West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 2.

Miałki piasek, spróchniały most z 1655 roku, rodzinka dzików na drodze i półtoragodzinna kolejka po rybę. Dzień drugi nie odpuszcza.

Ależ to był dzień! Zaczynamy go lekko nerwowo, bo okazuje się, że z prysznica leci ledwo letnia woda. Anka wpada w małą panikę: „Przecież ja się nie umyję w zimnej wodzie!" — słyszę z łazienki. Ostatecznie woda dociera do naszego ostatniego pokoju na korytarzu i sytuacja wydaje się opanowana.

Pałac w Siemczynie przygotował dla nas pyszne śniadanie. Jest wszystko to, co powinno być, ale też nic więcej. Na szczęście jest dobra kawa i można brać dolewki. Jest OK.

Żwawo się pakujemy, ogarniamy nasze sakwy, torby, plecaki. Jest tego tyle, że sam się dziwię, jak to wszystko się na tych rowerach mieści.

Ruszamy w drogę. Już po niecałym kilometrze trafiamy na totalnie miałki piasek. Nie ma szans na jazdę. Ledwo idzie się te rowery prowadzić. Koła zakopują się co chwila. Pot ścieka nam po czole, bo już się oczywiście zdążyło zrobić całkiem ciepło.

Las jest piękny, surowy, ale to nie są warunki do jazdy na rowerze. Komoot nas przeraża, informując, że to potrwa prawie 3 km. Czasami udaje nam się kawałek przejechać, czasami pchamy. Los podróżnika.

W końcu piach się kończy. Możemy jechać dalej. Chwilę potem — znak zakazu wjazdu i wejścia na most. Most rzeczywiście nie wygląda najlepiej. Stare, spróchniałe deski. Z góry pewnie wygląda jak sześciolatka. Anka bez cienia wahania rusza przez most. Ja jadę za nią, ale się lekko martwię, czy moje 150 kg (rower i ja) to nie będzie jednak za dużo dla tej konstrukcji.

Udaje nam się przejechać. Uff. Robimy krótki postój, bo jest tu całkiem ładnie. Potem dowiaduję się, że ten most ma ciekawą historię. Była to granica państwa polskiego w 1655 roku. Okazuje się, że to była granica de facto ze Szwecją. To właśnie stamtąd, 21 lipca 1655 roku, armia szwedzka feldmarszałka Arvida Wittenberga przekroczyła granicę pod Siemczynem/Heinrichsdorfem, rozpoczynając lądową fazę potopu szwedzkiego. Żadnej tablicy na miejscu jednak nie znaleźliśmy.

Pogodę mamy wyśmienitą. Żarówa. Wieje wiatr — niestety — ale dajemy radę. Nie narzekamy.

Pod Złocieńcem, już na asfalcie, widzimy rodzinkę dzików. Jest olbrzymia mama i tata i cały zastęp warchlaków. Jest ich tak wiele, że nie nadążamy ich zliczyć. Przebiegają przez ulicę tuż koło nas. Jeden z małych się trochę zagapił i pośpiesznie przebiera nóżkami, żeby dołączyć do rodziny. Wygląda to komicznie.

W Drawsku Pomorskim znajdujemy lodziarnię. Kolejka jest zacna, ale mamy czas. Okazuje się jednak, że nie posuwa się ta kolejka za bardzo. W końcu przychodzi nam czekać prawie godzinę na kulkę lodów i mrożoną kawę. Ale było warto, bo są pyszne.

Trasa do Ińska daje nam w kość. Piach, koleiny, podjazdy, wiatr. Nie ma łatwo. Są również kawałki totalnie fenomenalne, jak trasa przez las za Złocieńcem. Chyba z 15 km piękną żwirową drogą przez gęsty las. Super!

W Ińsku robimy sobie przerwę. W pierwszej kolejności zaliczamy plażę. Mili ludzie wskazują nam drogę do smażalni ryb. Ale zanim zjemy zasłużoną rybkę, idziemy do wody. Tak, wchodzimy do wody. W końcu są wakacje. Na wakacjach trzeba wejść do jeziora, morza albo rzeki choć na chwilę dziennie, co nie? Woda jest lodowata, ale nas przecież nie zabije. Wręcz przeciwnie — czujemy się potem orzeźwieni i gotowi na cokolwiek nas spotka na trasie.

Rybki tego dnia nie zjemy. Smażalnia jest, i to nawet super. Ale pani nas informuje, że czas oczekiwania to około półtorej godziny! WHAT? Nie mamy tyle czasu, niestety. Poza tym jesteśmy mega głodni.

Na szczęście obok jest pizzeria. Znam ją z wyprawy z Mateuszem. Uff, udało się zamówić. Będziemy czekać tylko 45 minut.

Ładna pogoda wygoniła wszystkich z domów. Lokalne lodziarnie, bary, smażalnie i restauracje przeżywają coś na wzór potopu szwedzkiego.

Od Ińska do Dworu Akacjowego mamy jeszcze 40 km. Anka chce je pokonać najszybciej, jak się da. Ciśnie Vuko cały czas, jadąc na granicy wspomagania, czyli 25 km/h. Głównie jedziemy bocznymi drogami. Asfalt jest czasami mocno podziurawiony, więc wszystko nam skrzypi i stuka. Ale zasuwamy do przodu. Dzień już powoli chyli się ku zachodowi.

W środku lasu nasza trasa wbija się w nowiutką ścieżkę asfaltową. Jest tak nowa, że nawet nie ma jej na żadnej z naszych map. Ale ludzie po niej śmigają i prowadzi w dobrą stronę. Wjeżdżamy więc na nią i pędzimy do Trzebiatowa. Koła suną śmiało po gładkim asfalcie. No, takie warunki do jazdy to ja lubię.

Tuż przed hotelem zaliczamy jeszcze DINO. Tak nam się chce pić, że wychodzimy chyba z pięcioma litrami różnych napojów. Jedną butelkę wypijamy od razu, gdy pani przyjęła od nas kasę w sklepie.

Dwie minuty później docieramy do Akacjowego Dworu. Po krótkich negocjacjach dostajemy piękny pokój na pierwszym piętrze. Okazuje się być jak wyjęty z epoki wiktoriańskiej. Jest śliczny! Absolutnie prześliczny.

Mamy to! Drugi dzień West Pomerania Bike Tour za nami. Ciekawe, co przyniesie kolejny dzień.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z wycieczki

VIDEO

Jest też film z tej wycieczki