Dwa dni. Trzy szczyty.

Dwa dni, trzy szczyty i ani jednego roweru. W planie Kowadło, Rudawiec i Kłodzka Góra. Odkryliśmy świetną miejscówkę, poznaliśmy niezwykłych gospodarzy i przypomnieliśmy sobie, jak dobrze góry potrafią zmęczyć ciało i przewietrzyć głowę.

Plan był ambitny.

Trzy szczyty należące do Korony Gór Polski. Dwa dni. Jedna baza wypadowa. I ani jednego roweru.

Już ten ostatni element powinien wzbudzić podejrzenia.

W piątek, zaraz po pracy, wyłączyłem kamerkę po ostatniej lekcji, zamknąłem komputer i niemal od razu wskoczyliśmy z Anką do Ori. Przed nami była droga do Kotliny Kłodzkiej, a dokładniej do Stronia Śląskiego.

Tak, też wcześniej niewiele wiedziałem o tej miejscowości.

Leży tuż obok Lądek-Zdrój. W pobliżu znajduje się Czarna Góra, wyciągi narciarskie i całkiem spory ośrodek turystyczny. Ale my jechaliśmy tam z jeszcze jednego powodu.

Anka znalazła kwaterę o nazwie Miódówka.

Miejsce miało sto procent pozytywnych opinii. I na Google, i na Bookingu. Taka zgodność zawsze wydaje mi się trochę podejrzana. Przecież komuś musiało się nie spodobać. Za miękkie łóżko. Za twarde łóżko. Za dużo ciszy. Za mało ciszy. Zbyt dobre śniadanie.

Postanowiliśmy więc osobiście sprawdzić, czy Miódówka rzeczywiście zasługuje na wszystkie zachwyty.

Krótko mówiąc: zasługuje.

Ale o tym za chwilę.

Korona Gór Polski bez roweru

Plan zakładał zdobycie trzech szczytów z listy Korony Gór Polski:

  • Kowadła — 989 metrów nad poziomem morza,

  • Rudawca — 1112 metrów,

  • Kłodzkiej Góry — 757 metrów.

Pierwsze dwa jednego dnia. Trzeci następnego.

Już sam fakt, że zostawiłem rower w domu i pojechałem z zamiarem chodzenia po górach, jest dosyć niezwykły. Nie pamiętam, kiedy ostatnio wyjechałem bez roweru.

Mam nadzieję, że Ellie mi to wybaczy.

Do pomysłu zachęciły mnie zdjęcia naszych przyjaciół, którzy wrzucali do social mediów relacje ze swoich górskich wypraw. Pomyślałem, że też chciałbym ruszyć się w trochę inny sposób.

Poza tym chciałem się zmęczyć.

Tak porządnie.

Wiedziałem, że idąc pieszo po stromych, kamienistych szlakach, osiągnę ten cel znacznie skuteczniej niż podczas jazdy na elektrycznym rowerze.

Nie pomyliłem się.

Miejsca, do których sami byśmy nie trafili

Cały projekt Korony Gór Polski bardzo mi się podoba.

Dzięki niemu odwiedzamy z Anką miejsca, które prawdopodobnie nigdy nie znalazłyby się na naszej liście podróżniczych destynacji. Nie dlatego, że nie są ciekawe. Po prostu wcześniej o nich nie wiedzieliśmy.

Bez KGP nie pojechalibyśmy do Stronia Śląskiego. Nie weszlibyśmy na Kowadło. Być może nigdy nie usłyszelibyśmy o Rudawcu. Nie poznalibyśmy też Kamila i Kasi.

I właśnie to jest jedna z największych wartości takich projektów.

Dają cel, ale przy okazji otwierają drzwi.

Do nowych miejsc.

Do nowych doświadczeń.

Do nowych ludzi.

Miódówka

Miódówka znajduje się w spokojnej części Stronia Śląskiego, prawie na końcu drogi. Już samo położenie sprawia, że człowiek zaczyna zwalniać.

To pensjonat przeznaczony przede wszystkim dla dorosłych. Dzieci mogą przyjeżdżać dopiero od dwunastego roku życia. Dzięki temu jest tam cicho. Naprawdę cicho.

Jest też ładnie.

Bardzo ładnie.

Nasz pokój był przestronny.  Nie lubię hotelowych pokoi, w których trzeba przesuwać walizkę, żeby otworzyć drzwi, a potem zamknąć drzwi, żeby dostać się do walizki.

Tutaj było dużo miejsca, a całe wnętrze urządzono nowocześnie, ale przytulnie. W pokoju znajdowało się wiele drobnych górskich akcentów. Nie nachalnych dekoracji w stylu „jesteś w górach, więc oto siedemnaście drewnianych kozic”, tylko dobrze przemyślanych szczegółów.

