Gdzieś muszą przecież jechać

Karpacz, Schronisko Odrodzenie, Czarnów i Miedzianka

W zasadzie wprosiłem się na wyjazd Anki i Agnieszki.

Ale tylko trochę.

Dziewczyny już wcześniej umówiły się, że pojadą na weekend w góry, żeby Anka mogła zdobyć kolejne pieczątki do Korony Gór Polski. Nie chciałem im się wbijać w ich babski wyjazd, więc zaproponowałem układ kompromisowy.

Pojedziemy razem.

A potem one pójdą w góry, a ja zabiorę Ellie i gdzieś sobie pojadę.

Plan został zaakceptowany.

O 4:30 rano Agnieszka zapakowała się do Ori i ruszyliśmy w stronę Karpacza. Dziewczyny dość szybko zasnęły.

Wcale im się nie dziwię.

O 4:30 normalni ludzie śpią.

Ja odpaliłem sobie podcast The Art of Manliness i jechałem. Trochę po dziewiątej byliśmy już pod wejściem do świątyni Wang. Zostawiłem dziewczyny, zostawiłem samochód i ruszyłem na swoją wycieczkę.

Dokąd?

Nie miałem pojęcia.

Komoot wie najlepiej

Jakąś trasę oczywiście miałem.

Coś tam sobie wcześniej wbiłem w Komoot. Nie studiowałem jej przesadnie dokładnie, bo przecież co może pójść nie tak?

Okazało się, że całkiem sporo.

Wjechałem do lasu i po chwili znalazłem się na ścieżce zbudowanej z kamieni mniej więcej wielkości pralek automatycznych.

Ellie dzielnie próbowała je pokonywać.

Jęczała.

Ja też trochę jęczałem.

Po jakimś czasie uznałem, że nasz związek z tą trasą nie ma przyszłości. Zszedłem z roweru i zacząłem go prowadzić. Na szczęście było w dół, więc przynajmniej mogłem udawać, że właśnie taki miałem plan.

Kiedy wreszcie dotarłem do asfaltu, postanowiłem znaleźć coś bardziej przyjaznego.

I wtedy pojawiły się singletracki.

Olbrzymy.

Nazwa szybko okazała się całkiem adekwatna. Ścieżki wiły się między ogromnymi głazami, drzewami i korzeniami. Zacząłem od sekcji 53.

Potem była następna.

I następna.

I jeszcze jedna.

I nagle okazało się, że mamy z Ellie świetną zabawę.

Rower przestał jęczeć. Ja też.

Tak jest dużo lepiej.

Gdzieś muszą przecież jechać

W końcu singletrack wyrzucił mnie na asfalt.

W tej samej chwili przemknęła obok grupka kolarzy.

Popatrzyłem za nimi.

"Gdzieś przecież muszą jechać." - pomyślałem.

To była mniej więcej cała logika mojego dalszego planu.

Kolarze oczywiście szybko zniknęli za zakrętem, bo byli kolarzami, a ja byłem facetem na ciężkim elektrycznym rowerze z aparatem, sakwami i dronem, który od rana nie bardzo wiedział, dokąd jedzie.

Ale pomysł okazał się dobry.

Po chwili dotarłem do parkingu, z którego turyści ruszali w stronę Schroniska Odrodzenie.

Popatrzyłem na drogę.

Popatrzyłem na znak.

Popatrzyłem na góry.

Super. Mam cel.

Pojadę rowerem do schroniska.

Początek był przepiękny.

Asfalt. Słońce. Lekki wiatr. Góry dookoła.

Czysta przyjemność.

Potem zrobiło się trochę bardziej pod górę.

Potem jeszcze bardziej.

A potem bardzo.

W końcu zrzuciłem przerzutkę na sam dół i podniosłem wspomaganie.

Niewiele to zmieniło.

Gdyby szlakiem szedł żółw to by spokojnie mnie wyprzedził, rzucił krótkie spojrzenie pełne politowania i zniknął za zakrętem.

Ale jechałem.

Powoli.

Mozolnie.

Do przodu.

Najgorsze, co możesz zrobić, to się zatrzymać

Po drodze pojawiła się informacja, że wjeżdżam na teren parku narodowego i trzeba kupić bilet.

Musiałem się zatrzymać.

A zatrzymanie ciężkiego roweru na bardzo stromym podjeździe ma jedną zasadniczą wadę.

Potem trzeba znowu ruszyć.

Spróbowałem.

Łańcuch wydał z siebie dźwięk sugerujący, że właśnie kończy naszą wieloletnią znajomość.

Przerzutki przestały działać.

Świetnie.

Na szczęście została mi jedna.

Ta właściwa.

Najniższa.

Ta, której potrzebowałem do podjazdu.

Uznałem więc, że nie będę wybrzydzał.

Resztę drogi pokonałem tempem zbliżonym do turystów idących pieszo. Tylko oni wyglądali przy tym zdecydowanie bardziej godnie.

W końcu dotarłem do Odrodzenia.

I było warto.

Schronisko jest pięknie położone. Przed nim otwiera się szeroki widok na dolinę i góry po czeskiej stronie. Można usiąść, patrzeć i przez chwilę naprawdę nie mieć potrzeby jechać nigdzie dalej.

Ja dodatkowo miałem potrzebę zjedzenia czegoś.

Zamówiłem schabowego.

I oczywiście szarlotkę.

Bo przecież istnieje jakiś regulamin schronisk górskich i jestem prawie pewien, że jeden z punktów brzmi:

Turysta po dotarciu do schroniska zobowiązany jest zjeść szarlotkę.

Nie będę łamał przepisów.

Czterdziestka w górach

W schronisku było sporo ludzi.

