Dzień 5 — Grande Finale

Niebieskie niebo nad nami. 20 stopni na termometrze. Adriatyk już nas wzywa. Ostatni dzień Alpe Adria.

Ostatni dzień. Grande Finale. Dzisiaj kończymy szlak Alpe Adria. Trasa pokazuje trochę ponad 80 km. Luzik. Po ostatnim dniu, w którym przekroczyliśmy setkę, taka liczba nie jest nam straszna.

Dodatkowo, budzimy się i jest ładnie! Nie pada. Jest niebieskie niebo i jest zaskakująco ciepło. Zdecydowanie ponad 20 stopni! WOW.

Kwatera u Michele (to imię męskie we Włoszech) całkiem się sprawdziła. Trochę przeszkadzały przejeżdżające samochody. Budynek stał dokładnie przy ruchliwym skrzyżowaniu. Mieszkaliśmy na parterze. Można było odnieść wrażenie, że te samochody wjadą nam do pokoju.

Na stół trafia wszystko, co tam jeszcze mamy w zapasach i lodówce. Jest oczywiście sławna mortadela, na którą polowała Monika, a której Ania jednak nie była w stanie znieść. Jest dojrzewające salami, które Daniel przywiózł jeszcze z Polski. Ono wchodzi nam bardzo dobrze. Są warzywa, jest w miarę świeży chleb, jest nawet sok pomarańczowy. Mamy wszystko, by dobrze zacząć dzień.

Pakujemy rowery i ruszamy o 8:30. Szkoda marnować taki piękny dzień. Motywuje nas również perspektywa, że po południu wykąpiemy się w Laguna di Grado.

Jedziemy już kilka kilometrów, gdy Ania pyta: „Mariusz, a czemu na naszej mapie są strzałki w obie strony?". Okazuje się, że trasa, którą jedziemy, jest zła. Wydłuża nam drogę o prawie 30 km! Dobrze, że zorientowaliśmy się tak szybko. Brawo dla Ani za czujność.

Wbijamy nową, poprawną trasę do Grado i zawracamy. Uff. Mamy tylko 57 km. Pikuś.

Trasa nie jest już tak widowiskowa, jak w poprzednich dniach. W sumie to przypomina mazowieckie szlaki — jest płasko i rolniczo. Tylko te winnice, palmy w ogrodach i typowe włoskie domy zdradzają, że to nie Polska. No i ilość rowerzystów na szlaku. Jest ich tutaj całe zatrzęsienie.

Fajnie reagują na nas mieszkańcy. Machają do nas, zachęcają do wysiłku, gratulują przejechania trasy. Jest bardzo miło. Sami rowerzyści też uśmiechnięci. Zmęczeni, ale uśmiechnięci. Wszyscy są dla siebie bardzo mili.

Przerwę na tradycyjną kawę i ciastko robimy w Palmanova. To niezwykłe miasto, które ma kształt dziewięcioramiennej gwiazdy. Siadamy tuż przy Piazza Grande, ogromnym placu, który aż straszy swoją wielkością i pustką. Choć trzeba powiedzieć, że fajnie wygląda ten geometryczny układ miasta.

Spotykamy tam ciekawą parkę. Ona jest z USA, on z Anglii. Rozmawiamy krótko w kawiarni. On ma rodzinę w Tarnowie (jaki ten świat mały). Pytamy ich, czy w Stanach jest taka trasa, jak Alpe Adria, którą warto by przejechać na rowerze. „Nie, nic tak pięknego w Ameryce nie znajdziecie" — odpowiada nam ta pani. W sumie to się nie dziwimy. Alpe Adria pieści nasze zmysły każdego dnia. Naprawdę wysoko stawia poprzeczkę, jeśli chodzi o walory turystyczne i krajobrazowe.

Dalej mijamy Aquileia. Już z trasy rowerowej widzimy, że to miejsce z klasą. Dowiadujemy się, że Aquileia była jednym z największych i najbogatszych miast wczesnego Imperium Rzymskiego. Dzisiaj wciąż większość jest pod ziemią, ale to, co już wykopano, robi niesamowite wrażenie. Puszczamy Sparka w niebo na chwilę, bo już nie mamy cierpliwości zwiedzać kolejnego historycznego miejsca. Wystarczy nam krótki przelot nad Basilica di Santa Maria Assunta. Adriatyk wzywa.

W końcu docieramy do sławnego kawałka drogi SR352, która wiedzie przez lagunę. Pośrodku stoi sławna Pinia nazwana Welcome to Grado Tree. Stoi dumnie sama, otoczona wodami laguny. Codziennie przejeżdżają koło niej setki, jeśli nie tysiące, rowerzystów i samochodów — a ona dumnie wita ich wszystkich w tym pięknym mieście.

Jesteśmy przeszczęśliwi. Udało nam się przejechać Alpe Adria!

Dojeżdżamy do miasta i kręcimy się po nim trochę. Jest piękne. Turystyczne, ale piękne. Trafiamy na śliczną uliczkę Piazza Duca d'Aosta, przy której są same klimatyczne restauracje. Dziesiątki elegancko zastawionych stołów tylko czekają na głodnych turystów. Ania wybiera dla nas coś w głębi. Wiadomo — musi być co najmniej 4,8 na Google Maps i musi być już trochę klientów, bo to znak, że to dobre miejsce.

Napychamy nasze puste brzuchy ostatnią podczas tego wyjazdu włoską pizzą. Totalny bliss. Mamy to!

Została mi jeszcze tylko jedna rzecz do zrobienia. Muszę wejść do morza. Okazuje się to trudniejsze, niż myśleliśmy. Większość wybrzeża w mieście jest odgrodzona. Trzeba słono zapłacić, żeby się dostać na plażę. 27 euro! Chyba że poczekamy do popołudnia — wtedy cena spada do 15 euro. „Co? Ale jak to?" — komentuje Ania. W końcu udaje nam się znaleźć jakieś wejście na plażę, gdzie nie ma gościa od sprawdzania biletów. Nie wiemy, czy poszedł na siku i dlatego go nie ma, czy też jest to plaża publiczna. Korzystamy z chwili i przemykamy do środka.

Cudownie jest wykąpać się w morzu po całym dniu jazdy na rowerze. Woda jest przyjemnie chłodna. Nie jest zimna, nawet lekko ciepła tuż przy brzegu. To jeszcze nie ta zupa, którą znamy z pobytów we Włoszech w miesiącach wakacyjnych. Jest super!

Koniec! Tak. To już koniec głównej części wyprawy.

Dziękuję, Alpe Adria. Pieściłaś nasze zmysły każdego dnia.

Pozostaje wrócić do domu.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kanshi, Sparka i telefonu.

Video

W przygotowaniu