West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 6.
Dwa dni temu 27 stopni i cień. Dziś koce na molu i grog z rumem. Polska majówka to rosyjska ruletka.
Musieliśmy sobie przypomnieć definicję rozsądku. Rozsądek — greckie słowo epieikés — oznacza coś właściwego, stosownego, a zatem słusznego, umiarkowanego, wyrozumiałego; opisuje postawę osoby, która nie obstaje sztywno przy literze prawa, lecz bierze pod uwagę okoliczności danej sprawy w sposób ludzki i roztropny.
Sytuacja w Szczecinie Dąbie wymagała od nas rozsądku.
Pogoda się załamała. Ale tak na dobre. Prognozy już wieczorem pokazywały, że deszcz ma padać większą część dnia. I to nie jakaś tam mżawka, ale konkretny deszcz. Jak wstaliśmy rano, z zasnutego chmurami nieba lało jak z cebra.
Jeszcze gdy Ania spała, zacząłem sprawdzać inne opcje dotarcia do Międzyzdrojów. Tego dnia mieliśmy zrobić dokładnie 100 km. Tyle nas dzieliło od morza. Tyle km i hektolitry wody spadającej z nieba.
Nie zdecydowaliśmy się na pokonanie tego kawałka na rowerach. Wynajęliśmy taxi bagażowe Smart Transport. Nasz kierowca był rzetelny i punktualny. Przyjechał po nas o 11:30 pod sam hotel. Mieliśmy mnóstwo czasu, żeby zjeść najbardziej wypasione śniadanie do tej pory, spakować się na spokojnie. Ja w końcu miałem czas na rozliczenie poprzedniego miesiąca i wystawienie faktur z KSeF (wrrr…).
Rowery i nasze sakwy zmieściły się swobodnie w tym wielkim mercedesie. W kabinie były tylko trzy miejsca, ale też i tyle potrzebowaliśmy. Okazuje się, że Szczecin jest połączony z Międzyzdrojami piękną nową autostradą. Oddano ją do użytku dopiero kilka miesięcy temu. Dzięki temu dostajemy się do Hotelu Wolin już po godzinie jazdy.
Deszcz tak walił w szyby, że nie można było nawet za bardzo rozmawiać. Wycieraczki chodziły na pełne obroty. A w naszych głowach: „Ludzie, jak to dobrze, że nie zdecydowaliśmy się jechać na rowerach dzisiaj!"
Doba hotelowa zaczynała się dopiero o 15:00. Mieliśmy jakieś dwie godziny na szwendanie się po Międzyzdrojach. Poszliśmy na molo, gdzie Anka zachwycała się słodkościami na straganach. Popatrzyliśmy trochę na wzburzone, grafitowe morze, którego fale z hukiem rozbijały się o filary mola.
Wykorzystaliśmy też czas, żeby zjeść smażoną rybę. Tradycja zobowiązuje. Tuż przy molu jest hotel/restauracja/smażalnia STER. Siedzimy w takiej części na zewnątrz, choć jest zadaszenie i są nawet takie gazowe palniki, żeby gościom było ciepło. Są też koce. Tak, jest tak zimno, że nawet koce dali, żeby goście im nie zamarzli.
A dopiero dwa dni wcześniej było 27 stopni i szukaliśmy cienia, bo tak nas to słońce męczyło. Tylko w Polsce takie rzeczy.
Posileni pyszną miruną wracamy do hotelu. Już możemy zająć pokój. Jest olbrzymi. Ma 24 m² — specjalnie wybraliśmy największy, jaki mieli, bo jak my rozkładamy się z tym naszym kramem, to nie ma jak się ruszać po pokoju.
Z zewnątrz hotel wygląda na stary kurort z czasów PRL. Ale w środku jest mega odnowiony. Pokoje są nowoczesne, czyste i ładne. Nawet w gniazdkach są ładowarki do telefonów. Jest duży (i całkiem niezły) telewizor, z którego wieczorem korzystamy po raz pierwszy podczas tego wyjazdu, oglądając nasz ulubiony serial: For All Mankind.
W hotelu jest też strefa SPA z naprawdę konkretnym basenem. Widziałem kilka hotelowych basenów i ten jest zdecydowanie w czołówce. Wcale nie jest za mały. Woda ma odpowiednią temperaturę. Nie jest za ciepła. Z chęcią sobie popływałem.
Potem jacuzzi i sauna. A co tam, jak żyć, to żyć. Poza tym to jedyna okazja, żeby z takich luksusów skorzystać. Z reguły po całym dniu jazdy nie mamy sił, by wyjść z pokoju hotelowego, a co dopiero skorzystać ze strefy SPA.
Dzisiaj mamy i siły, i czas.
Wykorzystujemy je, by pojechać jeszcze na molo wieczorem. Już nie pada — uff. Ale jest ZIMNO. Ludzie, jak jest zimno! Trudno o czym innym mówić, tylko o tym, jak jest zimno i co musimy jutro na siebie założyć, żeby przejechać 70 km do Mrzeżyna.
U Grycana na molu walczymy z depresją słodyczami. Anka w końcu może zjeść wymarzonego gofra. Bierze sobie tak wypasioną opcję, że nie jest w stanie go skończyć. Ja chętnie dokończę. Nie pozwolę, żeby takie pyszności się zmarnowały. Popijamy to rumem i zimową rozgrzewającą herbatą.
Tak, polska majówka to gra w rosyjską ruletkę. Czasami się uda, jak nam w zeszłym roku podczas wyjazdu w Sudety. W tym roku — cóż — mieliśmy trzy i pół ładnych, czy nawet świetnych dni. Teraz czas na survival.












