Dzień 4 — Wszystkie twarze jednego dnia
Rano test naszej determinacji. W nagrodę mamy 50km w dół przez rowerowy alpejski raj. Góry zasnute grubą kołdrą z chmur. Już nam deszcz nie straszny.
W nocy leje. Tak konkretnie leje. Budzimy się z nadzieją, że przestało — albo że chociaż zmniejszy intensywność padania. Już nie rozważamy zmiany planów. Nie ma mowy o wycofaniu się. Jesteśmy zdeterminowani. Planujemy, jak ten deszcz przechytrzyć. Jak się lepiej przygotować do jazdy, co na siebie założyć, kiedy wyjechać.
Daniel z Moniką przygotowują dla nas super wypasione śniadanie. Najadamy się do syta. Ale nie przeciągamy poranka. Trzeba ruszać na trasę, bo na czwarty dzień mamy zaplanowane aż 105 km.
To wszystko przez dostępność — a raczej brak dostępności — kwater. Nie wiem, czy to kwestia tego, że szukamy z dnia na dzień, czy dlatego, że szukamy apartamentu dla czterech osób, że musimy mieć parking i miejsce dla rowerów. Tak czy siak, wcale nie jest to łatwe. Czasami musimy przez to zjechać kawałek z trasy lub pojechać dalej, niż byśmy chcieli.
Godzimy się na tę setkę, bo wykres trasy pokazuje, że będziemy jechać więcej w dół niż w górę. I tak się dzieje. Zaliczamy najdłuższy w naszym rowerowym życiu zjazd. Generalnie zjeżdżamy cały czas, ale jest jeden ciągły zjazd, który liczy sobie… uwaga… prawie 50 km! Tą drogą dawniej jechała kolej, więc nie jest to taki zjazd na łeb na szyję, jak ze Zdiar na Szlaku Wokół Tatr. Tu możemy jechać 26–30 km/h bez pedałowania albo pedałując tylko czasami.
Gdyby nie ten deszcz, to by nam to zajęło cały dzień, bo trasa jest zachwycająca. W moim rankingu tras ten kawałek Alpe Adria właśnie wskoczył na samą górę. Nawet teraz, gdy góry przykryte są gęstą kołdrą chmur, gdy krople deszczu przesiąkają przez naszą techniczną odzież i buty, gdy zimno wysysa z nas energię — i tak, piękno tej trasy sprawia, że nawet na chwilę nie żałujemy, że nią dzisiaj jedziemy.
W pewnym momencie widzę, że na parkingu przy trasie stoi czarne Renault na polskich numerach. To nasz Safety Crew. Wypatrzyli z drogi mój czerwony kask i niebieską kurtkę, znaleźli miejsce, gdzie mogą podjechać. Poczekali na nas i mile zaskoczyli. Spadli nam z nieba, bo byliśmy już totalnie przemoknięci. Zostawiliśmy mokre rzeczy, wskoczyliśmy w suche i pojechaliśmy dalej. Obsługa w wersji premium.
W końcu żegnamy Alpy. Trasa się wyraźnie wypłaszcza. Góry zostają za nami. Znów są pola i wioski.
Szlak jest doskonale oznakowany, ale i tak trzeba uważać, bo są odnogi. Przed nami grupa rowerzystów ciśnie drogą asfaltową. Przez chwilę jedziemy za nimi, ale potem orientujemy się, że trasa wiedzie przez miasteczko po lewej, a nie po tej ruchliwej drodze samochodowej. Uciekamy z niej tak szybko, jak się da.
To była dobra decyzja. Miasteczko Venzone jest totalnie urokliwe. Wielkie stare mury obronne, piękny rynek i wąskie uliczki, z których słyną włoskie miasta. Okazuje się, że to miasto ma coś wspólnego z Warszawą. W 1976 zostało zrównane z ziemią przez trzęsienie ziemi, a potem odbudowane kamień po kamieniu — według tej samej zasady „jak było, gdzie było", którą zastosowano przy odbudowie warszawskiej Starówki po wojnie.
Jemy tam pyszną pizzę i pędzimy dalej. 105 km samo się nie wykręci.
Docieramy na naszą kwaterę pod Udine po 15:00. To była najszybsza i najdłuższa trasa, jaką zrobiliśmy na Alpe Adria. I dodatkowo wróciliśmy z 70% baterii. Szok!
W domu, który tym razem jest dokładnie na szlaku (nawet jest plakietka Alpe Adria przed wejściem), czeka na nas już włoski obiad. Nasz Safety Crew jest niesamowity!
Ale nie kończymy jeszcze tego dnia, gdyż… wyszło słońce. Tak! Wyszło słońce i jest ciepło. Jest 18:00, ale nie będziemy siedzieć w domu. Bierzemy rowery i jedziemy do centrum Udine. Trochę znam to miasto, więc wiem, gdzie zabrać Anię, żebyśmy mogli porobić sobie ładne zdjęcia.
Spędzamy super dwie godziny, łażąc po Udine z aparatami. Anię podrywają faceci co rusz, czasami się do niej uśmiechając, czasami prosząc, żeby im zrobiła zdjęcia. Jest ubaw.
Wracamy zmordowani na kwaterę. Ogarniamy ładowarki i kładziemy się spać. Buty jeszcze mokre. Aparat pełen zdjęć. Ten dzień się nie zmieści w głowie.










































