Wszystko do siebie pasowało.

Ale największą wartością Miodówki okazali się gospodarze.

Kamil i Kasia dbali o nas tak, jakbyśmy byli ich dobrymi znajomymi, którzy przyjechali w odwiedziny. Od początku zwracali się do nas po imieniu. Chętnie rozmawiali, opowiadali ciekawe historie i podpowiadali, który szlak wybrać.

Doradzili też, gdzie możemy coś zjeść.

Byle nie za dużo.

Bo przecież sami przygotowali dla nas obiad.

Jedzenie jest ważne

Powtórzę. Jedzenie jest ważne.

Po całym dniu chodzenia po górach nawet bardzo ważne.

Kasia, która jest szefową kuchni w Miodówce, okazała się prawdziwą mistrzynią. Anka nie mogła przestać jej chwalić. Zachwycała się sposobem podania potraw, przyprawami i kompozycją dań.

A Anka nie rozdaje kulinarnych pochwał bez powodu.

Śniadania były wyśmienite. Tak dobre, że człowiek musiał sobie przypominać, że za chwilę czeka go ostre podejście i może jednak nie powinien próbować wszystkiego po trzy razy.

Było też jacuzzi w formie dużej ogrodowej bani.

Po pierwszym dniu, dwóch szczytach, piętnastu i pół kilometra oraz prawie dwudziestu pięciu tysiącach kroków skorzystaliśmy z niego bez większych rozterek moralnych.

Na szczęście tylko my wpadliśmy na ten pomysł.

Pozostali goście odpoczywali na rozległym tarasie, bujając się w hamakach. My siedzieliśmy w gorącej wodzie i próbowaliśmy przekonać nasze nogi, że następnego dnia znowu będą musiały pracować.

Super jest czasem oderwać się od codzienności i spędzić chwilę w takim miejscu.

Bez pośpiechu.

Bez listy zadań. W sensie ja nie miałem listy zadań. Anka oczywiście miała 🙂

Bez poczucia, że zaraz trzeba gdzieś jechać.

Esencja odpoczynku. Dla ciała i dla głowy.

Kowadło na rozgrzewkę

Pierwszego dnia zaczęliśmy od Kowadła.

Podejście trwało około pięćdziesięciu minut. Było miejscami całkiem strome, ale jeszcze do przeżycia. Taki uprzejmy górski komunikat:

„Dzień dobry. Za chwilę będzie trudniej”.

Na szczycie spotkaliśmy innych zdobywców Korony Gór Polski. To bardzo charakterystyczna grupa. Po wejściu na górę prawie wszyscy ustawiają się w kolejce do tabliczki z nazwą szczytu.

Trzeba zrobić zdjęcie.

Trzeba przybić pieczątkę.

Trzeba mieć dowód.

Często ktoś stojący obok proponuje:

— To może ja wam zrobię zdjęcie?

Bo każdy chce mieć fotografię z tabliczką, ale jednak nie każde selfie obejmuje i człowieka, i nazwę góry, i jeszcze kawałek widoku.

Na szlakach spotykaliśmy bardzo różnych ludzi. Rodziny, samotnych wędrowców, małe grupy przyjaciół, osoby młode i starsze.

Na Kłodzkiej Górze wyprzedziła nas para wyraźnie starsza od nas. Szli takim tempem, że przez chwilę zastanawialiśmy się, czy nie mają ukrytego napędu elektrycznego.

W górach też przydałoby się czasem takie wspomaganie.

Rudawiec daje popalić

Po Kowadle przyszedł czas na Rudawiec.

Tutaj góra przestała być uprzejma.

Większość trasy prowadziła po luźnych kamieniach. Było stromo, długo i zdecydowanie trudniej. Podejście zajęło nam ponad dwie godziny.

Dopiero ostatni odcinek, biegnący wzdłuż granicy państwa, zrobił się łagodniejszy. Można było na chwilę odetchnąć.

Można było też zatrzymać się przy krzakach pełnych jagód.

Co oczywiście robiliśmy.

Na Rudawcu czułem już, że mój plan, żeby porządnie się zmęczyć, realizuje się bez zarzutu. Czasami człowiek formułuje życzenie, a wszechświat odpowiada:

„Proszę bardzo. Mogę dać nawet więcej”.

Na dole, po zejściu, z przyjemnością skorzystaliśmy z chłodzącej mocy górskiego potoku. Nasze zmęczone stopy z przyjemnością przyjęły lodowato-zimną wodę. Na krótko, bo potem wysyłały sygnał do mózgu, że jednak im jest za zimno. 

