Pod powierzchnią
Czy lubisz spędzać czas ze sobą samym?
Gdy byliśmy nad jeziorem Piłakno, wstałem rano — jak to mam w zwyczaju — i poszedłem na spacer z aparatem.
Wszyscy jeszcze spali.
Wieś Moradzki Chojniak też chyba jeszcze spała. Dwie ulice, kilka domów, małe wzgórze, jezioro rozlewające się łagodnie między drzewami. Od czasu do czasu jakiś ptak uznawał, że cisza trwa już wystarczająco długo, i dawał o sobie znać.
Poza tym spokój.
Chodziłem tak trochę ponad dwie godziny. Ja i Kanshi — mój aparat.
Nikt niczego ode mnie nie chciał. Nie trzeba było odpowiadać na wiadomości. Nie trzeba było prowadzić rozmowy. Nie trzeba było niczego organizować. Mogłem się zatrzymać, gdy zobaczyłem ciekawe światło. Skręcić w boczną drogę. Postać chwilę nad wodą.
Dwie godziny dla siebie.
I pomyślałem wtedy, że naprawdę lubię własne towarzystwo.
To chyba dobrze.
Jest czas na ludzi. I jest czas bez ludzi
Dzień wcześniej było zupełnie inaczej.
Miło było spędzić czas z Kasią i Patrykiem. Posłuchać Mateusza, naszego instruktora nurkowania, który studiował podwodną archeologię. Porozmawiać. Pośmiać się. Zjeść wspólnie posiłek u Janki. Być razem.
Lubię ludzi.
Potrzebuję ludzi.
Wiele z najpiękniejszych rzeczy w moim życiu wydarzyło się właśnie pomiędzy ludźmi.
Ale Biblia przypomina, że „na wszystko jest wyznaczony czas — czas na każdą sprawę pod niebiosami”.
Jest więc czas rozmowy.
I czas ciszy.
Czas bycia razem.
I czas bycia samemu.
Tyle że tego ostatniego chyba coraz bardziej trzeba się uczyć.
Bo łatwo pomylić bycie samemu z samotnością.
Angielski daje tutaj całkiem przydatne rozróżnienie: loneliness i solitude. Pierwsze słowo niesie ze sobą poczucie braku. Nie ma obok mnie człowieka, którego potrzebuję. Drugie może oznaczać coś zupełnie innego: świadomie wybraną przestrzeń, w której na jakiś czas zostaję sam.
Nie uciekam od ludzi.
Po prostu zostaję ze sobą.
I odkryłem, że to jest umiejętność.
Co robisz, kiedy nikt do ciebie nie mówi?
To wcale nie jest takie oczywiste.
Żyjemy w świecie, w którym niemal każdą pustą przestrzeń można czymś wypełnić.
Stoisz w kolejce — telefon.
Jedziesz autobusem — telefon.
Czekasz na kogoś — telefon.
Idziesz na spacer — podcast.
Jedziesz samochodem — audiobook.
Ćwiczysz — muzyka.
Nie mam nic przeciwko żadnej z tych rzeczy. Sam uwielbiam audiobooki. Potrafię przejechać z książką w uszach pół Polski i jeszcze być niezadowolony, że podróż skończyła się za szybko.
Ale jest w tym pewna pułapka.
Jeżeli każdą chwilę ciszy natychmiast czymś zapełniam, to kiedy właściwie mam usłyszeć siebie?
Kiedy mam zauważyć, co siedzi mi w głowie?
Co mnie cieszy.
Co mnie uwiera.
Za czym tęsknię.
Czego się boję.
Co zrobiłem dobrze.
A co powinienem zrobić inaczej.
Nie wszystkie moje myśli są szczególnie mądre. Niektóre należałoby prawdopodobnie uprzejmie wysłuchać, podziękować im za wizytę i pokazać drzwi.
Ale żeby to zrobić, trzeba je najpierw usłyszeć.
Dawid podczas straży nocnych
Biblia jest pełna ludzi, którzy potrafili zatrzymać się i rozmyślać.
Dawid wydaje mi się tutaj szczególnie interesujący.
