Kilka godzin, które warto było ukraść

Powsin pod koniec maja. Azalie w pełnym kwitnieniu, Ellie pod chmurką i pytanie, na które długo nie umiałem odpowiedzieć: what is your favourite tree?

Co zrobić, gdy z grafika nagle znika kilka lekcji? Można zostać w domu. Można nadgonić robotę. Można też wskoczyć na rower i pojechać do ogrodu botanicznego po zdjęcia kwiatów.

Ciekawe, którą opcję wybrałbyś Ty.

Choć w sumie — to dosyć łatwy wybór. Szczególnie gdy za oknem jest sporo ponad dwadzieścia stopni i prawie ani jednej chmury.

Droga do Powsina

Z Mokotowa do Powsina jest ładny kawałek drogi. Trzeba przedostać się przez Służewiec, Ursynów i Las Kabacki. Ale to sama przyjemność, bo wszędzie tam są wypasione ścieżki rowerowe. Dla Ellie taka trasa to easy two points, jak mówią koszykarze.

Zostawiam rower przed wejściem i — kompletnie zapominając go przypiąć — pędzę po bilet. Te 25 złotych to naprawdę super wydane pieniądze. Szczególnie pod koniec maja, kiedy azalie i różaneczniki kwitną pełną parą.

Rzucam się na te kwiaty z obiektywem jak wygłodniały lew na samotną owcę.

I wtedy nagle rozsądek mi przypomina: rower. Nieprzypięty.

Pędzę z sercem na ramieniu do wyjścia. Uff. Jeszcze stoi.

Mirecki — mniej emocji, więcej rozsądku.

Cztery obiektywy, jedna popołudniowa lekcja

Wracam na ścieżkę z azaliami i już na spokojnie zabieram się do roboty. Najpierw 90-tka. Potem mój ulubiony ostatnio Viltrox z jasnością 1.2 (thanks, Robert, for the recommendation). Kolej na 70-300 i ściskanie perspektywy. Na koniec najtrudniejsze zadanie — szeroki kąt 10-20, mój najbardziej wymagający obiektyw.

Jak wyszło? Sami oceńcie.

Dla mnie sam proces liczy się prawie tak samo jak efekt. Przebywanie z tymi kwiatami, ich zapachem, ich żywymi kolorami — to czysta przyjemność. Można by się od tego uzależnić.

Pewnie dlatego kwitną tak krótko.

Magnes na ludzi

Po drodze spotykam ciekawych ludzi. Takie miejsca są na nich magnesem.

Dwie starsze panie miło spędzają czas. Robią chyba z milion zdjęć przy kwiatach — zwykłym telefonem. Zagaduję, proponuję, że zrobię im kilka fotek. Przyjmują z uśmiechem. Chwilę rozmawiamy.

W duchu śmieję się z ich rozmów:

„Ale czy to nie jest pod słońce?”

„Nie, będzie dobrze, zobaczysz.”

„Ale czemu to się nagrywa?”

„O, nie, wcisnęłaś to białe, jak ci mówiłam?”

Spotykam też wielu pracowników ogrodu — w tym roku jest ich zdecydowanie więcej niż kiedyś. Zresztą cały Ogród w Powsinie przeszedł metamorfozę. Więcej ławek. Więcej miejsc na odpoczynek. Nowe ścieżki. Mały ogród japoński.

Jest po prostu ślicznie.

What is your favourite tree?

W tym ogrodzie znalazłem też odpowiedź na pytanie, które nie dawało mi spokoju od kilku dni:

What is your favourite tree?

Skąd to pytanie? Oglądałem wywiad Stevena Colberta z Barackiem Obamą. Steve zadał byłemu prezydentowi właśnie to. Zastanowiło mnie, czy ja sam umiałbym odpowiedzieć.

Wizyta w Powsinie pomogła mi to rozstrzygnąć. Moim ulubionym drzewem jest platan.

W samym sercu ogrodu stoi wielki, piękny platan klonolistny. Pod jego kolorowym pniem stoją ławki — można się na nich schować przed palącym słońcem. A gdy poczytałem trochę o tym gatunku, od razu wiedziałem: that's the one.

Jego angielska nazwa to… London Plane.

Dla mnie, nauczyciela angielskiego, to nazwa idealna. Od razu zalały mnie wspomnienia z moich pobytów w tym niezwykłym mieście. Ileż to lat temu…

Ale jest jeszcze jeden powód — konkretny i bardzo ciekawy. Platan ma niezwykłą zdolność. Potrafi przetrwać w bardzo nieprzyjaznym środowisku, w zanieczyszczonym powietrzu wielkich miast. Jego kora odpada płatami, a wraz z nią toksyny.

Jest dla mnie metaforą krytycznego myślenia — tego, czego dzisiaj tak bardzo nam brakuje. Umiejętności zrzucania z siebie tego, co zatrute, żeby dalej oddychać czystym powietrzem.

Marcus Aurelius pisał kiedyś coś, co bardzo mi pasuje do tego drzewa: „Przeszkoda w działaniu staje się drogą. To, co stoi na drodze, staje się drogą.” Platan tego nie wie. Ale tak właśnie żyje.

Cztery godziny

To były piękne cztery godziny.

Cieszę się, że nie zostałem wtedy w domu. Robota czekała, bo robota zawsze czeka — taka już jej natura. Ale i tak było warto urwać się w środku tygodnia na te kilka godzin.

Czasem najlepszą decyzją tygodnia jest ta, której nie było w kalendarzu.

Najpierw kwiaty. Potem praca.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kashi