Dzień 2 — Trzeba się upodlić

Rano deszcz wbija nas z powrotem do namiotu. Po południu rozpędzamy się na 79 km/h z bananem na twarzy.

Budzimy się i nie pada. Ciemne, niskie chmury przewalają się po niebie, ale teraz jest spokojnie. Wykorzystujemy tę chwilę. Już prawie siadamy do śniadania, gdy deszcz wraca — i to z mocą. Ze śniadania nici. Chowamy się do namiotu. Przygnębienie wraca. Co teraz? Czy da się jechać na rowerze w taką pogodę? Czy to ma sens? Do tego jest zimno. Może ze 12–13 stopni tylko. Ania nie wzięła ze sobą prawie nic na taką pogodę. Ja też nie. Miało być gorąco i słonecznie.

Szukamy jakiegoś rozwiązania czy pomysłu, ale nic nie przychodzi nam do głowy. Młoda parka — oczywiście Polaków — która z nami mieszkała na kampingu, złożyła namiot o 7:00 i pojechała. „Pogody nie zmienimy", mówią. „Trzeba jechać".

Zachęceni tym i Aninym „A co tam, czasami trzeba się upodlić" postanawiamy jednak wyruszyć w drogę. Wprowadzamy tylko jedną zmianę. Jedziemy na normalną kwaterę. Wynajęliśmy apartament w Seeboden. Mamy około 90 km do przejechania z fajną przygodą pośrodku.

Zbieramy się w ciszy, tylko krople deszczu wyznaczają rytm naszym nogom. Pada ponad godzinę. Potem na szczęście przestaje — na chwilę. I tak cały dzień, a raczej jego większa część.

W tym czasie udaje nam się pokonać 35 km i dojechać do Bad Gastein. Jedno z najsławniejszych miejsc na trasie. I słusznie. Przez sam środek miasta przewala się wielki wodospad. Woda z ogromnym hukiem spada kaskadami bieli. Wokół stoją piękne, i zapewne bardzo drogie hotele. Wszyscy biegają z telefonami, aparatami, kamerami, robią zdjęcia i filmy. Jest zja-wi-sko-wo. Okupiliśmy te piękne widoki morderczymi podjazdami. Inni rowerzyści musieli nawet prowadzić rowery, tak było stromo. Ale Ellie i Rossinante (Rossi) świetnie się czują na podjazdach (o ile mamy naładowane baterie 😉

Tuż za Bad Gastein, które zostanie w naszej pamięci na długo, jest Bockstein. To szczególne miejsce. Tam trasa się kończy. Nie da się pojechać dalej — nie rowerem, w każdym razie. Godzinę wcześniej dzwoni do mnie Monika: „Mariusz, skończyła nam się droga". Mówi lekko przerażona. „To jest jakiś pociąg, który zabiera samochody rowerzystów. Czy mamy nim jechać?". Tak, w środku drugiego dnia jest taka niesamowita przygoda. Żeby ominąć przełęcz o wysokości 2500 m, można skorzystać z pociągu, który zabiera samochody i rowery. Nasz Safety Crew na nas czeka i wspólnie ładujemy się do tego niezwykłego pociągu. Oczywiście towarzyszy nam deszcz, ale już przestajemy na niego zwracać uwagę. I tak pada, i tak. Czy to zauważamy, czy nie.

Po kilkunastu minutach jazdy pociąg wyjeżdża na drugą stronę góry. Wita nas słońce i niebieskie niebo, na którym jest dużo mniej czarnych, niskich chmur. Humory nam się poprawiają. Wypakowujemy się z pociągu, co chwilę trwa, bo tych rowerzystów to chyba z dwustu było. W tym czasie spada na nas nawałnica. Zrywa się zimny wiatr i znów zaczyna padać. Nic to, jedziemy.

Na szczęście deszcz nas nie śledzi. Już po chwili zostawiamy go w tyle. Pogoda się poprawia. Jest wręcz gorąco. A my pędzimy. Na łeb na szyję. Pędzimy w dół serpentyną, która do złudzenia przypomina znane nam tornante we Włoszech. Szeroka, płaska droga schodzi w rozległą dolinę. Rozpędzamy się z Ellie do szalonych 79 km/h. Ania ściska kurczowo hamulce i tylko mówi przez zaciśnięte zęby: „Ile jeszcze?". A ja mam totalnego banana na buzi. Wiatr i słońce wysuszyły mi kurtkę w kilka chwil. Zanim zjechaliśmy do Stappitz, jesteśmy wysuszeni i zgrzani. Musimy nawet zdjąć część ubrań. W końcu jest ciepło i miło.

Zatrzymujemy się na naszą ulubioną austriacką potrawę. Rosół z kluskami z naleśnika. Dorzucamy do tego przepyszną szarlotkę z sosem waniliowym i pędzimy dalej.

Ten kawałek trasy, do Seeboden, to czysty rowerowy bliss. Silny wiatr pcha nas mocno w plecy. Rozwijamy 25–27 km/h, praktycznie nie pedałując. Jedziemy śliczną, rozległą doliną. Łany zboża falują na wietrze. Ależ jest pięknie.

W końcu udaje nam się znaleźć nazwę Alpe Adria na oznaczeniu tras. Wcześniej była ona nazwana od lokalnych miast.

Do Seeboden docieramy przed 18:00. Rano nie wierzyliśmy, że jechanie ma sens. Wieczorem trudno uwierzyć, że to wszystko zdarzyło się jednego dnia.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kanshi, Sparka i telefonu.

Video

W przygotowaniu