Trasa, która pieści nasze zmysły

„To prosta trasa. Cały czas w dół" — zapewniałem Anię przed wyjazdem. Nic bardziej mylnego.

Zaczynamy naszą przygodę z Alpe Adria w Elsbethen. To przedmieścia Salzburga. Mała miejscowość położona na stromych zboczach. Już sam dojazd do naszej kwatery podniósł nam adrenalinę. Potem się okazało, że od parkingu do drzwi naszej kwatery jest 58 schodków, które wiją się jak Stelvio. Te schodki są stare i niektóre nie wyglądają na zbyt bezpieczne, ale idziemy po nich śmiało, niosąc nasze przepastne torby. Mamy duży samochód, więc po co się ograniczać — taka dewiza przyświeca nam podczas pakowania.

Ten dom w Elsbethen jest niesamowity. To wielki trzypiętrowy budynek, pełen zaskakujących miejsc i rozwiązań. Wszędzie stare meble — ale takie naprawdę stare. Jest specjalna rampa, która umożliwiała niepełnosprawnej osobie dostanie się do domu. Są drewniane, rozpadające się schodki na zewnątrz, dzięki którym można wejść na wyższe kondygnacje. Na jednym z tarasów stoi mała szklarnia, a jeszcze wyżej rozciąga się piękny taras z super widokiem na góry. Ale wszystko wygląda na totalnie zapuszczone i zniszczone. Na szczęście wszystko działa. Jest woda, elektryczność, internet (wolny, ale jest). Hitem tego miejsca jest spora sauna. Możemy z niej skorzystać w cenie, więc korzystamy. Kto by pomyślał. Super relaksuje nam zszargane podróżą nerwy.

Rano szybka odprawa. Przekazanie dokumentów, kluczyków. Potwierdzenie adresu, gdzie się mamy spotkać — to dosyć ważne, bo inaczej wylądujemy z Anią w obcym miejscu bez niczego.

Ruszamy w drogę.

Zjeżdżamy do doliny, gdzie biegnie szlak Alpe Adria. Już po chwili musimy się zatrzymać, bo… zbieramy szczęki z ziemi. Widoki są zjawiskowe. Mały kościółek ze strzelistą wieżyczką na tle majestatycznej góry. Wszystko wokół pięknie się zieleni — to w końcu późna wiosna. Robimy zdjęcia, mnóstwo zdjęć, i się zachwycamy.

W końcu wbijamy się w szlak i pędzimy super grawelową ścieżką wzdłuż kanału. Jest płasko, szeroko, bezpiecznie. Trasa jest świetnie oznakowana, ale i tak jedziemy na Komoota. Ania nawet wykupiła sobie dostęp na tydzień, by móc korzystać z nawigacji.

W Rifter Spitz kolejny dłuższy foto postój. Przekraczamy tu kanał i jedziemy drugą stroną. Przed nami rosną góry. Kolejny postój: zdjęcia, latanie dronem, zachwyt. Jak tak będziemy się zatrzymywać co chwilę, do nocy nie dojedziemy na nasz kamping.

Wciąż trzymamy się rzeki Salzach. Z uregulowanego kanału stała się teraz prawdziwą górską rzeką. Czasami jedziemy bardzo blisko niej, czasami wspinamy się na zbocza, by oglądać, jak wije się poniżej.

Przejeżdżamy przez śliczne austriackie miasteczka, jak Hallein czy Golling. Zachwycamy się kolorowymi, wymuskanymi kamienicami. Miasteczka są czyste i eleganckie. Ale nie poświęcamy im zbyt wiele uwagi. Wiemy, że będzie ich na trasie sporo, a my musimy te nasze 80+ kilometrów przejechać w jakimś rozsądnym czasie.

Niestety, Ellie odmawia posłuszeństwa. Error 04. Już go znamy z Trasy Wokół Tatr, więc tak bardzo się nie denerwujemy. Woda lub wilgoć dostała się do kabli. Muszę je wszystkie rozpiąć, wysuszyć i podłączyć ponownie. Ania liczy czas, a ja działam. 11 minut i kilka sekund później Ellie wraca do gry. Jedziemy dalej.