Był człowiekiem niezwykle aktywnym. Pasterz. Wojownik. Uciekinier. Król. Człowiek odpowiedzialny za innych. Jego życie z pewnością nie przypominało spokojnego weekendu nad mazurskim jeziorem.
A jednak potrafił stworzyć sobie przestrzeń na rozmyślanie.
W Psalmie 63, napisanym, gdy przebywał na Pustkowiu Judzkim, mówi:
„Wspominam Cię na swoim łóżku, rozmyślam o Tobie podczas straży nocnych”.
Nie scrollował, kiedy nie mógł zasnąć.
Rozmyślał.
W innym psalmie pisał, że wspomina dawne dni i zastanawia się nad działaniami Boga.
Podoba mi się ten obraz.
Człowiek siedzi gdzieś w ciemności. Świat na chwilę milknie. Nie może zmienić wszystkiego, co dzieje się wokół niego. Może jednak zastanowić się nad tym, co widział, czego doświadczył, czego się nauczył.
Może poukładać swój wewnętrzny świat.
Jeszcze mocniejszy jest dla mnie przykład Jezusa.
W Ewangelii Marka czytamy, że po niezwykle intensywnym dniu, kiedy ludzie nieustannie do niego przychodzili, wcześnie rano, gdy było jeszcze ciemno, poszedł w odludne miejsce, żeby się modlić.
Co ciekawe, uczniowie szybko go znaleźli.
„Wszyscy cię szukają”.
Znam to uczucie.
Świat bardzo szybko potrafi nas znaleźć.
Jezus jednak najpierw znalazł chwilę ciszy.
Nie była to ucieczka od ludzi. Za chwilę do nich wrócił.
Może właśnie o to chodzi.
Dobra samotność nie oddala nas od ludzi.
Przygotowuje nas do powrotu do nich.
Inne jezioro
Prawie dwa tysiące lat później pewien Amerykanin zrobił coś znacznie bardziej radykalnego niż mój dwugodzinny spacer po Moradzkim Chojniaku.
Henry David Thoreau przeniósł się nad Walden Pond w Massachusetts i zamieszkał w niewielkim domu, który sam zbudował.
Nie został pustelnikiem. To jeden z mitów narosłych wokół jego historii. Chodził do miasta, widywał rodzinę i przyjaciół, przyjmował gości. Nie chciał zerwać ze światem. Chciał trochę odsunąć jego hałas.
Sam napisał, że poszedł do lasu, ponieważ chciał „live deliberately”.
Żyć świadomie.
Chciał zobaczyć, co pozostanie, kiedy odsunie część rzeczy, które zwykle zagłuszają życie.
Bardzo podoba mi się ta myśl.
Nie chodzi więc o samotność dla samotności.
Nie o demonstracyjne odwrócenie się plecami do świata i ludzi.
Raczej o stworzenie od czasu do czasu przestrzeni, w której można sprawdzić:
Co ja właściwie myślę o swoim życiu?
Nie co mówi Internet.
Nie co mówi grupa.
Nie co jest modne.
Nie co właśnie pojawiło się na ekranie.
Ja.
Co ja o tym wszystkim myślę?
Piłakno to oczywiście nie Walden.
A dwie godziny z aparatem nie są filozoficznym eksperymentem trwającym dwa lata.
Ale mechanizm może być podobny.
Czasem trzeba trochę odsunąć świat, żeby zobaczyć go wyraźniej.
Mały pokój wewnątrz siebie
Marek Aureliusz pisał coś podobnego prawie siedemnaście wieków przed Thoreau.
Ludzie marzą o ucieczce w góry, nad morze, na wieś — zauważał. Tymczasem człowiek może znaleźć miejsce wyciszenia również we własnym wnętrzu. Może na chwilę „wycofać się do siebie”, uporządkować myśli i dopiero potem wrócić do świata.
Oczywiście góry są lepsze.
Jezioro też.
A rower zdecydowanie pomaga.
Ale rozumiem, o czym pisał Marek.
Bo ostatecznie nie chodzi o miejsce.
Chodzi o zdolność bycia przez chwilę sam na sam ze swoim umysłem.