Po chwili do mojego stolika dosiadły się trzy dziewczyny. Okazało się, że wybrały się wspólnie w góry, żeby celebrować swoje  czterdzieste urodziny.

Bardzo dobry pomysł na czterdziestkę.

Pogadaliśmy o górach, spaniu w schroniskach, trasach i różnych przygodach na szlaku.

Takie przypadkowe rozmowy bardzo lubię.

Jeszcze godzinę wcześniej nie wiedziałem nawet, że tutaj przyjadę. Teraz siedziałem w schronisku gdzieś wysoko w Karkonoszach, jadłem szarlotkę i rozmawiałem z trzema zupełnie obcymi osobami o podróżach.

Całkiem udany brak planu.

Ale trzeba było wracać.

Pożegnałem nowe znajome i poszedłem zobaczyć, czy uda mi się przekonać przerzutki do dalszej współpracy.

Udało się.

No. To teraz z górki.

Dosłownie.

Hamulce mają inne zdanie

Do Karpacza miałem około 12 kilometrów.

Wbiłem trasę i zacząłem zjeżdżać.

I wtedy przypomniała mi się pewna drobna informacja.

Przecież ja już przed wyjazdem wiedziałem, że moje hamulce wymagają naprawy.

Wiedziałem.

Naprawdę.

Po prostu uznałem najwyraźniej, że najlepszym miejscem do dalszego testowania niesprawnych hamulców będą Karkonosze.

Genialne.

Po kilkuset metrach pierwsza klamka zaczęła się zapadać.

Potem druga.

Naciskam hamulec.

Nic.

Naciskam mocniej.

Nadal prawie nic.

Za to pojawił się bardzo wyraźny zapach rozgrzanego metalu.

To jeden z tych momentów, kiedy mózg błyskawicznie przestaje zajmować się pięknem krajobrazu.

Na szczęście jechałem wolno.

Udało mi się zatrzymać bez kontaktu z drzewem, turystą ani elementami karkonoskiej infrastruktury.

Dałem hamulcom odpocząć.

Kiedy ostygły, zaczęły znowu działać.

Od tej chwili zjeżdżałem bardzo spokojnie. Chwilę hamowałem tyłem. Potem przodem. Potem znowu tyłem.

I przede wszystkim pilnowałem, żeby się nie rozpędzić.

Trochę to trwało.

Ale dojechałem.

Cały.

Ellie też.

I dostałem przy okazji krótkie szkolenie praktyczne pod tytułem:

Jeżeli przed wyjazdem w góry wiesz, że hamulce trzeba naprawić, to napraw hamulce przed wyjazdem w góry.

Program szkolenia uważam za wyjątkowo skuteczny.

Nic nie trzeba

Nocowaliśmy z dziewczynami w różnych miejscach, więc wieczorem już się nie spotkaliśmy.

Zresztą wszyscy byliśmy zmęczeni.

Następnego ranka Anka i Agnieszka ruszyły jeszcze na Skalnik, a ja pojechałem do Czarnowa, żeby tam na nie poczekać.

Przez moment miałem pomysł, żeby jeszcze trochę pojeździć.

Uruchomiłem Ellie, ale ona szybko mi przypomniała o hamulcach, a raczej ich braku.

Zakapowałem ją więc na bagażnik. 

Rozsądny kompromis.

Wyciągnąłem drona, trochę polatałem, zrobiłem kilka zdjęć, a potem rozłożyłem koc na trawie.

Słońce świeciło.

Przede mną były góry.

Nie miałem dokąd jechać.

Nie miałem niczego do zdobycia.

Nie musiałem nic organizować, sprawdzać ani załatwiać.

Miałem tylko poczekać, aż Anka i Agnieszka zejdą ze Skalnika.

Położyłem się.

I nawet na chwilę zasnąłem.

Już dawno na nic mi się tak miło nie czekało.

Miedzianka

Po drugiej po południu dziewczyny dotarły na parking i ruszyliśmy do Warszawy.

Po drodze Agnieszka zaproponowała jeszcze jeden przystanek.

Browar Miedzianka.

I tutaj pojawiła się zupełnie inna historia.

Sama miejscowość zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Dawne górnicze miasteczko. Kopalnie. Uran. Wysiedlenia. Miejsce, które niemal zniknęło, a potem zaczęło wracać do życia.

Im więcej słuchałem, tym bardziej rosła moja ciekawość.

Tym razem nie było już czasu na dokładniejsze poznawanie historii.

Ale Miedziankę wpisałem sobie na listę.

Muszę tu wrócić.

Nie przejazdem.

Na spokojnie.

Z aparatem.

I z czasem, żeby trochę pogrzebać w historii tego niezwykłego miejsca.

Bez większego planu

To była niedziela. Ostatni dzień wakacji.

Byłem przekonany, że powrót do Warszawy będzie jednym wielkim korkiem.

Nie był.

Droga była zaskakująco spokojna i po około pięciu godzinach byliśmy już na Mokotowie.

I tak skończył się weekend, na który właściwie nie miałem żadnego konkretnego planu.

Pojechałem za przypadkowymi kolarzami.

Wylądowałem w schronisku.

Prawie ugotowałem hamulce.

Zjadłem obowiązkową szarlotkę.

Poznałem trzy dziewczyny świętujące czterdziestkę.

Spałem na kocu pod Skalnikiem.

A na koniec odkryłem miejsce, do którego chcę wrócić.

Całkiem sporo jak na człowieka, który rano nie wiedział nawet, dokąd jedzie.

Może następnym razem zrobię dokładny plan.

Chociaż…

w sumie ten brak planu sprawdził się całkiem nieźle.