowskiej-Curie. Nie mogliśmy pójść w zaproponowanym terminie, ale pani przewodniczka zgodziła się zabrać nas – w kameralnym, rodzinnym gronie – na prywatną wycieczkę. Najlepiej wydane pieniądze!
Nasza przewodniczka była świetna: mówiła rzeczowo, ale jednocześnie bardzo ciekawie i z pasją. Opowieści o Marii przeplatała anegdotami z życia innych postaci związanych z historią Warszawy. Wspomniała na przykład o Adamie Kotowskim – postaci dziś niemal zapomnianej, a w XVII wieku jednej z najbardziej wpływowych osób na dworze Władysława IV. Kotowski zaczynał jako zwykły chłop małorolny, a dzięki inteligencji, lojalności i talentowi organizacyjnemu doszedł do pozycji królewskiego zaufanego i zarządcy królewskich finansów. Historia niemal biblijna – trochę jak Józef na dworze faraona. Widać było, jak bardzo ta opowieść ekscytuje naszą przewodniczkę – i udzieliło się to także nam.
Trzeba też dodać, że Warszawa w okresie świątecznym zachwyca. Światełka, instalacje, dekoracje, jarmarczne stragany, zapach domowego smalcu, para unosząca się znad gorącej zupy serwowanej w papierowych miskach, ludzie w ludowych strojach. Trafiliśmy nawet na paradę wzorowaną na amerykańskich marching bands – młode dziewczyny maszerowały środkiem Traktu Królewskiego, wywijając buławami w rytm bębnów. Niesamowity klimat.
Dwie godziny minęły jak z bicza strzelił. Brzuchy zaczęły już wyraźnie domagać się uwagi, więc myśli naturalnie odpłynęły w stronę czegoś ciepłego i konkretnego – w kierunku Bin Bin na Twardej.
To była naprawdę świetna wycieczka. Kolejny raz okazało się, że uczenie się o innych ludziach może być głęboko inspirujące. Idealnie wpisuje się to w moją osobistą misję:
to open doors to knowledge about the world, people and ideas,
so that you can become a better person – both professionally and personally.




