Historia, która rozdziera duszę
W głowie mam mętlik.
Już dawno żaden film nie poruszył mnie tak mocno. Próbuję sobie przypomnieć ostatni taki obraz i przychodzi mi do głowy chyba tylko Gladiator. Ale tamta historia dotykała mnie w zupełnie innym miejscu. Była opowieścią o osobistej tragedii. O człowieku, któremu odebrano rodzinę, dom i przyszłość.
Odyseja Nolana mówi o czymś większym.
Znacznie większym.
To historia o grzechu, który nie niszczy jednego człowieka. Niszczy cały świat.
Czy naprawdę tacy jesteśmy?
Od chwili, gdy wyszliśmy z kina w Złotych Tarasach, wracają do mnie te same pytania:
Czy naprawdę tacy jesteśmy?
Czym właściwie był koń trojański?
Genialnym manewrem wojennym?
Dowodem ludzkiego sprytu?
A może momentem, w którym człowiek przekroczył granicę, której nigdy nie powinien był przekraczać?
I najtrudniejsze pytanie:
Czy Odyseusz był dobrym bohaterem?
Przez wieki podziwialiśmy go za inteligencję. Za przebiegłość. Za umiejętność znalezienia wyjścia z sytuacji, która wydawała się bez wyjścia. To przecież właśnie on wpadł na pomysł, jak pokonać Troję, której nie udało się zdobyć przez dziesięć długich lat.
Wymyślił konia.
Plan zadziałał.
Tylko czy wszystko, co działa, jest dobre?
Alternatywna historia grzechu pierworodnego
Patrząc na płonącą Troję, pomyślałem o grzechu pierworodnym.
O momencie, w którym człowiek po raz pierwszy sięgnął po coś, po co nie powinien był sięgać. Użył swojego intelektu, ale zabrakło mu mądrości. Znalazł sposób, ale nie zadał sobie pytania, czy ma prawo z niego skorzystać.
Koń trojański był triumfem ludzkiego umysłu.
I jednocześnie jego klęską.
Odyseusz nie wahał się wprowadzić swojego planu w czyn. Widział przeszkodę i znalazł rozwiązanie. Murów nie można było sforsować siłą, więc należało je pokonać podstępem.
Problem rozwiązany.
Tylko że za murami nie znajdowali się wyłącznie żołnierze. Były tam rodziny. Dzieci. Starcy. Ludzie, którzy nie mieli nic wspólnego z decyzjami królów i dowódców.
Dopiero gdy Troja płonie, gdy ulice zalewa krew niewinnych ludzi, a cały świat Trojan wali się w posadach, Nolan pokazuje nam Odyseusza złamanego.
Człowieka, do którego wreszcie dotarło, czego się dopuścił.
Za późno.
Krzyk o opamiętanie
Dla mnie Odyseja Nolana jest krzykiem o opamiętanie.
Filmy Davida Attenborough są wołaniem o ratowanie planety. Pokazują piękno świata, który tracimy, i przypominają, że możemy się obudzić dopiero wtedy, gdy nie będzie już czego ratować.
Nolan woła o ratowanie nas samych.
Czy nasz spryt stanie się naszą zgubą?
Czy intelekt, z którego jesteśmy tak dumni, pomoże nam przetrwać, czy przeciwnie — pozwoli nam skuteczniej się zniszczyć?
Czy któregoś dnia stworzymy własnego konia trojańskiego? Narzędzie tak genialne, tak skuteczne i tak niebezpieczne, że użyjemy go tylko dlatego, że potrafimy?
Nie dlatego, że powinniśmy.
Dlatego, że możemy.
I czy tak jak Odyseusz zrozumiemy swój błąd dopiero wtedy, gdy zobaczymy płonące miasto?
Czy naprawdę musimy się obudzić dopiero wtedy, gdy poleje się krew?
Książka mająca tysiąc stron
Ten film ma w sobie tak wiele historii, że trudno o nim myśleć jak o jednym filmie.
Jest jak książka mająca tysiąc stron. Na każdej stronie znajduje się inna opowieść. Inny dramat. Inne pytanie.
Jest Penelopa i jej niewiarygodna lojalność. Kobieta, która czeka, choć nie ma żadnej pewności, że człowiek, na którego czeka, jeszcze żyje.
Jest Telemach szukający ojca, ale przecież także samego siebie. Próbujący zrozumieć, kim jest, gdy całe jego życie zostało zbudowane wokół nieobecności jednego człowieka.
Jest Argos.
Stary pies, który nie potrzebuje dowodów, wyjaśnień ani znaków. Rozpoznaje swojego pana po dwudziestu latach. W świecie pełnym przebrań, podstępów i kłamstw to właśnie pies widzi prawdę.
Jest Kalipso, która być może naprawdę kocha Odyseusza. Ma dobre intencje. Chce go ochronić. Dać mu spokój. Może nawet nieśmiertelność.
A jednak go więzi.
I jest pieśń syren.
Pieśń o tym, co mieliśmy, ale utraciliśmy.
O domach, do których nie możemy już wrócić. O ludziach, których nie ma. O wersjach nas samych, które zostały gdzieś po drodze.
Odyseusz wie, że ta pieśń może go zabić. A jednak chce jej posłuchać.
Czy nie robimy czasami dokładnie tego samego?
Wracamy do wspomnień, które nas ranią. Otwieramy drzwi, za którymi nie czeka nic dobrego. Chcemy jeszcze raz usłyszeć głos przeszłości, choć wiemy, że możemy nie być w stanie się od niego uwolnić.
Tych historii jest tak wiele, że aż żal, iż Odyseja nie jest serialem mającym siedem sezonów i dwieście odcinków.
