West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 5.

Deszcz, kebab w Szczecinie i ulga, gdy wreszcie słyszysz polski. Po pięciu dniach w siodle miasto boli bardziej niż piach.

Pogoda się popsuła. Niestety, tym razem nawet długoterminowe prognozy mówiły, że po kilku słonecznych i gorących dniach na początku maja przyjdą wiatr, deszcz i ochłodzenie. Do końca miałem nadzieję, że nie będzie aż tak źle.

Było. Było naprawdę źle. Gdy jedliśmy śniadanie w Hotelu Oder, którego nie będziemy miło wspominać, grube krople deszczu z hukiem oznajmiały nam zmianę pogody. Niebo było zasnute niskimi, ciemnymi chmurami. Na szczęście wiatr nie był tak silny, jak w ostatnich dniach.

Ale, jak to mówi moja Sis, nie ma złej pogody, są tylko źle przygotowani ludzie. My jesteśmy świetnie przygotowani. Wieziemy ze sobą kilogramy ciepłych ubrań, kurtek przeciwdeszczowych, szybkoschnących spodni rowerowych. Damy radę.

I daliśmy. Trasa była fenomenalna. Od miasteczka Schwedt do Szczecina Dąbie to tylko 71 km. Szlak wije się wzdłuż rozlewiska Odry, potem przez gęste lasy i piękne niemieckie wioski i miasteczka. Jest kilka tak epickich kawałków, że pomimo złej pogody i zimna zatrzymujemy się na zdjęcia i latanie dronem.

Ale generalnie ciśniemy do Polski. Anka ma dość tych drogich Niemiec.
Granicę przekraczamy w Kołbaskowie. Teraz, gdy Polska jest w UE, to niczym się to nie różni od przejechania torów tramwajowych. Trzeba się rozejrzeć na lewo, prawo i do przodu.

W Szczecinie mamy małą awarię. Bardziej emocjonalną niż techniczną. Na szczęście udało się ją opanować po jakichś dwóch godzinach. Możemy kontynuować naszą podróż.

Z tych całych nerwów na obiad zatrzymujemy się na kebaba. Miłe tureckie chłopaki nas obsługują. Jeden z nich przyucza swojego młodszego kolegę, może brata. Jest miła, zabawna atmosfera. Jesteśmy jedynymi gośćmi, więc ten starszy nas zagaduje o rowery. Opowiada nam łamanym polskim o Turcji i swoich wyprawach. W tle gra ta ich wyjątkowa muzyka. Fajnie spędzamy z nimi czas.

Nie siedzimy długo, bo jesteśmy już zmęczeni i chcemy jechać do hotelu. Przed nami 10 km przez Szczecin. Hałas od samochodów i miasta jest ledwo do wytrzymania. Po pięciu dniach jazdy przez pola, lasy i łąki taki natłok sensoryczny jest wręcz bolesny.

Nasza kwatera, Hotel Bończa, wygląda całkiem okazale. Najważniejsze, że można się dogadać, bo mówią tym samym językiem co my. I cena jest dużo atrakcyjniejsza. Uff, wróciliśmy do Polski!

Za nami już pięć intensywnych dni pedałowania. Średnia to około 85 km dziennie. Każdy dzień to nowe widoki, nowe przygody, nowe wyzwania.
Ten sposób podróżowania to nie jest odpoczynek. Skłamałbym, jakbym powiedział inaczej. Każdego dnia trzeba spać gdzie indziej. Każdego dnia trzeba targać wszystkie nasze bagaże: cztery duże sakwy, jedną potrójną sakwę przednią, plecak, worek żeglarski, dwie torby na kierownicę i oczywiście ważące prawie 4 kg każda baterie. Każdego dnia trzeba tych kilkadziesiąt (prawie 100) km wykręcić. Same się nie chcą wykręcić, choć część moich znajomych w tym miejscu zaoponuje: „Przecież macie rowery elektryczne!" Tak, to prawda. Ale to nie znaczy, że one same jadą, a już na pewno nie wtedy, gdy są tak zapakowane po korek.

Ale i tak to jest mój — na razie — ulubiony sposób podróżowania.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z wycieczki

VIDEO

Jest też film z tej wycieczki