Nenufar. Lilia wodna. Grzybień wodny.

Różne nazwy. To samo piękno.

Rosną w stawie na działce mojej Sis. I nie jest ich tam kilka, tak grzecznie, symbolicznie, żeby człowiek mógł powiedzieć: „O, jaki ładny kwiatek”. Jest ich naprawdę wiele. Cały mały wodny świat, który w ciągu dnia otwiera się na słońce i robi swoje ciche show.

Bez sceny.
Bez zapowiedzi.
Bez proszenia o uwagę.

Po prostu są.

Patrzę na nie i myślę sobie, że one mają w sobie coś bardzo stoickiego. Stoicy mówili, żeby nie szukać tej „trzeciej rzeczy”. Żeby nie robić dobra po to, by ktoś nas pochwalił. Żeby nie tworzyć piękna tylko dlatego, że ktoś je zauważy, nazwie, polubi albo nagrodzi.

Masz zrobić swoje. Dobrze. Uczciwie. Najlepiej jak potrafisz.

A uznanie?
Niech przyjdzie, jeśli ma przyjść.

Tak jak przychodzi do tych kwiatów.

Nenufary nie wołają z tafli wody: „Spójrzcie na nas!”. Nie sprawdzają zasięgów. Nie poprawiają płatków pod algorytm. Nie zastanawiają się, czy dziś wyglądają wystarczająco inspirująco. Otwierają się, kiedy jest pora, zachwycają przez kilka godzin, a potem spokojnie zamykają się na wieczór.

Znają swoje pory.

Wiedzą, kiedy jest czas na światło.
I wiedzą, kiedy jest czas na odpoczynek.

Może w tym jest jakaś mała lekcja dla nas. Robić swoje pięknie, ale nie nerwowo. Dawać coś światu, ale nie żebrać o oklaski. Otwierać się wtedy, kiedy mamy siłę, i zamykać wtedy, kiedy przychodzi wieczór.

Nie wszystko musi być natychmiast zauważone, nazwane i docenione.

Czasem wystarczy kwitnąć.

A kto ma zobaczyć — zobaczy.