Chociaż prawdopodobnie nawet wtedy nie udałoby się wyczerpać wszystkich jej wątków.
Muzyka, która nie znajduje pokoju
Odyseja przemówiła do mnie obrazem.
Ale również dźwiękiem.
Muzyka jest niezwykła. Asynchroniczna. Niespokojna. Momentami przypomina wręcz kakofonię. Dźwięki zderzają się ze sobą, zamiast tworzyć bezpieczną harmonię. Nie pozwalają się uspokoić. Nie dają widzowi wygodnie usiąść w fotelu i obserwować historii z bezpiecznej odległości.
Ta muzyka tragicznie dobrze wpisuje się w czasy, w których film powstał.
Tak wielu ludzi czuje się dziś zagubionych. Stary porządek przestał działać, a nowego jeszcze nie znaleźliśmy. Docierają do nas tysiące sprzecznych komunikatów. Jedni mówią, że świat zmierza w dobrym kierunku. Inni, że stoimy nad przepaścią.
Każdy mówi głośniej.
Nikt nie słucha.
Nuty soundtracku Nolana również nie potrafią znaleźć pokoju. Szukają harmonii, ale wciąż się rozmijają. Jakby każda z nich opowiadała inną wersję tej samej historii.
Jak my.
Dźwięk, który boli
Nie obejrzeliśmy filmu w IMAX-ie ani w jednym z tych nielicznych miejsc na Ziemi, w których podobno można zobaczyć obraz dokładnie w takiej jakości, jak zamierzył Nolan.
Wystarczył nam zwykły seans w Złotych Tarasach.
Chociaż trudno nazwać go zwykłym.
Huk wody podczas sztormu zalewał całą salę. Nie oglądałem fal. Czułem, jak we mnie uderzają. Podczas scen płonącej Troi ogień zdawał się wydostawać z ekranu. Krzyki, trzask walących się budynków i szczęk broni tworzyły ścianę dźwięku.
Było tak głośno, że momentami aż bolało.
I może właśnie miało boleć.
Być może takiej historii nie powinno się oglądać komfortowo. Nie powinno się siedzieć z popcornem i spokojnie podziwiać sprawności wojowników. Może trzeba poczuć dyskomfort. Może hałas ma odebrać nam bezpieczny dystans.
Troja płonie.
Ludzie umierają.
To nie jest piękne zwycięstwo.
Historia ukryta w naszym języku
O sile tej opowieści świadczy również to, jak głęboko przeniknęła do naszej kultury.
Znamy konia trojańskiego, nawet jeśli nigdy nie czytaliśmy Homera.
Mówimy o pięcie Achillesa. O syrenim śpiewie. Informatycy walczą z trojanami. Ludzie otwierający przed nami drzwi do wiedzy i doświadczenia są naszymi mentorami.
Mentor.
Używamy tego słowa codziennie, często nie pamiętając, że najpierw było imieniem jednego z bohaterów tej historii. Człowieka, któremu Odyseusz powierzył opiekę nad swoim domem i synem.
Ta opowieść jest wszędzie.
Znamy jej fragmenty.
Symbole. Zwroty. Sceny.
A jednak nie jestem pewien, czy naprawdę ją rozumiemy. Nolan chyba też nie jest tego pewny, co słychać w ostatnich słowach Odyseusza zanim ekran blaknie i film się kończy.
Może przez lata skupialiśmy się na przygodach Odyseusza, a zbyt rzadko pytaliśmy o cenę, jaką płacili inni ludzie.
Może zachwycał nas spryt bohatera, ale nie chcieliśmy patrzeć na płonącą Troję.
Czy Odyseusz był bohaterem?
Wracam więc do pytania, które zadałem sobie na początku.
Czy Odyseusz był dobrym bohaterem?
Nie wiem.
Był odważny. Był wytrwały. Kochał dom. Pragnął wrócić do Penelopy i Telemacha. Potrafił znieść więcej, niż większość ludzi byłaby w stanie udźwignąć.
Ale był też człowiekiem, który wymyślił konia trojańskiego.
Spalił świat.
Złamał świętą przysięgę: Prawo Zeusa
Może właśnie dlatego ta postać jest tak fascynująca.
Może największa siła tej historii polega na tym, że nie pozwala nam odsunąć Odyseusza od siebie i powiedzieć: ja taki nie jestem.
Bo może jesteśmy do niego bardziej podobni, niż chcielibyśmy przyznać.
Niektórych odpowiedzi się boję
Będę musiał obejrzeć ten film jeszcze raz.
Nie po to, żeby wyłapać kolejne szczegóły scenografii czy lepiej zrozumieć chronologię wydarzeń. Potrzebuję drugiego seansu, żeby dać sobie możliwość przetrawienia wszystkich myśli, które Nolan wrzucił mi do głowy.
Czy znajdę odpowiedzi na pytania, które postawiłem na początku?
Nie wiem.
Niektórych odpowiedzi podświadomie się boję.
Czuję, że ich znalezienie może oznaczać zmianę sposobu, w jaki patrzę na świat. Na postęp. Na inteligencję. Na ludzi, których nazywamy bohaterami. Na granice, które przekraczamy, przekonując samych siebie, że robimy to w słusznej sprawie.
Nie wiem jeszcze, jaka będzie to zmiana.
I wcale nie jestem pewien, czy będzie to zmiana na lepsze.
Może jednak nie każda dobra historia ma nas uspokajać.
Nie każda ma przynosić odpowiedzi.
Czasami historia powinna rozedrzeć duszę.
Zostawić w niej szczelinę.
I wpuścić przez nią pytania, których wcześniej baliśmy się zadać.