Trzy okrążenia to całe życie

Brad Pitt w F1. Nie-sa-mo-wi-ty film. Życiowe lekcje mkną przez kadry jak bolidy po torze — jedna za drugą: przywództwo, lojalność, pewność siebie, flow… A pod spodem jedno ciche pytanie, które zostaje na długo.

Obejrzałem ten film wczoraj wieczorem. Od pierwszych minut wiedziałem, że to jeden z tych obrazów, które zostają — i rzeczywiście, błyskawicznie wywindował się do ścisłej czołówki moich ulubionych filmów.

Brad Pitt daje tu rolę, która chwyta za gardło. Gra człowieka walczącego ze swoimi demonami — z niespełnionymi oczekiwaniami, z cichym żalem, że sprawy nie potoczyły się tak, jak je sobie kiedyś wymarzył. Jego Sonny Hayes nie jest żadnym superbohaterem. Jest facetem po przejściach, który dawno temu rozbił się na torze, a potem przez całe dekady ścigał się gdzieś na obrzeżach świata wyścigów, daleko od świateł wielkiej Formuły 1.

Daniel Pink w The Adventures of Johnny Bunko, swoim przewrotnym poradniku o karierze, postawił prowokacyjną tezę: there is no plan. Życie nie jest liniowe, a wiara, że wystarczy ułożyć sobie plan i krok po kroku go zrealizować, bywa zdradliwa. Sonny przekonał się o tym boleśnie. Plan miał. Życie miało własny.

Oczywiście, że ten film do mnie przemówił. Brad gra w nim człowieka mniej więcej w moim wieku. Mijają dekady, a życie wciąż przynosi kolejne wyzwania. I zostaje jedno pytanie: czy podejmie rękawicę?

Ten obraz ma w sobie tyle pięknych, wartościowych lekcji, że mógłbym o nim pisać godzinami. Wybiorę trzy, które poruszyły mnie najmocniej.

1. Lekcja o szumie

Opinie innych to tylko szum. Tyle. Sonny ilustruje to cudownie w swoim podejściu do prasy. Jest szczery — ale zna swoje granice. Mówi, jak jest, lecz nie wykłada całego siebie na stół, żeby inni mogli się przyglądać i oceniać. Jego zdawkowe „Yes” rzucone w odpowiedzi na wrogie pytanie dziennikarza to majstersztyk. Jedno słowo. I koniec tematu.

„What do you care what they say? It's just noise.” — mówi w innym miejscu. I ma rację, choć droga do tej racji jest dłuższa, niż się wydaje.

Pomyślałem od razu o Marku Aureliuszu, który dwa tysiące lat temu zapisał w swoich Rozmyślaniach zdanie, które ciągle mnie zadziwia:

„Nie przestaje mnie zdumiewać, że każdy z nas kocha siebie bardziej niż wszystkich innych — a przecież ceni cudze zdanie o sobie wyżej niż własne.”

To jest dokładnie ta pułapka, z której Sonny się wyswobodził. Większość z nas wozi w głowie nieproszony tłum komentatorów: co powiedzą, jak ocenią, czy wypadłem dobrze. Sonny ściszył ten chór. Nie dlatego, że nie obchodzą go ludzie — obchodzą, i to bardzo. Po prostu odróżnił głosy, które się liczą, od szumu, który tylko udaje, że się liczy.

2. Lekcja o przywództwie

Sonny jest świetnym przywódcą. Buduje swoją pozycję w zespole w sposób naturalny, ale jednocześnie systemowy i konsekwentny. Daje przykład, zachęca, chwali, potrafi przeprosić. I ludzie szybko zaczynają się wokół niego gromadzić.

Działa z charyzmą — i to dokładnie taką, o jakiej pisze Vanessa Van Edwards: charyzma rodzi się ze spotkania ciepła z kompetencją. Sonny jest kompetentny i przystępny zarazem, w idealnie wyważonych proporcjach. Nie onieśmiela, ale i nie spoufala się tanim kosztem.