Górska wspólnota

Na mniej popularnych szlakach nie było tłumów, ale nie szliśmy też zupełnie sami. Podejrzewam, że dziewięćdziesiąt procent spotkanych osób również zdobywało Koronę Gór Polski.

Na szlaku prawie wszyscy się witają.

„Cześć”.

„Dzień dobry”.

Uśmiech.

Czasem kilka słów o trasie. Czasem pytanie, czy jeszcze daleko. Czasem krótki żart.

Kiedy schodzę ze szczytu i mijam osoby idące w przeciwnym kierunku, lubię mówić:

— Ale macie jeszcze daleko.

Nie jest to może najwyższa forma górskiego humoru, ale nie zamierzam z niej rezygnować.

Góry zbliżają ludzi.

To ciekawe, bo przecież najczęściej spotykamy tam zupełnie obce osoby. A jednak wspólny kierunek i wspólny wysiłek wystarczają, żeby przez chwilę poczuć się częścią tej samej grupy.

Wiemy, dlaczego tu jesteśmy.

Wiemy, że nie zawsze jest łatwo.

Wiemy też, że każdy chce wejść na górę, zrobić zdjęcie, przybić pieczątkę i bezpiecznie wrócić.

Może rzeczywiście jest w nas naturalna potrzeba przynależności. Bycia częścią społeczności, choćby tylko przez kilka godzin.

Łączy nas cel.

Łączy nas wysiłek.

A czasem także wspólne narzekanie na kamienie, korzenie i brak oznaczenia szlaku.

Kłodzka Góra, czyli masakra

Drugiego dnia została nam Kłodzka Góra.

Miała być najprostsza.

Najniższa z trzech. Niebieski szlak. Niecałe trzy kilometry podejścia. Około 450 metrów przewyższenia.

Brzmi niewinnie.

Nie było niewinnie.

Masakra.

Podejścia były tak strome, że chwilami niemal jechaliśmy nosami po ziemi. Trasa prowadziła po luźnych kamieniach, między krzakami malin, przez wąskie przejścia i przeszkody z powalonych pni.

Prawie cały czas ostro w górę.

Kłodzka Góra wykończyła mnie bardziej niż dwa wyższe szczyty poprzedniego dnia.

A na końcu czekała jeszcze wieża widokowa o wysokości około trzydziestu metrów.

Oczywiście trzeba było na nią wejść, bo tylko tak było coś widać spoza drzew.

Skoro człowiek już wdrapał się na szczyt, nie może przecież zostać poniżej koron drzew i udawać, że widok go nie interesuje.

Wejście na wieżę było więc obowiązkowe. Nogi protestowały, ale pieczątka została zdobyta, więc negocjacje nie miały już większego sensu.

Zejście wcale nie okazało się łatwiejsze.

Ziemia i kamienie usuwały się spod nóg. Trzeba było bardzo uważać, żeby nie zjechać ze zbocza szybciej, niż zakładał plan wycieczki.

Moje nowe buty do biegania uratowały mi życie nie raz i nie dwa.

Może „życie” to trochę przesada.

Ale kostki na pewno.

Pomógł też kij, który Anka dla mnie znalazła w drodze na górę. Później zostawiliśmy go dla kolejnego podróżnika. Jeszcze się może komuś przydać.

Dwa dni. Trzy szczyty.

Udało się.

Dwa dni.

Trzy szczyty.

Ponad dwadzieścia kilometrów marszu, tysiące kroków, trzy nowe pieczątki w książeczce Anki i sporo satysfakcji.

Było ambitnie, ale mieliśmy plan.

Poznaliśmy Kamila i Kasię. Odkryliśmy Miodówkę. Zobaczyliśmy kawałek Polski, do którego prawdopodobnie sami nigdy byśmy nie trafili.

I właśnie dlatego lubię takie wyprawy.

Nie chodzi tylko o wejście na górę.

Nie chodzi nawet o pieczątkę.

Chodzi o wszystko, co dzieje się po drodze.

O ludzi mijanych na szlaku.

O jagody przy granicy.

O śniadanie, po którym trudno wstać od stołu.

O gorącą banię po dwudziestu pięciu tysiącach kroków.

O satysfakcję, kiedy stoisz przy kolejnej tabliczce i wiesz, że jeszcze godzinę wcześniej zastanawiałeś się, po co właściwie było ci to potrzebne.

Dwa dni. Trzy szczyty.

Zmęczone nogi.

Spokojniejsza głowa.

I nowa miejscówka w Sudetach, do której na pewno jeszcze wrócimy.

Tym razem już na pewno z rowerem.