Bez paniki.
Bez natychmiastowego szukania czegoś, co tę przestrzeń wypełni.
Bez ucieczki.
To chyba jedna z ważniejszych rzeczy, których chciałbym się jeszcze nauczyć.
Ellie, Kanshi i ja
Bardzo cenię czas, który mam dla siebie.
Ja, Ellie i Kanshi tworzymy całkiem niezły zespół.
Ellie — mój rower — zabiera mnie w równym tempie tam, gdzie ją prowadzę. Kilometry robią coś dobrego z myślami. Jedne odpadają gdzieś po drodze. Inne nagle układają się w zdania.
Kanshi działa inaczej.
Aparat zmusza mnie do patrzenia.
Naprawdę patrzenia.
Na światło na liściach. Na linię drogi. Na człowieka w oddali. Na odbicie w wodzie. Na rzeczy, obok których bez aparatu prawdopodobnie przeszedłbym bez zauważenia.
Jedno urządzenie wprawia mnie w ruch.
Drugie każe mi się zatrzymać.
Całkiem dobry zestaw.
Ale tak naprawdę oba robią jeszcze coś.
Pomagają mi zostać trochę dłużej ze sobą.
Pod powierzchnią
Poprzedniego dnia nurkowaliśmy w Piłaknie.
Z powierzchni jezioro wyglądało spokojnie. Trochę wody, światło, trzciny, las na drugim brzegu.
A potem zanurzyliśmy głowę.
I nagle okazało się, że pod tą powierzchnią istnieje zupełnie inny świat.
Rośliny.
Ryby.
Zmieniające się światło.
Głębia.
Rzeczy, których z brzegu nie widać.
Myślę, że z człowiekiem jest podobnie.
Na powierzchni może dziać się niewiele.
Idzie.
Jedzie rowerem.
Siedzi na pomoście.
Leży w hamaku.
Patrzy na wodę.
Ktoś obserwujący go z boku mógłby powiedzieć:
Nic nie robi.
Tymczasem pod powierzchnią może dziać się bardzo dużo.
Wracają wspomnienia.
Łączą się fakty.
Opadają emocje.
Pojawiają się pytania.
Niektóre odpowiedzi dojrzewają.
Czasem przychodzi wdzięczność.
Czasem niewygodna prawda.
Czasem modlitwa.
Czasem pomysł.
Czasem po prostu spokój.
Już dawno przekonałem się o wartości tego mojego podwodnego świata.
Świata myśli, emocji, wspomnień, rozważań i pytań.
Nie zawsze jest tam jasno.
Nie zawsze wszystko, co tam znajduję, mi się podoba.
Ale przecież nurkowanie nie polega na tym, żeby pod wodą znaleźć tylko rzeczy ładne.
Chodzi o to, żeby zobaczyć, co tam jest.
Polubić własne towarzystwo
Może więc nie chodzi nawet o to, żeby „polubić swoje myśli”.
Nie każda myśl zasługuje na sympatię.
Nie każda zasługuje też na wiarę.
Chodzi raczej o coś innego.
O to, żeby nauczyć się przebywać we własnym towarzystwie wystarczająco długo, by te myśli zauważyć. Obejrzeć je. Niektóre zatrzymać. Inne zakwestionować. Jeszcze inne zabrać ze sobą dalej.
Nie uciekać od siebie przy pierwszej chwili ciszy.
Dbaj o czas spędzany z ludźmi.
Ale zostawiaj też czas dla siebie.
Idź czasem bez celu.
Jedź.
Patrz.
Módl się.
Myśl.
Nie wypełniaj każdej minuty cudzym głosem.
Pozwól czasem dojść do głosu własnemu.
Bo na powierzchni Piłakna tamtego ranka naprawdę niewiele się działo.
Kilka ptaków.
Trochę światła.
Spokojna woda.
Człowiek z aparatem.
Ale pod powierzchnią był cały świat.
Ze mną chyba jest podobnie.
I dlatego od czasu do czasu chcę zostać sam.
Nie po to, żeby uciec od ludzi.
Po to, żeby nie uciekać od siebie.