Najlepiej widać to w scenach, w których biega po torze. Najpierw sam. Potem dołącza do niego jeden. Potem dwóch. A na końcu biegnie z nim cały zespół. Super. Nikogo nie musiał przekonywać przemową. Po prostu zaczął biec — a reszta poszła za przykładem.

I tu znów odzywa się stara mądrość. Seneka pisał do Lucyliusza:

„Longum iter est per praecepta, breve et efficax per exempla.” — Długa jest droga przez pouczenia, krótka i skuteczna przez przykład.

Sonny tej zasady nie cytuje. On nią żyje. A skutek jest taki, o jakim mówił Lao Tzu: najlepszy przywódca to ten, o którego istnieniu ludzie ledwie pamiętają — a kiedy dzieło dobiegnie końca, mówią: „zrobiliśmy to sami”. To dla mnie sedno przywództwa. Nie chodzi o to, żeby świecić. Chodzi o to, żeby inni zaczęli świecić obok ciebie.

3. Lekcja o flow — i o tym, że nigdy nie chodzi o pieniądze

Jest w filmie scena, która zostanie ze mną na długo. Kate, szefowa techniczna zespołu, pyta Sonny'ego wprost: po co on to właściwie robi? Po latach, po wypadku, po wszystkim — po co?

Sonny w końcu jej odpowiada. Opowiada o tym jednym momencie w kokpicie, kiedy wszystko nagle cichnie. Serce zwalnia. Świat się wycisza. Widzi każdy szczegół, a jednocześnie nikt i nic nie jest w stanie go dosięgnąć. Echo Mihálya Csíkszentmihályiego jest tu jasne i wyraźne. The state of flow.

On chce latać.

I to mnie chwyta najmocniej. Dzisiaj wielu z nas pędzi za czymś, co nazywa „szczęściem”. A to, jak niewielu naprawdę je osiąga, nie jest specjalną zachętą do tej pogoni. Ale state of flow? O to znacznie łatwiej. Wiemy już całkiem sporo o tym, jak stworzyć warunki, by ten stan miał szansę się pojawić: jasny cel, natychmiastowa informacja zwrotna, zadanie na miarę naszych umiejętności — ani za łatwe, ani przytłaczające. Csíkszentmihályi opisał flow jako stan tak pochłaniający, że robimy daną rzecz dla niej samej, dla czystej radości robienia. Sonny się tego nauczył. Albo, ściślej — przypomniał sobie.

I właśnie dlatego nigdy nie chodzi o pieniądze. W każdym razie nie powinno. Pieniądze to skutek uboczny, nie cel. Sonny zresztą mówi to wprost: „It's not about the money.” Seneka ujął tę samą prawdę zwięźlej:

„Nie ten jest biedny, kto ma mało, lecz ten, kto pragnie więcej.”

Sonny ma mało. A jest jednym z najbogatszych ludzi w tym filmie. Bo znalazł to jedno miejsce, w którym wszystko cichnie.

Tych lekcji jest oczywiście więcej. Można by jeszcze pisać o pokorze — wystarczy przypomnieć sobie scenę przy stole pokerowym. O przyjaźni i lojalności — cała relacja z Rubenem jest o tym. O prawości i trzymaniu się zasad — scena z inwestorem na parkingu mówi sama za siebie. Każda z nich zasługiwałaby na osobny akapit. Może kiedyś.

Bo to jest naprawdę piękny film. Bogaty w treść, a przy tym trzymający w napięciu do ostatniego okrążenia. Muzyka Hansa Zimmera robi niesamowitą robotę — podkręca, niesie, oddycha razem z silnikami. Do tego znakomite kadry z najwspanialszych torów Formuły 1 z całego świata. Niesamowity film.

A ja wyszedłem z niego z jednym pytaniem, które zostało we mnie na dłużej. Sonny podjął rękawicę. Mijają dekady, życie przynosi kolejne wyzwania — i każdemu z nas prędzej czy później zadaje to samo pytanie.

Czy jeszcze chcę latać?

Chcę.