West Pomerania Bike Tour 2.0. Dzień 7.

Słońce wraca, R10-tka wije się jak rzeka przez las, a mewy sprawdzają, co to lata w ich rewirze. Wracamy na rower!

Wracamy na rower. Wiatr przewiał najgorsze deszczowe chmury. Od rana świeci słońce. Będzie dobrze!

Zbieramy się na śniadanie. Hotel Wolin to olbrzymi ośrodek i nawet teraz, poza sezonem, jest całkiem sporo gości. Głównie to Niemcy. Przyjeżdżają całymi grupami. Średnia wieku na stołówce to zapewne gdzieś koło 60.

Fajnie widzieć, że starsi ludzie dobrze wykorzystują czas swojej emerytury.

Nas czeka jeszcze trochę pracy — pedałowanie przez trochę ponad 70 km — dzisiaj.

Najadamy się więc do syta. Anka zalicza swoje zwyczajowe dwie kawy i coś słodkiego. Ja pałaszuję połowę talerza z wędlinami. Dla każdego coś miłego.

Zbieramy się w ciszy. Jest tyle rzeczy, o których trzeba pamiętać. Odpowiednie rozłożenie bagażu, schować ładowarkę w łatwo dostępnym miejscu (gdybyśmy musieli podładować baterię po drodze), wybór ubrania na dzisiaj (z tym jest najwięcej problemu, bo nie wiemy, jaka będzie pogoda na trasie). No i żeby nie zapomnieć o niczym.

Niestety jedna rzecz, bardzo przydatny rozdzielacz na trzy gniazdka, został wpięty w ścianę w hotelu w Niemczech. Ech, Mirecki, jesteś nieuważny!

Potem trzeba cały ten kram zawlec do rowerów i pieczołowicie przyczepić i zabezpieczyć. Nie chcemy kolejnej akcji ze zgubioną sakwą.

Mamy już wprawę. O 9:00 już się rozliczamy z hotelem i ruszamy w trasę.

Już na początku mały zgrzyt, bo trasa GPS wiedzie od morza, a nie do morza. Jakoś mi się nie chce wierzyć, że Komoot wybrał odpowiednią drogę, i na siłę próbujemy jechać bliżej morza przez chwilę. Okazuje się jednak, że to naprawdę kiepski pomysł, bo z tej strony nie ma drogi dla rowerów. Jest tylko ruchliwa droga wojewódzka.

Uciekamy przez las na właściwą ścieżkę. Nie przestaje mnie zachwycać, jak potężne są silniki w naszych rowerach. Musieliśmy pojechać przez chwilę pieszym szlakiem przez całkiem spore wzniesienie. Bez problemu. Niska przerzutka i do przodu.

Wbijamy się na Drogę Żubrową i od tego momentu mamy już tylko piękną ścieżkę rowerową. Odcinek między Międzyzdrojami a Wisełką to jeden z moich ulubionych kawałków R10-tki. Tak ślicznej trasy przez las można długo szukać gdzie indziej. Wije się jak rzeka i do tego są małe wzniesienia, więc raz jest trochę w górę, a potem przyjemnie w dół. Bomba!

Potem już spokojniej, trasa wiedzie mało uczęszczanymi drogami albo specjalną, szeroką ścieżką rowerową wzdłuż drogi 102. R10 to jedna z najlepiej przygotowanych tras w Polsce. Jest bezpiecznie i wygodnie.

Wjeżdżamy w rejon popularnych kurortów letnich: Dziwnów, Pobierowo, Rewal. I nam bliższe Niechorze i Pogorzelica. W tych ostatnich spędzaliśmy już wakacje, jak Mateusz był mały. Jak to mówi Ania: „Wzrusz", gdy mijamy znane pensjonaty i smażalnie.

Na obiad zatrzymujemy się wcześnie, bo już o 12:00. W Pobierowie. Oprócz nas jest już jedna starsza para. Obsługuje nas młody chłopak, który sam ogarnia i smażenie, i wydawanie zamówień. Krótko z nim rozmawiamy potem: „Ja prowadzę część na zewnątrz. Mój brat w środku" — opowiada. „Już mam doświadczenie. Robię to od dziewięciu lat" — kontynuuje. Ciekawa historia. Jestem pod wrażeniem jego pracowitości i podejścia do pracy.

Dojeżdżamy do naszej kwatery dosyć wcześnie, o 15:30. Przeleciały nam te 74 km w mgnieniu oka. Dzisiaj śpimy w Pensjonacie Pastelowym. Klucz wydaje nam kolega właściciela, który zagaduje nas o rowery, trasę, a potem sam opowiada o swoich wyprawach. Nasze rowery i ubrania są magnesami na ciekawe rozmowy.

Ogarniamy ładowarki i mycie i idziemy na spacer. Dni są długie, świeci słońce. Idziemy do portu, a potem na plażę. Robimy sobie małą sesję zdjęciową podczas złotej godziny. Nawet udało mi się polatać dronem, choć już myślałem, że mewy mi go ukradną, bo podlatywały bardzo blisko, sprawdzając, co to lata w ich rewirze.

I na koniec najważniejsze. Jest zimno! Ale tak na serio zimno. Wiatr między 17 a 27 km/h. Zimny wiatr. Mam na sobie cztery warstwy ubrań, a i tak czuję, jak zimno przenika przez nie swobodnie. Kominiarka, pełne rękawiczki, grube zimowe skarpety, bielizna termiczna. Ostatnio tak ubrany byłem w Dolomitach na desce snowboardowej. Takie to realia majówek w Polsce.

ZDJĘCIA

Kilka fotek z wycieczki. Tym razem są tu również zdjęcia zrobione przez Anię.

VIDEO

Jest też film z tej wycieczki