Pod górę, zawsze pod górę

Popradzki Park Krajobrazowy dał mi nieźle w kość, ale też wynagrodził mi trudy wspaniałymi widokami i emocjami na szlaku. A wisienką na torcie było spotkanie z Sis.

Ciekawe, ilu z nas uważa, że maj to najpiękniejszy miesiąc roku. Długie dni, słońce, temperatura w okolicach dwudziestu stopni. Trudno o lepszy moment, żeby wyrwać się z domu i pojechać w góry. Postanowiłem te ciepłe majowe dni wykorzystać w pełni.

Pierwszy plan zakładał okolice jeziora Czorsztyńskiego — kemping Polana Sosnowa, gdzie zdążyłem już nawet zaklepać sobie miejsce. Ale plany mają to do siebie, że czasem same się zmieniają. Okazało się, że moja Sis jedzie w tamte strony, do Rytra. Długo się nie zastanawiałem. Velo Czorsztyn poczeka na inną okazję.

Jadę do Piwnicznej-Zdroju. W planie nocleg w aucie — mam to już przetestowane, dla mnie samego to żaden problem. Jak skwitowała to Olga, śpiąc tymczasem w trzygwiazdkowym hotelu: „Ja to rozumiem, faceci muszą się sponiewierać od czasu do czasu".

Drogę z Warszawy pokonuję rano, kiedy większość normalnych ludzi jeszcze śpi. O dziewiątej jestem na miejscu i szykuję rower do drogi. Ellie zapakowana z przodu i z tyłu — dron, sprzęt foto, zapasowa kurtka, woda, jakieś przekąski. Wszystko gra. Zabrakło tylko narzędzi. Drobiazg, który — jak się później okazało — wcale nie był takim drobiazgiem.

Z mojego kempingu „Domki na Miedzy" mam rzut beretem do szlaku. Pod górę. I to tak pod górę, jak chyba jeszcze nigdy. Ludzie, ależ tam było stromo! Do tego kamienie — takie spore, luźne kamienie. Próbowałem po nich jechać, silnik nawet dawał radę, ale brakuje mi jeszcze techniki i odwagi, żeby na takiej nawierzchni się wspinać. Spory kawałek musiałem po prostu pchać rower pod górę. A ładnie się zaczęło już w wiosce Granice, na Buczniku, na wysokości 715 metrów.

Potem przejazd bokiem Groni (822 m) i najtrudniejszy fragment — podejście do Pisanej Hali (1044 m). Wszystko to przez pierwsze dziesięć kilometrów. Dalej w górę, do Wierchu nad Kamieniem (1084 m), mijam Czarci Wierch (1091 m) — na szczęście szlak nie wiedzie jego szczytem.

Odpoczywam chwilę w Schronisku Łabowiec (1030 m). Roztacza się z niego wspaniały widok, a jeszcze wspanialszy, kiedy poślę drona te sto dwadzieścia metrów w górę. Żurek, piwo (oczywiście zero) i dalej w drogę.

Świetny szlak. Wiedzie rozległym, otwartym szczytem — trochę w dół, żeby zaraz znów zmęczyć mnie podjazdem na Czubakowską (1082 m). Zaraz za nią Bukowa, Galwiska i Mosorówka, jedna za drugą, wszystkie podobnej wysokości. Na szczęście to już ostatnie szczyty.

Od tego momentu zjeżdżam w dół, na obrzeża Krynicy. Zostawiam za sobą kamienie, korzenie i błotniste kałuże. Wjeżdżam wreszcie na asfalt. Ellie i ja — głównie moje cztery litery — jesteśmy zachwyceni. Przemykam przez Powroźnik i pędzę do Muszyny.

Miałem nadzieję spotkać tam Olgę i zjeść coś razem. Ale ona zasuwa na kolarzówce i Muszynę opuściła już godzinę wcześniej. Trudno — zobaczymy się wieczorem.

Bo Muszyna zachwyca. Byłem tu kiedyś, w młodości, na jakiejś szkolnej wycieczce — i to, co zobaczyłem teraz, nie ma się zupełnie do tamtego szaro-burego, peerelowskiego miasteczka. Piękne domy wczasowe, restauracje, śliczny chiński park i genialna ścieżka rowerowa, poprowadzona tak, żeby można było zahaczyć o każdy ładny kawałek miasteczka.

Aż żałuję, że muszę jechać dalej. Ale dzień nie trwa wiecznie, a mój brzuch domaga się już konkretniejszej dawki pożywienia — kalorie z żurku zniknęły gdzieś między podjazdami a technicznymi zjazdami. Olga się niecierpliwiła. Doskonale ją rozumiem. Tyle że dolina Popradu jest po prostu przepiękna, więc i tak musiałem się zatrzymać na zdjęcia i na chwilę z dronem. Żaden głód nie jest silniejszy od chęci nacieszenia się takimi widokami. Kawałek od Suchej Góry do Małego Lipnika po prostu wymiata.

Do Olgi dotarłem dopiero na osiemnastą. I tu nie było zmiłuj. Najpierw basen i co najmniej dziesięć długości — żadne tam pluskanie się. Potem trzy tury w saunie i zimna bania. Widać szkołę Kuby: z Budzikami nie ma przelewek. Dopiero później mogliśmy pójść na obiad do Karczmy. Ludzie, jak ja byłem głodny. Nawet teraz, pisząc to kilka dni później, czuję to ssanie w żołądku.

Wyjazd kończę przemiłym śniadaniem u Olgi w hotelu. Za pięćdziesiąt złotych mogłem jeść do syta — pyszne polskie wędliny, żółte sery, twarożki, chrupiące kajzerki, obowiązkowa jajecznica, boczek i parówki. Jak podsumowała to Olga: „Teraz już wiem, czemu ty nigdy nie schudniesz".

Coś w tym chyba jest.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z Kashi

Video

Jest też filmik z tej wyprawy