Dzień 0 — Przez nawałnice do Salzburga
406 kilometrów czystej przyjemności. Tylko najpierw trzeba dojechać. A po drodze drzewa uginają się groźnie, gałęzie latają wokół nas. Tylko czekamy, aż któraś w nas walnie. A do Salzburga jeszcze daleko.
Jest taki szlak w Europie, który dla rowerowych podróżników jest jak Mekka albo Canterbury. Choć raz w życiu trzeba się na niego wybrać.
Już sama nazwa niesie ze sobą ładunek historii i piękna: Alpe Adria. Droga, z której korzystali już starożytni Rzymianie, dzisiaj służy rowerzystom do pokonywania dystansu między austriackim Salzburgiem a włoskim Grado. 406 kilometrów czystej przyjemności.
Bierzemy cały tydzień wolnego, żeby móc cieszyć się tą drogą przez pięć dni. Tym razem jest nowość. Tym razem to my mamy „safety crew". Jedzie z nami Monika i Daniel. Będą opiekowali się Ori i naszymi rzeczami. A my, Ania i ja, będziemy swobodnie pokonywać kolejne odcinki trasy.
Tylko najpierw trzeba dojechać. Okazało się to trudniejsze — a nawet niebezpieczniejsze — niż byśmy sobie tego życzyli. Już w Grodzisku, skąd odbieramy Monikę i Daniela, zaczyna padać. I ten deszcz nie opuszcza nas właściwie przez całą trasę. Leje z różną intensywnością — czasami tak lekko kropi, że nawet nie chce mi się załączać wycieraczek, innym razem tak ostro, że niektóre samochody na autostradzie włączają światła awaryjne i zjeżdżają na pobocze.
Wieje też wiatr. Ale nie taki tam lekki wietrzyk, który niesie przyjemne ukojenie w skwarny dzień. Wieje tak bardzo, że przesuwa nasze auto po pasach. Drzewa uginają się groźnie, gałęzie latają po całej drodze. Tylko czekamy, aż któraś w nas walnie. Jedziemy ślimaczym tempem, bo się fizycznie nie da szybciej.
Przewalają się jedna nawałnica za drugą. Najgorzej jest w Czechach i w Austrii. Już nasz host się niepokoi, bo wydłuża nam się czas przyjazdu na kwaterę.
Ostatecznie udaje nam się dojechać bezpiecznie. Ori nie odniosła większych obrażeń — choć, jak się potem okazało, Ellie kiepsko znosiła takie warunki.
Plan jest ambitny. Śpimy w domu tylko jedną noc, każdego kolejnego dnia planujemy zatrzymywać się na kempingach. Mamy ze sobą duży namiot z dwoma sypialniami. W bagażniku dachowym wieziemy cały ten kempingowy kram — krzesła, stół, kuchenki, śpiwory, materace.
Za oknem dalej leje. Ale my już jesteśmy na miejscu.
A jutro? Jutro wsiadamy na rowery.











