West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 3.
Czarny piasek, podziurawiony asfalt i tryb stand-by Anki. Ale też ogrody jak z bajki, brama torii i lody kupione na ostatnim błaganiu.
Miło obudzić się w takim ładnym miejscu. Ledwo otwierasz oczy, a tam piękne zasłony, stylowe dodatki, ładne obrazy. Wszystko wokół ma odcień ecru.
Jemy śniadanie razem z grupką pań z Niemiec. Nie dziwi nas to, że jest ich, Niemców, tutaj coraz więcej. Jesteśmy już blisko granicy. Przyciągają ich ceny i zapewne odrobinę sentyment. Pani w hotelu powiedziała nam, że Akacjowy Dwór należał do jakiegoś niemieckiego magnata. Oczywiście.
Robimy zdjęcia w środku i w ogrodzie. To miejsce wyznaczyło nowe standardy piękna, w każdym razie dla mnie.
Na ten dzień nie mamy zaplanowanej długiej trasy. Skromne 60 km. Okazuje się to dobrym pomysłem, bo droga jest trudna. Znów sporo piachu. Tym razem trafiamy na czarny piasek. Jest zdradliwy, bo wygląda w słońcu jak twarda nawierzchnia, a jak w niego wjedziesz, to koła się zgrabnie zapadają i trzeba rower pchać.
Poza tym tutejsze drogi asfaltowe są totalnie podziurawione. Już dawno nie jechaliśmy tak kiepskimi drogami. Przypominamy stado owiec na hali. Dzwonimy wszystkim, czym się da.
Wszystko przez to, że nie jesteśmy na szlaku. Jeden szlak wiedzie do Stargardu, drugi do Myśliborza. My jesteśmy między nimi. To przez kwaterę. Wcale nie jest tak łatwo znaleźć coś sensownego dokładnie na trasie. To spore utrudnienie.
Po drodze dostrzegamy zachęcający znak na Ogrody Przelewice. Sprawdzamy, czy nie trzeba będzie dużo nadłożyć drogi, potwierdzamy telefonicznie, czy na pewno to miejsce dzisiaj jest czynne — jadąc na rowerze to standardowe procedury. Jedziemy zwiedzić Ogrody Przelewice.
Ależ piękne miejsce. Olbrzymia posesja z pałacem, wieloma zabudowaniami, olbrzymim ogrodem i oranżerią. Jest całkiem niezły ogród japoński z prawdziwą bramą torii. Jest część dendrologiczna z każdą odmianą drzew, które mogą w naszym klimacie rosnąć. Jest mnóstwo kwiatów — wielka kolorowa rabata, której nie mogę przestać robić zdjęć.
W Restauracji Pałacowej jemy posiłek. Oczywiście na ten sam pomysł wpadła połowa odwiedzających park. Czekamy na zamówienie jakieś pół godziny, a potem na jedzenie. Dobrze, że dzień jest długi i nie mamy daleko do celu. Anka jest tak głodna i zmęczona, że patrzy bezmyślnie na mnie, jak ja rozwodzę się nad jakimś aspektem życia we współczesnym społeczeństwie. Nie ma w jej oczach nawet śladu zaangażowania czy opinii. Anka włączyła tryb stand-by.
Na szczęście przełącza się w tryb aktywności, jak tylko pan przynosi zupę gulaszową. Nie ma co, jedzenie jest ważne.
Ciśniemy najedzeni i wypoczęci do Myśliborza. Trasa z początku jest trudna, znów podziurawione asfaltowe drogi i piach. Na szczęście jakieś 18 km przed Myśliborzem wjeżdżamy w końcu z powrotem na trasę Pomorza Zachodniego. Uff, ulga. Dla naszych obolałych czterech liter i rowerów. Gładka trasa wije się pięknie przez pofalowane krajobrazy Zachodniopomorskiego.
Docieramy do Pensjonatu nad Jeziorem tuż po 18:00. Jesteśmy chyba jedynymi gośćmi. Pokój jest olbrzymi. Moglibyśmy po nim jeździć rowerami. Jak małe mieszkanie, a nie pokój hotelowy. Jest to miejsce Przyjazne Rowerzystom. Możemy więc przechować rowery bezpiecznie w holu na dole. Pasuje nam to, bo w nocy pada całkiem nieźle.
Jak nazwa tego miejsca wskazuje, jest nad samym jeziorem. Dokładnie po drugiej stronie ulicy jest piękna plaża z całkiem sporym kwadratowym molo. Jest nawet łącznik z małą wyspą, ale Anka nie chce tam iść, bo „komary nas zjedzą".
Wykorzystujemy cudownie zachodzące słońce, żeby zrobić zdjęcia tego miejsca i poćwiczyć portrety. Anka robi niezłe postępy w fotografii.
Ostatnim rzutem udaje nam się kupić przepyszne lody w Szarej Przystani. Panie już zamykały. Na szczęście moje błagania zmiękczyły ich serca i sprzedały nam pięć kulek lodów: nerkowiec, mak, chałwa.
Na koniec dnia idę jeszcze wykąpać się na plaży. Nie było żadnego jeziora wcześniej po drodze, a chciałbym wejść do wody każdego dnia. Woda jest lodowata, ale promienie zachodzącego słońca rysujące kolorowe szlaczki po niebie wynagradzają uczucie drętwienia kończyn.
Kolejny dzień wyprawy za nami. Atrakcja goni atrakcję, ale musimy też odpowiednio dysponować siłami, bo pomimo że mamy rowery elektryczne, to naprawdę czujemy się zmęczeni na koniec dnia.















































