Dzień 3 — Płaszcz przeciwdeszczowy zamiast okularów przeciwsłonecznych

Chyba już nie rozstawimy namiotu na tym wyjeździe. Cena tych kwater jest zbyt zachęcająca. Pierwsza noc po włoskiej stronie. Mieszkanie pachnie polskim PRL-em. Na podwórku słychać ukraiński.

Nasza kwatera w Seeboden ma piękny widok na jezioro i miasto. Robimy zdjęcia wieczorem, rano, z każdego okna. Jezioro Millstätter jest długie i wąskie. Po przeciwnej stronie od miasta ciągnie się śliczne pasmo gór — raczej niskich, jak na tutejsze standardy. Całe są pokryte gęstym lasem. Zachodzące słońce przepięknie rzuca swoje ostatnie promienie na te stoki. Widok zapiera dech. Ktoś, kto budował to miejsce, doceniał to, bo zrobił duży balkon, na którym można w wygodnych fotelach podziwiać ten widok, popijając piwko lub lampkę wina.

Nasz Safety Crew świetnie się spisuje. Doskonale im idzie przewożenie Ori i naszych gratów przez Alpy. Są też świetnymi kucharzami. Robią dla nas śniadania i obiady. Rosół, zupa pomidorowa, pyszna jajecznica z kiełbasą. Jemy jak rodzina królewska.

Ja teraz piszę relację, a oni krzątają się między kuchnią i salonem, rozstawiając coraz to nowe rzeczy do jedzenia.

Z Seeboden wyjeżdżamy nieśpiesznie. Robimy krótki postój nad jeziorem — na zdjęcia, oczywiście. Potem zong! Zakaz wjazdu. Droga zamknięta. Są znaki i stoi gość. Pilnuje, żeby nikt nie wjeżdżał. Ale jak to? I co teraz? Samochodem spoko, można objechać, ale my, na rowerach? Szukamy jakiegoś objazdu. Coś znajdujemy, ale musimy sporo nadrobić drogi i mamy totalnie pod górę przez pół godziny. Uff, w końcu udaje nam się połączyć z naszą oryginalną trasą.

I od razu kolejna trudność. Przedostać się przez Spittal an der Drau. Musimy jechać uliczkami, bo nie ma ścieżek dla rowerów. Ostro w dół, ostro w górę, wąsko, samochody atakują nas z każdej strony, bo to akurat czas drogi do pracy. Gubimy się na dużym rondzie. Samochody z każdej strony stają i czekają, aż się ogarniemy i zdecydujemy, w którą stronę jednak chcemy jechać. Jest zabawnie. Dla mnie. Ania jest sparaliżowana ze strachu. W końcu udaje nam się z tego miasta wyjechać. „Nigdy więcej" — krzyczy Ania.

Wyjeżdżamy w rozległą dolinę. Góry rozsunęły się na lewo i prawo. Ścieżka, już taka prawdziwa, rowerowa, wiedzie środkiem doliny, przez pola i okoliczne domki. Nie wieje i jest płasko, więc osiągamy całkiem niezłą prędkość. Zasuwamy szybciej niż większość rowerzystów, których jest tutaj całe mnóstwo. Wiemy chociaż, że jesteśmy na dobrej drodze.

Po drodze spotykamy przyjaznego Niemca. Zagaduje nas i nawet prosi, żebym zrobił mu zdjęcia z drona. Opowiada nam swoją historię i plan na kolejne dni wyprawy. Ciekawe są te mikro-interakcje. Potem mijamy go jeszcze kilka razy. To w sumie nie dziwne. Jedziemy wszyscy w tym samym kierunku i z podobną prędkością.

Udaje mi się nawet wejść do jednego ze strumieni. Tuż przy tym, jak wpada do rzeki Drawy. Sama rzeka ma taki raczej mało zachęcający mętny kolor. Ale woda w strumieniu jest przejrzysta i czysta. Oczywiście jest zimna, ale to i dobrze. Ulga dla naszych zmęczonych stóp.

Dojeżdżamy tą doliną do Villach. Tam spotykamy się z Moniką i Danielem. Idziemy na krótki spacer. Miasto słynie z długiego rynku/placu Hauptplatz. Znajdujemy sobie fajną kawiarnię, siadamy na zewnątrz i cieszymy się ładną pogodą.

Do tej pory nasza trasa była aż za prosta. Od Villach to się zmienia. Mamy w sumie 21-kilometrowy kawałek, który jest głównie pod górę, i to czasami na pomarańczowo. A to nie jest dobry znak. Wspinamy się powoli. Wiatr wieje nam teraz w twarz. Takie życie. Jedziemy powoli, w milczeniu. Liczą się każde pokonane metry.

Mijamy piękne miasteczko Arnoldstein i zastanawiamy się, czy jego nazwa nawiązuje do znanego Arnolda. Nie zatrzymujemy się w nim jednak, bo do okolic Tarvisio mamy jeszcze kawałek.

Docieramy do granicy Austrii z Włochami. Italia wita nas ostrym podjazdem i lekkim deszczem. Ale za to tuż za stromym podjazdem przy przejściu granicznym wąska ścieżka zamienia się w pełnokrwistą cyklostradę z dwoma pasami — taka miniaturka drogi dla samochodów. Wjeżdżamy na tę najstarszą, najpiękniejszą część szlaku Alpe Adria.

Witają nas Alpy Julijskie. Krajobraz zrobił się bardziej surowy, skalisty i południowy — jakby Alpe Adria powoli zdejmowała austriacki płaszcz i zakładała włoskie okulary przeciwsłoneczne. Ale z tymi okularami będziemy musieli poczekać. Niebo zasnute jest ciemnymi chmurami. Nie pada cały czas, ale kropi co chwila. Już się mniej tym deszczem przejmujemy. Nawet puszczam Sparka w niebo na chwilę.

Musimy na chwilę zjechać z naszej głównej drogi, by dojechać do kwatery, ale okazało się, że tutaj szlak Alpe Adria rozwidla się na kilka mniejszych tras. Ta, którą jedziemy, jest przecudna. Wysokie mosty zawieszone nad huczącymi górskimi potokami, niespodziewane zakręty, zjazdy i podjazdy. Nudy nie ma.

W końcu, po ponad 90 kilometrach jazdy, docieramy na kwaterę. Przypomina to małe osiedle z czasów PRL. Czteropiętrowe budynki, jeden obok drugiego. Na podwórku bawią się dzieci. Słyszymy język ukraiński. Nasz apartament do złudzenia przypomina mieszkania w Polsce z lat 80-tych lub 90-tych. Jest ogromny. Każda para ma swoją sypialnię. Mamy osobną kuchnię, jadalnię połączoną z salonem. Pełen wypas.

Chyba już nie rozstawimy namiotu na tym wyjeździe. Cena tych kwater jest zbyt zachęcająca.

Pierwsza noc po włoskiej stronie. Mieszkanie pachnie polskim PRL-em. Na podwórku słychać ukraiński.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kanshi, Sparka i telefonu.

Video

W przygotowaniu