Po drodze uczymy się nowych słówek na opisywanie tego, co widzimy: piękne, wspaniałe, niesamowite już nam nie wystarczają. Zjawiskowe, malownicze — o, to już lepiej. Nie dziwi nas popularność tej trasy.

A trzeba powiedzieć, że nigdy nie widzieliśmy tylu rowerzystów z sakwami, co tutaj. W każdej możliwej konfiguracji: duże grupy, pary jak my, pojedyncze osoby. Niektórzy jadą sportowo, na smukłych grawelach, ubrani w lajkrę. Inni z całym ekwipunkiem wyprawowym, z sakwami przytwierdzonymi z każdej strony roweru. I, co nas totalnie zaskoczyło, mnóstwo Polaków. Język polski słychać wszędzie. Na trasie, w sklepie, w restauracji. Polacy opanowali Alpe Adria. To w sumie fajnie, bo łatwiej jest nawiązać rozmowę.

Sama trasa okazuje się — oczywiście — dużo bardziej wymagająca, niż myśleliśmy. Twierdzenia, że może ją przejechać dziecko, są — moim zdaniem — mocno przesadzone. Niektóre podjazdy wyciskają z nas ostatnie poty. A jest ich tutaj sporo. Generalnie jedziemy cały czas pod górę. Ania się z tego śmieje, bo zapewniałem ją, że „to prosta trasa. Cały czas w dół". Nic bardziej mylnego.

Po drodze trafiamy na znak „Waterfall 1.8km". Bez wahania zjeżdżamy z trasy i jedziemy obejrzeć wodospad. Oczywiście trzeba się do niego nieźle wspiąć, ale — jak to się mówi — „nothing ventured, nothing gained". Nie zapowiada się jakoś megaciekawie, a jest drogo. 18 euro od osoby. Pytamy Polaków, którzy właśnie stamtąd wyszli, czy warto tyle wydać. „Tak, oczywiście, pewnie, że warto" — odpowiadają. Zachęceni tą rekomendacją kupujemy wejściówki, przypinamy rowery i idziemy dalej w górę.

I tu szok! Wąwóz Liechtensteina — to nie tyle „jeden wodospad", co spektakularny wąwóz skalny z rzeką, kaskadami i dużym wodospadem na końcu trasy. „Pewnie, że warto" — to niedopowiedzenie. To dla nas najpiękniejszy wodospad, jaki dotąd widzieliśmy — a kilka już ich widzieliśmy. Szczególnie dzięki połączeniu przejść wykutych w skale, ścieżek w kształcie helisy i kładek nad grzmiącym potokiem. Czad!

Nasz kamping jest lekko oddalony od trasy, a to już niedobrze. Każde zjechanie z trasy oznacza ostre podjazdy. Ten do kwatery był zabójczy. 12, a nawet 15% w górę przez kilka kilometrów.

Ostatecznie wspięliśmy się na ponad 900 metrów, bo na takiej wysokości mieliśmy zarezerwowany kamping.

Nasz Safety Crew świetnie się spisał. Dojechali na miejsce, rozstawili namiot. Nawet przygotowali dla nas posiłek. Super. Tak to można podróżować.

Nasyceni przepięknymi widokami dzielimy się wrażeniami, popijając piwko.

Niestety, pogoda się totalnie psuje. Nadciągają ciemne chmury, z których zaczyna lać deszcz. Chowamy się do środka namiotu i z przerażeniem patrzymy na prognozy pogody. Deszcz, deszcz, więcej deszczu i burze. I co my teraz mamy zrobić?

Rozważamy różne opcje, nawet wcześniejszy powrót do domu. Może pojechać dalej, np. do Wenecji — deszcz i burze. Może wrócić do Niemiec na Romantyczną Trasę (kolejny projekt) — deszcz i burze. Jak na złość, nad tą częścią Europy w promieniu tysiąca kilometrów nie ma dobrej pogody. Idziemy spać lekko przygnębieni.

Deszcz pada CAŁĄ noc. Całą noc krople deszczu uderzają w nasz namiot. Czasami z lekka, nieśmiało. Czasami gwałtownie i z mocą razem z wiatrem targają naszym namiotem. Aż strach wyjrzeć na zewnątrz.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kanshi, Sparka i telefonu.

Video

W przygotowaniu